Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wypadanie włosów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wypadanie włosów. Pokaż wszystkie posty

Szampony, które pomogły mi ukoić skórę głowy i zahamować wypadanie włosów - Biorema, Insight, Planeta Organica, EcoLab, Dermena.

Hey hey.

W końcu biorę się za porządniejsze opisanie Wam, co pomogło mi w walce z uporczywym pieczeniem i swędzeniem skóry głowy - było to skutkiem przesuszonej skóry głowy, a w efekcie, ciągłe drapanie, podrażnienie i suchość skalpu prowadziły wypadania włosów.

Dziś o szamponach, a powiem Wam, zużyłam ich multum, z czego większość okazała się porażką. Niektórych nawet już nie pamiętam z nazwy. Nie powiem, że spektakularne klapy były spowodowane złą jakością szamponu, bo po prostu nie były to myjadła dostosowane do mojego problemu.
Bardzo długi czas byłam przekonana, że mam zwykły łupież, ponieważ po podrapaniu się, pod paznokciami znajdował się suchy biały proszek, czasem łuska naskórka. Dlatego tak ważnym jest, aby przed stosowaniem leków i kosmetyków wiedzieć, co nam dolega, żeby nie pogorszyć sobie sprawy źle dobranym preparatem. Ja wiem, że to nie łatwe - w moim przypadku nawet specjaliści nie bardzo chcieli mi pomóc i na oślep sama brnęłam do celu, wydając grube tysiące, tracąc czas i włosy.
Szampony, które nie usunęły białego proszku, a tylko spotęgowały pieczenie bardzo suchej skóry głowy to:
- Nizoral
- Zoxinmed
- Head and Shoulders
- Equilibra
- Emolium
- Bioderma Node K (najgorsze doświadczenia właśnie z nim miałam).
Tak jak pisałam - nie twierdzę, że te szampony nie usuwają łupieżu, bo oczywiście dużo osób je sobie chwali. Jednak odradzam je przy suchej skórze, bo wysuszają jeszcze bardziej.

No ale ok, przejdźmy do szamponów, których zaczęłam używać, kiedy doszłam już do tego, że mojej skórze potrzebne są nie środki przeciwłupieżowe, a nawilżające.



Pierwsze co zostało mi polecone to Bioderma DS+ (niszczycielskie K odkryłam potem ;)
To pierwszy szampon, który załagodził moje podrażnienia i pozbył się choć części suchego proszku spod paznokci. Na dłuższą metę był zbyt "tłusty"i po jakimś czasie włosy były oklapnięte, ale bardzo często do niego wracam, kiedy akurat wpadnie mi w ręce.

Drugie po co sięgnęłam, to InSight Sensitive Skin, szampon do wrażliwej skóry głowy. Jest to niezwykle łagodny, a dobrze myjący specyfik. Można go kupić w pojemności od 100 do 900 ml. Jest dość drogi, bo niecały litr kosztuje ok. 70 zł, dlatego na początek polecam sprawdzić go sobie kupując małą buteleczkę. Szamponem myje metodą kubeczkową - czyli rozcieńczając szampon w kubku z ciepłą wodą.

Insight, choć łagodny, zawiera Cocamidopropyl Betaine,  a ja szukałam również czegoś, co nie ma w składzie CB. Uwierzcie, to jak szukanie igły w stogu siana, ale przypadkowo wpadłam na produkt, który miałam już od dawna u siebie - Planeta Organica - Gęste mydło aleppo do mycia włosów i ciała. Nabieram sobie łyżeczkę mydła, rozpuszczam w wodzie i taką miksturą polewam głowę, a następnie myję. 

Ostatnim i największym ratunkiem okazało się nic innego jak pianka do mycia twarzy ECOLAB Nawilżająca pianka do mycia twarzy dla cery suchej i wrażliwej. Pomyślałam sobie, że jeśli nie przesusza mi skóry na buzi, to może być idealna do skóry głowy. I nie myliłam się. Jest zawsze moim drugim myciem, jeśli myje włosy dwa razy (bo na przykład zmywam olej) lub jedynym, jeśli myję włosy raz. To istne zbawienie dla skóry, a dodatkowo, na prawdę dobrze wpływa na moje włosy, nie przesuszając ich i nie tępiąc.

Insight, Biodermę i piankę opisze Wam w niedalekiej przyszłości szerzej, bo na pewno na to zasługują. Jeśli chodzi o mydło aleppo - tutaj KLIK już o nim kiedyś pisałam i nie wiedzę potrzeby pisać więcej, bo nic się nie zmieniło od tego czasu :) 

Co najdziwniejsze, kiedy opanowałam już świąd i pieczenie, potrzebowałam jeszcze czegoś mocniejszego, do oczyszczenia raz na jakiś czas. Z braku laku wzięłam do rąk Dermenę (tą na wypadanie, Repair) i użyłam rozcieńczając wodą. A tu szok! Szampon, który kiedyś robił mi krzywdę, działa obecnie zaskakująco dobrze i nie podrażnia, rewelacyjnie przy tym myjąc i pozostawiając włosy w rewelacyjnej kondycji.
Czytaj dalej...

Micelarny szampon kojąco-nawilżający dla skóry wrażliwej - Pharmaceris

Hey.
Szampony.. u mnie na półce stoi ich na prawdę nie dużo, odkąd wyczaiłam te, które najbardziej pomagają wyciszyć się mojej wrażliwej skórze głowy. Z jakiś rok temu, gdy moje włosy i przede wszystkim skóra głowy przechodziły najgorszy moment pieczenia i wypadania, poszłam po poradę nie do dermatolog (setnej), nie do trychologa, ale do farmaceutki.
Przesympatyczna i na prawdę dobrze poinformowana pracownica apteki DOZ w Tarnowskich Górach w Tesco na pasażu szczerze zainteresowała się moim problemem i poświęciła mi dużo czasu na wspólne znalezienie odpowiedniego preparatu.

Padło na:





Nazwa produktu:
Micelarny szampon  kojąco-nawilżający dla skóry wrażliwej

Producent:

Pharmaceris

Cena:
Średnio ok 25 zł KLIK
 
Konsystencja, kolor, zapach:
Szampon jest bezbarwny, dosyć gęsty. Pachnie ładnie, ale chemicznie. Nie przeszkadza mi.

Opakowanie:
Poręczna, 250 ml butelka z plastiku, zamykana a górze na wieczko z clickiem.
 
Skład:
Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Betaine, METHYL GLUCETH20, PEG-7 Glyceryl Cocoate, Glycerin, Panthenol, Styrene/Acrylates Copolymer, Coco-Glucoside, Polyquaternium -10, Dicaprylyl Et-her, Lauryl Alcohol, Citric Acid, Disodium EDTA, Mentha, Piperita Extract, Benzylalcohol, Chondrus Crispus Extract, Hydrolyzed Linseed Extract, Canola Oil, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone
 
Obietnice producenta:
Szampon do mycia i pielęgnacji wrażliwej skóry głowy nie tolerującej SLS i SLES, skłonnej do podrażnień, przesuszenia, świądu i pieczenia oraz włosów cienkich i delikatnych. Szampon oparty na wyjątkowo delikatnej formule micelarnej, skutecznie oczyszcza włosy i skórę głowy, zapewniając jej niezbędny poziom nawilżenia. Przywraca jej naturalną fizjologiczną równowagę, minimalizując ryzyko wystąpienia podrażnień.
Wyciąg z lnu, betaina i alantoina zmniejszają nadreaktywność skóry głowy, a w połączeniu z piroktonianem olaminy łagodzą jej podrażnienia, niwelując pieczenie, swędzenie i chroniczne łuszczenie się.



D-pantenol intensyfikuje działanie kojące, a ochronne proteiny pszenicy wnikają w uszkodzone miejsca nawilżając i wyraźnie wzmacniając włosy na całej ich długości.
Szampon wygładza włosy, zabezpiecza przed rozdwajaniem. Jest to ultra-łagodna baza myjąca, o wysokim współczynniku tolerancji i biozgodna z pH skóry.
 
Moje wrażenia:
Szampon bardzo dobrze się pieni i ładnie zmywa wszelkiego rodzaju lakiery i sera, natomiast problem pojawia się podczas płukania. Produkt bardzo ciężko domywa się z włosów. Potrzeba dużo czasu i bardzo dużo wody, aby pasma były dokładnie spłukanie i w wannie nie pojawiała się piana. Właściwie to piana/ jej brak jest jedynym odnośnikiem do tego, czy włosy są dobrze wypłukane, ponieważ szampon nie powoduje na włosach uczucia tępości (włosy nie skrzypią przy przeciąganiu pasm między palcami). Kosmyki są śliskie i miękkie, jakby pokryte balsamem. Nie powiem, pierwszy raz bardzo mnie to zmartwiło. Płukałam te włosy i płukałam, a one ciągle śliskie! Bałam się, że po osuszeniu będą tłuste i zlepione. Na szczęście mimo tego uczucia, po wysuszeniu włosy nie są nieświeże. Wyglądają czysto i porządnie, jednak jeśli potrzeba Wam solidnego oczyszczenia, niestety, ten produkt raczej nie podoła.
Szampon pielęgnuje włosy. Jest to jedyny tego typu produkt, po którym nie muszę nakładać maski/odżywki/balsamu, jeśli nie chcę. Włosy są mega błyszczące, gładkie i przyjemne w dotyku. Nie puszą się i nie elektryzują, ale...
...niestety, coś za coś. Pomimo, że włosy wyglądają na czyste i z pewnością są, bo nie czuję aby było inaczej ani na skórze głowy ani pod palcami, nie dam rady unieść włosów bez pianki czy innego produktu do stylizacji. Są po prostu przyklapnięte, a na drugi dzień wieczorem (po jednym spaniu) po prostu tłuste i nadające się koniecznie do umycia. Szampon ten skraca świeżość moich włosów, także nie nadaje się on do codziennego stosowania przed dłuższy czas.




Podsumowując, choć produkt skraca świeżość włosów, to jednak:
- pielęgnuje pasma
- koi skórę głowy
- ładnie nawilża
- nadaje blasku
- nie przesusza
 - wygładza
- nie puszy włosów
- nie powoduje elektryzowania się kosmyków

Moje włosy po myciu szamponem micelarnym od Pharmaceris, bez maski/balsamu/odzywki/serum po myciu. Przed nałożyłam tylko na godzinę serum oczyszczające skore głowy z Bionigree: 




Czytaj dalej...

Ruda Blondynka

Witam.
Witam po raz pierwszy po prawie dwuletniej przerwie! Wita blondynka, z rudymi włosami!
Niektórzy może jeszcze mnie pamiętają. Na początku założyłam ten blog, ponieważ chciałam razem z Wami zawalczyć o piękne włosy po katastrofalnym cięciu (nadal mam ochotę ukatrupić fryzjerkę, ale uciekła do Holandii. Oficjalnie za chlebem, ale ja tam wiem swoje ;) ). Po wprowadzeniu olejowych wcierek i bogatej pielęgnacji, włosy powoli odrastały, stawały się piękniejsze i mocniejsze, a moje szafki pękały w szwach od nadmiaru kosmetyków - szamponów, masek i odżywek. W pewnym momencie zemściło się to na mnie. Materialnie i fizycznie. O ile jakoś musiałam przeboleć wyrzucanie niezużytych a przeterminowanych kosmetyków, tak przesadnym używaniem tych wszystkich preparatów zrobiłam sobie ogromną krzywdę na głowie.
Przypomnijmy sobie.
To był lipiec 2015 roku. Pojechałam na wakacje do Grecji. Tam kąpałam się w słonym morzu, nurkowałam, dobrze się bawiłam. Opalałam, wystawiałam na słońce. O w obawie przed zniszczeniem włosów - nakładałam na nie tony kosmetyków. Mgiełki, maski, silikony. Dużo mgiełek, dużo silikonów. Ogromne ilości masek.  Po powrocie zaczęły wypadać mi włosy. Zwaliłam to na zmianę klimatu, słońce, do tego nałożył mi się okres. Zaczęłam stosować wcierki, z alkoholami. I jeszcze więcej masek, których przedawkowanie wiązało się z niesamowitym przyklapem. A jak przyklap, to i mocny szampon, aby wszystko dokładnie zmyć. Włosy leciały, z dnia na dzień coraz bardziej. Do tego doszło swędzenie skóry głowy, później pieczenie i niesamowity ból przy dotyku. Dochodziło nawet do tego, że nie umiałam położyć głowy na poduszce, spałam na siedząco.
Zaczęły się wycieczki po dermatologach i trychologach. Nikt nic nie wie. Ale nie dlatego, że nie wie bo nie. Dlatego, że nikomu nie chciało się ruszyć dupy i zajrzeć mi we włosy. Byłam diagnozowana na oko (grzybica, łupież, nużyca), faszerowana antybiotykami, lekami przeciwgrzybicznymi (wysuszają) i wcierkami na bazie alkoholu. Fenomenem była Pani dermatolog, robiąca doktorat z trychologii, która uznała, że włosy mi wypadają bo: mam raka, wrzody żołądka i robaki.
Chodziłam na badania krwi, tarczycy, hormonów. Przebadałam się dosłownie wzdłuż i wszerz. Włosy leciały, głowa piekła a ja nie wiedziałam co się dzieje. Wyniki w normie. Portfel coraz szczuplejszy. Raz nawet popłakałam się że... nie mam niedoczynności tarczycy! Tak, popłakałam się, bo to oznaczało, że nadal nie znałam przyczyny swojego stanu.
W tym czasie coś tam jeszcze poblogowałam, choć częściej już nie, niż tak.
Przestałam stosować maski, nie zależało mi już. Mogłam równie dobrze wyłysieć i kupić sobie perukę, przynajmniej lepiej bym wyglądała. Włosy stały się suche, sianowate, brzydkie. Zmniejszył mi się obwód kucyka o prawie 2 centymetry. Nie widziałam sensu dbania o te resztki piór, które mi zostały. 
Ścięłam włosy do ramion i zaczęłam spinać z tyłu. Myłam byle czym, nie zabezpieczałam końcówek. Włosy dalej wypadały, skóra piekła i swędziała. Zaczęłam z tym żyć.I tak sobie trwałam, czekając, aż wypadnie mi ostatni włos. Raz na sto lat postanawiałam jenak się przemóc, ale szybko się poddawałam.
Przełom nastąpił pod koniec 2017 roku. Miałam nagły napad świądu, więc zaczęłam się drapać w szale. Myślałam że wydrapie sobie skórę aż do samej czaszki i.. ni z tego ni z owego spojrzałam pod paznokcie, czego nie robiłam nigdy wcześniej. A tam.. biały pył. Olśnienie.
Zawsze miałam problem z utrzymaniem prawidłowego poziomu nawilżenia organizmu i skóry. Sucha skóra twarzy, sucha skóra nóg. I to właśnie te nogi spowodowały olśnienie, ponieważ ten biały pył pod paznokciami był do złudzenia podobny do tego, co się pod nimi znajdowało, kiedy drapałam swędzące mnie łydki - suchy, schodzący naskórek.
Wszystko zaczęło układać się w całość - ja mam ekstremalnie przesuszony skalp! Dlatego wcierka Aplicort (na bazie alkoholu, duuużej ilości alkoholu) spowodowała u mnie wrażenie, że pali mi się głowa. Słona woda, tony masek, mocne szampony, wcierki - to wszystko spowodowało, że moja głowa w końcu powiedziała dość. A ja, nie wiedząc co mi jest, dalej kontynuowałam swoje zgubne rytuały.
Zaczęłam na nowo walczyć. Spędziłam kilka tygodni na wyszukiwaniu w internecie najlepszych preparatów do nawilżania skóry oraz keratolitycznych złuszczaczy. Po pewnym czasie włosy przestały wypadać, choć skóra nadal się niesamowicie buntowała. Z tygodnia na tydzień, oprócz mniejszej ilości włosów znajdowanych na szczotce i w łazience, zaczęłam dostrzegać ich coraz więcej.. na głowie! Tak, odrastały. A i nawet pojawiły się dni, kiedy skóra robiła sobie wolne od uprzykrzania mi życia.
Obecnie włosy wypadają mi w ilości godnej zaakceptowania - choć na pewno i tak większej, niż przed wyjazdem do Grecji. Skóra głowy jest raczej spokojna, choć zdarza się, że wprowadza bunt. Nadal jest sucha, ale już nie ekstremalnie. Czasem z tyłu głowy pojawi się zapalenie mieszka włosowego, co swędzi. Swędzi mnie też czasem bez przyczyny, po prostu swędzi i czekam aż przestanie. Pieczenie ustało całkowicie.

Dlaczego na nowo zaczęłam blogować? Bo odzyskałam utraconą nadzieję - nadzieję, że jeszcze kiedyś spełnię swoje marzenie o długich, ładnych włosach. Nie są gęste, nie są grube - nigdy nie były. Ale mogą być znów zadbane, błyszczące i mimo wszystko, mogą budzić zachwyt. Znów mają potencjał, a ja znów mam dawną energię.
Wiem co zrobiłam źle, uczę się na wcześniejszych błędach. Chcę wprowadzić do mojej pielęgnacji zioła kondycjonujące, z którymi dopiero zaczynam przygodę, póki co - bardzo udaną. Chcę przekazywać Wam moje doświadczenia, chcę abyście i Wy opowiadały mi o swoich.
Moja skóra głowy jest bardzo wrażliwa i nie wiem czy to się kiedykolwiek zmieni, czy przywrócę ją do stanu sprzed lipca 2015 roku. Uczę się z nią żyć, uczę się o nią dbać. Nie wiem w jakim kierunku pójdzie ten blog, bo oprócz pielęgnacji włosów, chciałabym poruszać także inne kwestie, takie jak pielęgnacja twarzy i ciała. I jeszcze może coś o malowaniu paznokci? Albo o sprawach niekoniecznie związanych z urodą? Zobaczymy.

Dlaczego mam rude włosy? Jest to przyczyna sięgnięcia po ratunek, po zioło, które poprawia stan skóry głowy i naprawia osłabioną strukturę włosów - po hennę.

O kosmetykach, które mi pomogły oraz o ziołach, które obecnie zaczynam stosować - na pewno napisze już niebawem.

Kilka zdjęć na koniec, megakrótka historia moich włosów na fotkach:



Obecny kolor:


Włosy na krótko przed rozpoczęciem wypadania:


Najgorszy okres moich dla moich włosów, rok 2016 i połowa roku 2017:




Regeneracja, zdjęcie z początku kwietnia 2019 roku:


Moje włosy obecnie, po dwóch hennowaniach:





Czytaj dalej...

Moje włosy są zniszczone!!!!

Hey.

Ile razy patrząc w lustro dochodzimy do wniosku, jaki objawia się w tytule dzisiejszego wpisu? Temat wałkowany od lat na wszystkich blogach. Czasem dokładnie wiemy co niszczy nam włosy, co powoduje, że mimo starań ciągle nie są takie, o jakich marzymy, jakie planujemy mieć. Kilka nieprzemyślanych ruchów i wracamy w najlepszym wypadku do punktu wyjścia, w najgorszym - niszczymy włosy tak ze tylko fryzjer może nas uratować - cięciem. Niekiedy nie mamy pojęcia, co robimy źle.
Wlosomaniactwem nie zajmuję się długo, bo zaledwie trochę ponad półtora roku, ale swoje przeszłam, wiele się nauczyłam, zaliczyłam kilka wtop i porażek, ale i do pewnych rzeczy doszłam.



Dziś chciałabym Wam na własnym przykładzie przedstawić i wyjaśnić, co powodowało, że moje włosy mimo wielu starań ciągle były i nadal w niektórych miejscach są - po prostu zniszczone.

  • WODA - bardzo mało piłam - spożywałam mało płynów. Herbata do śniadania i kolacji, jakiś sok do obiadu (lub nie) i to wszystko. Owszem, zajadałam się owocami, które są soczyste, ale to jednak za mało. Musiałam to zmienić. Jednakże nie myślmy, że picie dużej ilości wody wpłynie na nawilżenie naszych włosów - nie nie. Prawda jest taka, że spożywanie dużej ilości płynów nawodni nam organizm, a co za tym idzie, skóra, również ta na głowie, będzie lepiej nawilżona. Od kiedy pije więcej - półtora litra wody, plus dwie czarne herbaty, jednak skrzypokrzywa i jeszcze do tego sok robiony z owoców/warzyw, moja skóra przestała być przesuszona, a skóra na głowie mniej swędzi, co z kolei powoduje, że mniej się drapie i nie pocieram przy tym włosów przy samych cebulkach - a więc włosy mniej wypadają i nie uszkadzam ich.
  • WODA - tak, woda razy dwa. Pijąc dużo płynów, nie zapomnijmy, że na skórę głowy wpływa też woda, którą myjemy włosy. Pomijam tu kwestie wody filtrowanej/miękkiej/twardej czy jeszcze innej, bo każdy włos lubi co innego. Np. moje włosy po wodzie z filtra są bez życia. Ważna jest temperatura wody. Przed włosomaniactwem robiłam bardzo głupią rzecz - płukałam szampon mega ciepłą, a nawet gorącą wodą. Byłam przekonana, że dzięki temu dobrze wymywam kosmetyk. Woda parzyła, ja myłam. Łuski włosów maksymalnie się rozchylały, a moje włosy były wtedy narażone na niesamowite zniszczenia przy najdrobniejszym ruchu, czy to grzebieniem, czy szczotką, ręcznikiem albo suszarkolokówką. Kruszyly się. Obecnie płuczę włosy w ciepłej wodzie, na koniec polewam je mocno chłodnym, ale nie lodowatym strumieniem. Łuski włosów są zamknięte, a dodatkowo, moja wrażliwa skóra ukojona.
  • DIETA - Lubię fastfoody, lubię słodycze, lody czekoladowe i pizzę. Wiadomo, mnóstwo konserwantów, chemii, żółtego sera i cukru. Wszystko to zawsze odbija się na mojej cerze. Wągry, pryszcze na brodzie, większe wydzielanie sebum. Nie jest tak, że mam z cerą ogromny problem, ale nie wygląda tak idealnie jak u porcelanowej lalki. Od kiedy postanowiłam właśnie dla cery ograniczyć tego typu przekąski, zauważyłam, że moje włosy również zaczęły się mniej przetłuszczać, są w nienagannym stanie nawet na drugi dzień, co nie często się zdarzało. W tym linku KILK macie również podstawowe zasady zdrowego odżywiania się, aby włosy były ładniejsze i zdrowo rosły. Witaminy i mikroelementy są bardzo ważnym składnikiem każdego dnia. Pamiętajcie, że każdy niedobór odbija się w naszym organizmie w tym, co nasze ciało uznaje za najmniej potrzebne. Niestety, według naszego ciała to włosy są potrzebne najmniej, więc ciało przy znikomej ilości potrzebnej mu witaminy, po prostu nie dostarcza jej do cebulek, efektem czego włos traci na wyglądzie, staje się osłabiony i matowy, a nawet wypada.
  • PODUSZKA - Jakiś temu w każdym sklepie z pościelą można było kupić poduszki wykonane z froty. Fajnie chłonęły pot latem, szybko wysychały po wypraniu i były niezniszczalne. Niestety, ostra frota siała spustoszenie na moich włosach. Były szorstkie i podczas obracania się w nocy tarła moje włosy ostrymi nitkami. Dopiero teraz zdaje sobie z tego sprawę, lata wstecz nie miałam o tym pojęcia. Na chwilę obecną nadal mam takie poszewki w domu, ale śpią na nich moje psy. Swego czasu były jeszcze zimowe poszewki z polaru, które to z kolei tak bardzo grzały, że wystarczyło pół godziny, aby moja skóra głowy była spocona. Nie bardzo się tym przejmowałam, jeśli na drugi dzień rano myłam włosy. Teraz wiem, że to był błąd, ponieważ pot przez całą noc dusił cebulki, a skóra nie mogła oddychać. Obecnie od kilku tygodni śpię na poduszce z jedwabiu, o której wspominała kiedyś KH. Koszt takiego jaśka to około 15 złotych, jeśli szyje się go samemu. Niemożliwe? A jednak. Jeśli nie jest się wybrednym co do wzoru poduszki, to 100% jedwab o wykończeniu satynowym w byle jakim kolorze można kupić za 50 zł/mb. Ja kupiłam pól metra i zapłaciłam 25 zł. Do tego dokupiłam dobrej jakości bawełnę za 14 zl/mb. Chciałam po pół metra z dwóch kolorów, co daje w sumie z jedwabiem ok. 40 zł. Z takiej ilości można spokojnie uszyć 3 jaśki. Planuję zrobić wpis o szyciu własnej satynowej poduszki-jaśka, tam wyjaśnię też dlaczego potrzebowałam aż metra bawełny i tylko pół metra jedwabiu. W dzisiejszym wpisie ważne jest jednak to, że rano, po wstaniu z łózka moje włosy są w nienagannym stanie - bez splątań i zmierzwienia, co niestety przy cienkich włosachma miejsce nawet podczas spania na poduszkach z gładkiej bawełny. Dodatkowo niesamowite jest dla mnie to, że pasma przy skórze głowy są o poranku dużo bardziej świeże, niż kiedy spalam na poduszkach z tkaniny innej niż jedwab.
  • STYLIZACJA - nie odkryję Ameryki, kiedy powiem, że prostowanie, suszenie zbyt gorącym nawiewem, lokówki i karbownice niszczą włosy. Nawet na początku wlosomaniactwa zdarzało mi się sięgać po prostownicę i katować nią moje cienkie włosy. Dodatkowo suszarkolokówką suszyłam je na najwyższym biegu, do tego stopnia, że włosy parowały. Wtedy myślałam, że nie robi im to krzywdy - ot, uciekająca para wodna. Dopiero potem przeczytałam, że ta woda rozrywa mi włosy kawałek po kawałku, chcąc się jak najszybciej wydostać z włókien włosa. Do tej pory, kiedy widzę prostująca włosy fryzjerkę, gdzie z włosów się prawie dymi a ona uspokaja - spokojnie, to tylko płyn paruje, to mam ochotę jej powiedzieć, co sadzę o jej "fachowej wiedzy" dotyczącej dbania o "materiał" z którym pracuje na co dzień. Ale niekompetentne fryzjerki to temat na osobny wpis. Od 15 miesięcy nie używam prostownicy ani lokówki, włosy susze zawsze letnim nawiewem. Ich kondycja znacznie uległa poprawie. Przestały się łamać na rożnej długości i są gładkie.
  • FRYZURY - włosy nosze raczej zawsze rozpuszczone, ale kiedy moja skóra nie szaleje - robię sobie kok z klamrą. Pamiętajcie jednak, że zbyt ciasne upięcia, które mocno napinają nam skórę na czole doprowadzą, prędzej czy później, do osłabienia włosa i jego cebulki, co w efekcie skończy się wypadnięciem. 
  • OZDOBY - jeszcze w liceum lubowałam się w ozdobnych gumkach, mocnych klamrach-szpilach i innych dziwnych ustrojstwach. Potem co prawda z nich zrezygnowałam podążając za modą na rozpuszczone i wycieniowane włosy, ale do dziś pamiętam ile włosów wyciągałam z gumek z metalową skuwką, albo jak bardzo łamały mi się od silnych, ostrych zębów metalowych klamer. Dziś wszystkie te ozdoby nadal są u mnie, leżą w szafce i czekają, nie wiem na co. Są piękne, żal mi je wyrzucać. Ale na moich włosach na pewno już się nie znajdą.
  • KOSMETYKI - jedno o sobie mogę Wam powiedzieć, a te, co mnie dłużej czytają wiedzą to od dawna - mam pierdolca na punkcie masek do włosów. Staram się z tym walczyć. W mojej szafce można było znaleźć maski różnych producentów, różnych rodzajów, z różnych przedziałów cenowych. Używałam ich po każdym myciu, często w nadmiarze, nie raz nie umiałam ich nawet porządnie dopłukać, bo tyle tego naładowałam na pasma. Byłam niepoważna. Wiele z tych kosmetyków nie pasowało moim pasmom, ale używałam, bo szkoda było zmarnować, więc waliłam po 1/3 opakowania na moje marne 6 cm w obwodzie kucyka, do ramion. Dziś nadal mam porządną kolekcję masek, ale prawie wszystkie dopasowane są do porowatości moich włosów. Używam ich z głową - nie za dużo, nie codziennie. Odpowiednia maska w odpowiednim momencie. Wszystko przemyślane. Pamiętajcie szczególnie o dopasowaniu produktu do aktualnej potrzeby swoich włosów. Jeśli wasze włosy nie tolerują protein, to im ich nie fundujcie, tylko dlatego, że na topie jest teraz maska z keratyną. Włosy będą w pewnym momencie matowe i zaczną się łamać od nadmiaru budulca.  Jeśli nie macie przesuszonych włosów, nie używajcie zbyt często masek nawilżających, włosy zaczną się plątać i puszyć, będzie można je łatwo uszkodzić podczas czesania. Maski emolientowe również z umiarem - jeśli będzie ich w pielęgnacji za dużo, pasma zaczną smętnie wisieć, strączkować i szybko się przetłuszczać, co z kolei ma zły wpływ na stan skóry naszej głowy.
  • PEELING - dacie wiarę, że przez 29 lat nie peelingowałam skóry głowy? Jakoś tak po prostu nigdy na to nie wpadłam, a produktów do tego typu zabiegów w sklepach po prostu nie było i nie wiedziałam, że skore głowy można a nawet trzeba oczyszczać w ten sposób. Niespecjalnie chyba było mi to potrzebne, bo zawsze używałam mocnych szamponów, ale od kiedy zaczęłam świadomie dbać o włosy, musiałam wdrożyć do mojej pielęgnacji peelingi. Dzięki nim pozbywamy się tego, czego normalny szampon nie potrafi domyć. Odtykamy skórę, która zaczyna lepiej oddychać i mniej się przetłuszcza, co z kolei ma zbawienny wpływ dla naszych włosów - cebulki nie są zapchane i nie pasemka nie wypadają. Jednak kiedy byłam na początku a nawet już w zaawansowanym stadium włosomaniactwa (czego wtedy nie mogłam nazwać jeszcze świadomą pielęgnacją), nadal nie miałam pojęcia o peelingach. Myłam włosy delikatnymi szamponami, maskowałam jak oszalała i w ogóle nie przejmowałam się stanem skóry głowy. Włosy zaczęły się bardzo szybko przetłuszczać i wyglądały brzydko. Zaczęły wypadać. Teraz, nauczona doświadczeniem raz na tydzień używam peelingu mechanicznego, czasem przed nim używam jeszcze peelingu enzymatycznego. Pasma są odbite u nasady, świeże i ładne, a skóra dużo spokojniejsza. Jednakże nie przesadzajmy w drugą stronę. Zbyt częste peelingi naruszą nam naturalną barierę ochronną naszej skóry głowy i podrażnią ją, co w efekcie doprowadzi i tak i tak do nadmiernego przetłuszczania, swędzenia a nawet pieczenia i szczypania oraz utraty niektórych włosów.
  • OLEJOWANIE - olejować trzeba z głową. Nauczyłam się tego dosyć późno. Przede wszystkim na całą noc kładłam na skórę głowy olejek na porost, co w pierwszych kilku miesiącach przyczyniło się do spektakularnego efektu - włosy rosły bardzo szybko... i równie szybko wypadły, bo skóra była prawie co noc! na całą noc! zapchana olejkami. Obecnie nakładam olejek od ucha w dól a resztki z dłoni lekko wcieram w wyższe partie włosów, natomiast na pewno nigdy już nie będę stosowała olejku jako wcierki. Jeśli jednak się zdecyduję - na pewno nie zrobię tego na noc, tylko na max 2 godziny przed myciem. Druga sprawą jest ilość oleju - kiedyś paćkałam na pasma tyle oleju, że wyglądałam, jakbym wyszła spod prysznica. Efekt - niedomyte włosy i strączki, szybko przetłuszczająca się skóra głowy. Dziś moje włosy tuż po naolejowaniu wyglądają jak lekko zwilżone mgiełką. A efekt - lepszy! Pamiętajcie też o odpowiednim doborze olejku. Tutaj KLIK możecie poczytać o olejkach dedykowanych różnym porowatością włosów. Nie należny jednak na to ślepo patrzeć, ale jeśli jesteście początkujące, radziłabym celować w olejki dedykowane, a potem kombinować. Kiedyś poszłam za trendem "olej kokosowy dobry na wszystko", efektem czego ponad tydzień leczyłam moje włosy maskami i delikatnymi szamponami emolientowymi, bo olejek kokosowy zrobił mi po 2 godzinach takie siano z włosów, że nawet sera silikonowe nie dały rady ich wygładzić.
  • SZAMPONY - dawno temu używałam mocnych zdzieraków. H&S i inni mocni czyściciele królowali na mojej półce. Włosy były szorstkie, suche, miałam na głowie siano, które kruszyło się niemiłosiernie. Potem wpadłam w szał włosomaniactwa i wszystko co było z SLS było be i do kosza. Efektem były obciążone pasma i dusząca się skóra głowy. Włosy były przyklapnięte i szybko się przetłuszczały, sebum zatykało mieszki - mogło to spowodować poważne problemy i włosy mogły zacząć wypadać w każdej chwili. Musiałam szybko znaleźć złoty środek, więc robię to co większość - na co dzień myje włosy łagodnymi szamponami, ale gdy tylko czuje, że skora zaczyna się buntować, sięgam po Nizoral, Dermenę i oczywiście peeling. Dzięki temu nie przesuszam i nie niszczę pasm nadmiarem szkodliwych środków myjących, a w razie potrzeby, dokładnie oczyszczam skórę głowy.
  • TURBAN - czy wiecie, że można przetłuścić włosy zaraz po umyciu? Zbyt długo pozostawiony na głowie turban zaczyna działać jak termos - skóra głowy się nagrzewa, a wilgotne włosy tworzą pod ręcznikiem "tropikalny klimat", co sprzyja poceniu się. Ja wiem, ze to brzmi absurdalnie, ale tak właśnie jest, zwłaszcza w letnie dni, kiedy temperatura nawet w mieszkaniu wynosi 25 stopni. Dodatkowy problem stanowi też to, że w takim "klimacie" łuski włosa pozostają rozchylone, co powoduje, że pasma są bardzo podatne na zniszczenia i szybko mogą zacząć się wykruszać oraz łamać. W liceum zostawiałam ręcznik na głowie na ponad 20 minut. Obecnie nie popełniam już tego błędu i włosy zawijam na max 7-8 minut pod przewiewną, bawełnianą koszulkę, której zadaniem jest jedynie wpić nadmiar wody z pasm.
  • SZCZOTKA - tutaj KLIK pisałam o tym, jak TT zniszczył mi włosy. Nie będę się nad tym rozwodzić drugi raz w tym wpisie, bo musiałabym powielić wcześniejszy post. Są szczotki, które szkodzą włosom cienkim, są i takie, które nie nadają się do kręconych. Jednym szczotka pasuje, innym nie. Nie mam na to złotego środka, trzeba próbować. Obecnie jestem w fazie testowania Olivia Garden Finger Brush rozmiar M i jak na razie sprawdza się rewelacyjnie.
  • TRWAŁA - co tu dużo pisać - trwała zawsze zniszczy włosy i nikt nie wmówi mi, że nie. To bardzo inwazyjny, chemiczny zabieg, który sięga wgłąb włosa bardziej niż farba. Zrobiłam to raz. Nie pamiętam ile to wszystko trwało od nałożenia do zmycia, ale pamiętam za to, że płakałam przez długi czas. Jedyna słuszna rada - nie róbcie sobie trwalej!

Przyczyn, które powodują zniszczenia na włosach może być jeszcze wiele. Pisałam dziś o tym, które znam z własnego doświadczenia. Nigdy natomiast nie tarłam włosów frotowym ręcznikiem, co jak wiadomo, niesamowicie uszkadza strukturę włosa. Nie spałam z mokrymi włosami, nie utleniałam ich (jedynie farbowałam cienkie pasemka). Czeszę włosy na mokro, bo tak jest mi wygodniej i lepiej wyglądają po wyschnięciu, a że się nie plączą, nie mam problemow ze zniszczeniami po czesaniu pasm, gdy są mokre.

Pamiętajcie. Bardzo ważne jest dbanie o skórę głowy - jeszcze ważniejsze niż o same łodygi, ponieważ to skóra musi być w dobrej kondycji, aby zdrowe mieszki tworzyły zdrowe cebulki, a te z kolei - piękne włosy. Łodygę w najgorszym wypadku zetniesz i zapuścisz włosy na nowo. Doprowadzić skórę łowy do porządnego stanu jest o wiele gorzej - sama meczę się z tym już kilkanaście miesięcy. W pewnym momencie włosomaniactwa popełniłam gdzieś błąd - na bardzo długi czas "zalepiłam" skórę toną masek, bo skoro były ładne,  a głowa wtedy jeszcze nie swędziała, to ani mi się śniły mocne szampony i peelingi (pisałam o nich wyżej). Pasma zaczęły wypadać garściami, straciłam centymetr w kucyku. Do tego doszedł stres, zmiana klimatu i pewna choroba której wyleczenie zajęło tydzień, ale o badanie i leki musiałam się prosić rok (!). We wrześniu 2016 roku miałam takie włosy:




Wypadały wtedy już ponad rok ( już w ruchu był Nizoral i peelingi, aby odetkać mieszki). Po ślubie, który był w październiku, przestałam siłą woli "trzymać włosy przy sobie" i wypadały jeszcze bardziej, powiedziałabym, że byłam na granicy załamania i obaw, ze łysieję. Dopiero około grudnia wszystko się uspokoiło, ale niestety, straty są ogromne - zarówno w gęstości, jak i na długości, bo musiałam mocno skrócić włosy, aby odciążyć bardzo słabe cebulki.

Dbajcie o włosy, jeśli zależy Wam na ich pięknym blasku i nienagannej kondycji, "wsłuchajcie się" w ich potrzeby, dostosujcie pielęgnację do aktualnego stanu pasm i nie męczcie włosów, jeśli nie jest to potrzebne. Dbajcie również o skórę głowy. Jej stan w ponad 50% odpowiada za stan włosów i pamiętajcie też, że to, co obecnie jest tuż przy skórze, kiedyś będzie końcówką Waszych włosów.



Czytaj dalej...

15 zakazów podczas pielęgnacji włosów - z własnego doświadczenia. Nasze i moje grzechy i błędy.

Heyka!

Wiele się mówi, co wolno i co powinno się robić podczas pielęgnacji i zapuszczania włosów. Zdecydowanie mniej jest jednak postów i artykułów o tym, co powinno być zabronione.
Na podstawie własnego doświadczenia i błędów postanowiłam stworzyć taki post. Jest tu opisane wszystko, co spotkało mnie (a czasem na szczęście nie) przez ponad 17 miesięcy pielęgnacji moich włosów i czego bardzo żałuję. 




1. Nie rzucaj się na wszystkie kosmetyki, które pomogły Twojej koleżance/ mamie/ blogerce.
Przede wszystkim poznaj swoje włosy. Określ ich porowatość - bo dzięki temu możesz zgrubsza posegregować kosmetyki na te dla siebie i te, których powinnaś unikać. Na przykład moje włosy są wysoko i średnio porowate, co oznacza, że raczej nie powinnam na nie stosować oleju kokosowego. Jednak jakiś czas temu Alina Rose chwaliła maskę kokosowo-lnianą od Sylveco. Co zrobiłam? Oczywiście od razu kupiłam, no bo pięknowłosa Alina jest zadowolona a jej włosy powalają. Efektem jest użycie maski 2 razy i pozostawienie jej na zmarnowanie - zawarty w niej olej kokosowy bardzo puszy mi włosy.

2. Nie kupuj nie używaj wszystkiego, co wpadnie Ci w oko/ładnie wygląda/ma ciekawy opis.
Nadmiar kosmetyków, to nic dobrego. Po pierwsze, wszystko w pewnym monecie zacznie zalegać i powoli się przeterminowywać. Napoczęte kosmetyki też tracą na jakości i świeżości. Moim błędem jest - do teraz - kupowanie hurtem w drogeriach on-line. Wpada tam do koszyka zdecydowanie za dużo produktów. 3 szampony, 4 balsamy, 3 maski, 5 olejków... I tak w 3 drogeriach. A potem robi się z tego zapas, a wiadomo, ze niektóre kosmetyki idą wolniej. Efektem tego mojego szału zakupowego jest chyba z 10 buteleczek różnych olejków, które stoją i czekają... Nie wspominam nawet o tym ile mam masek...
Problemem jest jeszcze kupowanie za dużo na sam początek. Przykładowo, gdy nie wiesz, czy Twoje włosy polubią kosmetyki z ziołami, to nie kupuj kilku butelek balsamów. Moim błędem było napalenie się na Balsamy Agafii - na te z propolisem. Wzięłam dwa, kwiatowy i lipowy oraz dwa szampony. To był błąd - moje włosiska wręcz nienawidzą takiej ziołowej bomby i wyglądają po tych kosmetykach po prostu tragicznie.

3. Nie używaj wielu kosmetyków na raz.
Nie i koniec! To najgorsze co możesz zrobić. Po pierwsze dlatego, że gdy cos Ci zaszkodzi, nie będziesz wiedzieć co i zanim dojdziesz do winowajcy, może minąć kila dni i prób, a gdy te pierwsze będą kończyły się niepowodzeniem, to zanim dojdziesz do ostatniej, w której akurat trafisz na produkt nie dla Ciebie, możesz sobie już poważnie podrażnić skalp. Dodatkowo możesz obciążyć włosy, które będą wyglądać po prostu nie ładnie.

4. Mieszaj z głowa i umiarem!
Chodzi tu o kosmetyczne kombo. Sama miałam jakiś czas temu fiola na punkcie mieszanek maseczkowych. Niestety, użyłam do takiej mikstury produktu, który (wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam) BARDZO podrażnił mi skalp. Efektem jest uwrażliwienie się skóry na większość kosmetyków, które wtedy się w tej mieszance znajdowały. No a dodatkowo, co łączy się z punktem pierwszym, ciężko mi było doszukać się mojego wroga.

5. Nie używaj tego, co działa dobrze, a jednak źle.
To dziwny punkt, ale bardzo ważny. Jest wiele kosmetyków, które ładnie działają na łodygi włosa, a jednocześnie podrażniają skórę głowy. Dlatego wystrzegaj się takich produktów. Na prawdę nie warto dla dobrego wyglądu pasm ryzykować podrażnienia, bo prędzej czy później skończy się to wypadaniem tych błyszczących kosmyków. Warto też nie przesadzać w drugą stronę. Przykładowo na mnie źle działa płukanka z rumianku. Działa kojąco na skalp i świetnie lekko rozjaśnia mi włosy, ale przesusza niesamowicie łodygi. Musiałam wybrać - kolor czy włosy. Wybrałam włosy, bo co mi po jaśniejszym kolorze, kiedy mam go na suchych pręcikach?


6. Nie przesadzaj z proteinami.
Kolagen, pszenica, żelatyna, keratyna, kukurydza, soja, mleko, jedwab - to tylko przykładowe produkty do włosów, które zawierają proteiny. Używanie z głową masek proteinowych, mlecznych płukanek, hydrolizowanej keratyny, laminowania żelatyną czy wcierania w pasma kolagenu to klucz do sukcesu i grubych, ładnych łodyg. Włosy są zdrowe, mocne, lśniące i wyglądają pięknie. Jednak gdy tylko zauważysz że zmieniają się w tępe i szorstkie druty - nie katuj ich proteinami, które do tej pory Ci pomagały - wygląda na to, że przedawkowałaś. Powinnaś wtedy odstawić na bok wszelkie kosmetyki z proteinami i zabrać się za porządne nawilżenie pasm. Dobre jest też olejowanie, jednak olejkami dostosowanymi do rodzaju i potrzeb Twoich włosów.

7. Nie porównuj się do innych.
To mój najczęstszy błąd. Gdy patrzę w lustro i widzę swoje włosy, jestem względnie zadowolona. Ale gdy idę ulicą i widzę ładne włosy, które przypominają "jakością i gęstością" moje, to zaczynam porównywać je ze swoimi. Nie daj Boże, gdy się za chwilę gdzieś zobaczę w lustrze, a moje pasma akurat postanowiły się źle poukładać i pomiętolić. Wtedy to już tragedia. popadam w wielki smutek, że mam jednak najgorsze włosy na świecie i daleko mi do tych, które widziałam chwilę wcześniej. A już najgorzej jest gdy widzę te swoje, nawet ładnie wyglądające, a za chwile przejdzie koło mnie dziewczyna z przepięknymi, grubymi i lśniącymi pasmami. Automatycznie, czy chcę, czy nie, porównuję... i wtedy zastanawiam się, czy moja pielęgnacja w ogóle jest cos warta. Więc najlepiej jest porównywać włosy swoje ze swoimi ;) Robienie comiesięcznych fotek pozwala nam stwierdzić na ile poprawiła nam się jakość pasm, ile urosły i jak ładne się stają.

8. Nie dąż do tego, czego nie osiągniesz, mierz siły na zamiary.
Niestety, grubość włosa, jego skręt czy podatność, porowatość a nawet długość zależy od genów. 
Możemy wizualnie pogrubić włosy, gdy wypełnimy ubytki (z głową i rozumem) proteinami, lecz nie pogrubimy ich na stałe i na zawsze. Możemy pobudzić od pracy więcej mieszków włosowych, ale nowych nie wyhodujemy. Można przedłużyć długość pobytu włosa na głowie, ale nie zmusimy go, by pozostał tam kilkadziesiąt lat. Nawet porowatość można zmniejszyć i zwiększyć, ale tez nie na stałe.
Przykro mi, ale większość z nas musi pogodzić się z tym co ma na głowie i zadbać o to, aby było lepiej, lub aby nie było gorzej.  Dziewczyny, które mają z natury rzadkie włosy, a które będą dążyć do kucyka o średnicy 10 cm będą rozczarowane i prędzej czy później poddadzą się z żalem i bólem serca. A to do niczego nie prowadzi. Najlepiej jest wiec dbać o to, co mamy, pielęgnować włosy by były zdrowe i jeśli chcemy, używać wcierek, aby pobudzić prace uśpionych mieszków. 

9. Nie prostuj włosów prostownicą, odstaw lokówkę, nie niszcz.
Tak wiem, prostownica wygładza pasma, ładnie nabłyszcza włosy. Lokówka pomaga wizualnie zwiększyć objętość, bo loki mają to do siebie, że powiększają optycznie fryzurę. Problem tkwi w tym, że włosy wyglądają ładnie, ale są jednocześnie niszczone gorącym metalem. I nie, nie prawdą jest że ceramiczna prostownica ochroni włosy. Nie prawdą jest że spray termoochronny obroni pasma przed 240 stopniami. Włosy ZAWSZE będę się niszczyć przy takiej stylizacji.
Poszukaj alternatywy - olejowane systematycznie włosy nabierają blasku i staja się gładsze. Papiloty chociażby na mokre chusteczki nawilżające dla niemowląt sprawdzą się równie fajnie jak lokówka. Oczywiście olejowanie wymaga samozaparcia i czasu, a papiloty musisz zakręcić na kilka godzin, ale chyba warto, dla zdrowia włosa, nieprawdaż?

10. Nie lekceważ tego, co "mówią" do Ciebie włosy i skalp.
Włosy wypadają? Uważaj, może masz za mało witamin? Może coś nie tak z hormonami albo tarczycą? Zbadaj się! Pasma się łamią u nasady? Wiele jest tego przyczyn - zła dieta (przez co włos wyrasta słaby) albo zła pielęgnacja. Swędzi Cie skóra głowy? To może uczulenie, albo podrażnienie kosmetykiem? Znajdź winowajcę i nie używaj go już więcej.



11. Nie spiesz się.
Wcierka nie sprawi, ze włosy urosną 10 cm za 2 dni. Olejowanie, lecz systematyczne daje efekty, al za jakiś czas. Czekaj spokojnie na zmiany, ale bądź cierpliwa. Nie od razu Rzym zbudowano, nie od razu włosy zapuszczono :)

12. Nie przesadzaj z częstotliwością, jeśli włosy tego nie wymagają.
Chodzi tu o wszystko - o maski, oleje i ogólnie o mycie. Zbyt częste mycie, gdy włosy tego nie potrzebują może osłabić pasma i przesuszyć skórę głowy.  Maski mogą obciążać łodygi, a i z olejowaniem można przedawkować. Pamiętam jak w tamte lato co drugi dzień kładłam na nie olej. Co prawda bardzo dobrze go zmywałam, ale w pewnym momencie miałam wrażenie, że one ten olej w sobie skumulowały i wydalały go z siebie pod koniec dnia - miałam przyklapnięte i mimo że czyste, to jednak dziwne włosy. nie podobał mi się ten efekt. Odstawienie olejów na 2 tyg załatwiło sprawę.

13. Nie panikuj...
.. gdy raz opuścisz maskę z powodu braku czasu, albo nie nałożysz olejku. Nic, ale to na prawdę nic się nie stanie - włosy przeżyją. 
Nie histeryzuj, gdy fryzjerka podtapiruje Ci włosy na specjalną okazję i nałoży tonę lakieru. Ja sama bardzo przezywałam podczas jednego z wesel na którym byłam, że mam podtapirowane włosy, zakręcone na prostownicę. Oczywiście po umyciu włosy wyglądały tak samo jak i przed weselem. Trochę dłużej trzymałam na nich maskę i na prawdę, nic im się nie stało złego. Sporadyczne "grzechy" nie sprawią, że zaprzepaścimy wszystko, na co pracowałyśmy. Ja osobiście wiedziałam, że włosy będą męczone bardziej niż zwykle więc wzięłam ze sobą swoje kosmetyki, które im służą i nie było problemu, aby fryzjerka uzyła ich, zamiast swoich z salonu.

14. Nie leń się!
Faktem jest, że, jak pisałam w pkt. 13, gdy opuścisz raz maseczkę czy olejek, nic się nie stanie, Natomiast są substancje, które trzeba wcierać codziennie, jak np. wcierka z kozieradki. Są i takie kuracje, gdzie należny rygorystycznie przestrzegać częstotliwości (kuracja na wypadanie, niektóre kuracje odbudowujące). Tutaj mus, to mus. Musisz być stanowcza dla samej siebie, pilnować się i słuchać etykietki/fryzjera/dermatologa. Mycie co 2 dzień czy wcierka codziennie - to przykazanie, a nie luźna gadka i sugestia.


15. Nie dotykaj, nie czesz co 5 minut!
Wiem, sama po sobie, jak ciężko jest nie dotykać włosów, gdy z suchych wiórów przeistaczają się w miękkie pasma. Macałam je wtedy notorycznie, oglądałam, przeczesywałam palcami. Efektem tego szybciej stawały się tłuste i nieświeże - co powodowało, że trzeba było je myc szybciej, niż tego wymagały.
Jeśli mam akurat dzień typowo nie włosowy i nawet umyte włoski sklejają się w strąki (np. po bardzo silnym nawilżeniu), to czesze je co chwilę. Nic dobrego z tego nie ma, tracę czas, mecze pasma, a za chwile i tak jest to samo. Najlepiej jest wtedy upiać włosy i zapomnieć i sprawie.

I to tyle z zakazów, które udało mi się zebrać przekopując w myślach wszystkie moje grzechy. Wiele się przez te 17 miesięcy nauczyłam. Wiem co robić, czego moje włosy nie znoszą, co lubią i jak o nie dbać. Są niezwykle cienkie i delikatne, łatwo je zniszczyć. Przez jeden poważny błąd z mojej strony zaczęły bardzo wypadać (o tym osobny post). ale rosną i mają się dobrze. Czasem jest im lepiej, czasem gorzej. Nadal się uczę - np. jak zapanować nad włosami krótszymi niż reszta fryzury nie używając prostownicy, tony lakieru i przyklepywania pasm. Jednak, mam nadzieję, że i do tego dojdę i o ile jeszcze popelniam kilka błędów, uda mi się je wyeliminować. 

Czytaj dalej...

Wypadanie włosów, kryzys.. i walka trwa nadal... wyniki "badań"


Heyka.
Byłam dziś w laboratorium mykologicznym, ko którym pisałam w niedzielę. 
Nie myłam głowy 3 dni, tak jak przykazano i rano stawiłam się o 8:30 u przemiłej Pani, ktora pobiera materiał do badań. Pobiera.. ale nie mnie. Okazało się, że nijak nie ma jak czegokolwiek u mnie pobrać. Skóra ładna, czysta, nie łuszczy się, nawet nie m zaczerwienienia. Jako, ze poszłam prywatnie, pani powiedziała, że bez sensu jest cokolwiek badać, bo i tak nic na pożywce nie wyrośnie bo i materiału po prostu nie ma.
Powiedziała, ze to nie grzybica, bo włosy wychodzą z całej głowy pojedynczo, a nie kępkami i że nie ma u mnie absolutnie żadnych zmian chorobowych.
Cieszyć się? Nie. Płakać! 
Kobieta (przepraszam, nie wiem czy była laborantką czy lekarzem) poradziła iść do neurologa, bo przyczyna może tkwić w układzie neurologicznym i krwionośnym. Do tego mogłam złapać jakąś bakterię która żyje wewnątrz tkanki żywej (i/lub w mózgu), dlatego badania mykologiczne tym bardziej są bez sensu. Najlepiej jakbym zrobiła tomograf i rezonans.

Idąc tym tokiem rozumowania, stawiam na układ krążenia, bo:
- włosy wypadają, bo są niedożywione,
- mam bardzo mało nowych włosów, a te, które są nowe, są niesamowicie cienkie i brzydkie, bo rosną bez prawidłowego pokarmu,
- cebulki są dystroficzne, bo organizm nie dostarcza im (przez krew) wartości odzywczych - o czym wspominał trycholog,
- pieczenie mam na przemian z mrowieniem, podobnym do skurczów które łapią nas gdy np. śpimy na ręce która potem cierpnie,
- istnieje potwierdzone badaniami naukowymi powiązanie między złym ukrwieniem skory głowy a wypadaniem włosów.

Walka trwa nadal. Jak najszybciej umawiam się do neurologa i zobaczymy jakim torem pójdą dalsze poszukiwania przyczyny swędzenia, pieczenia, mrowienia skory głowy i wypadania włosów.

Płakać już sobie popłakałam całą drogę powrotną do domu, to teraz trzeba się wziąć w garść..
Czytaj dalej...

Kolejny kryzys

Cześć.
Są święta, czas radości, pięknej pogody. Na drzewach pojawiły się pączki, śliczne zielone listeczki. Widziałam już przebiśniegi i krokusa. Wczoraj byłam na przyjemnym spacerze, podziwiałam kaczki i łabędzie.

Dziś niechcący wpadłam na foto moich włosów sprzed paru miesięcy. Od nowego roku staram się w ogóle nie patrzeć na nie. Powoduje to u mnie przypływ histerii i smutku. No ale stało się. I znów oczy pełne łez. Bo choć nie pisze o tym tak często jak wcześniej, nadal mam problem.

Od ponad tygodnia piecze mnie skóra głowy calusieńki czas. O ile od jakiegoś czasu były to przypadki sporadyczne (co 2-3 dni), tak oto problem powrócił i bez przerwy trwa. Nie pomaga nawilżanie, mycie szamponami hypoalergicznymi i nie używanie nawet olejku na końcówki. Włosy wypadają bardzo, ale od ponad tygodnia jest to już po prostu lawina. Lecą długie starsze włosy i nowe, 5-10 centymetrowe, z czego te krótsze są bardzo, bardzo cienkie i liche.W zakolach nie mam już praktycznie nic nowego, a nawet lekkie przesunięcie palcami po tym co tam zostało powoduje, ze bez trudu wyciągam je ze skóry, razem z cebulkami.

Kolejni lekarze rozkładają ręce i chcą leczyć mnie na łysienie, pozostając głuchymi na narzekanie na ciągłe swędzenie i pieczenie. 
Nikt nie chce dać mi skierowania na badania laboratoryjne, więc w końcu wybłagałam w Zabrzu wizytę bez skierowania, na którą jadę we wtorek.  Okropnie się boję, że badania nic nie wykażą. Na prawdę, wolałabym już mieć nawet jakiegoś greckiego strasznego wirusa albo bakterię, której się pozbędę bo w końcu dostanę prawidłową kurację, niż nadal trwać w cierpieniu i zastanawiać się, czy ja coś robię źle, czy jestem na coś chora i czy da mi jeszcze się pomóc.

Od stycznia robię wszystkie badania krwi, co miesiąc - wyniki podręcznikowe. Tarczyca wybadania, TSH, FT3, FT4, kortyzol i usg - wszystko jak być powinno.

Hormony w normie.

Skóra blada, czysta, nieprzesuszona. Widocznych podrażnień brak. 

Kuracja antygrzybiczna nie przyniosła rezultatów.

Jestem załamana. Zrozpaczona. Przerażona.

Przestałam się uśmiechać.


Czytaj dalej...

Intensywna kuracja do włosów 7 w 1 - Przeciw wypadaniu włosów - Kompleks 7 olei

Heyka.
Dziś o serii Elpha Pharm, 7 olei.
Długo zastanawiałam się, czy opisywać Wam każdy produkt z osobna, czy całość. Postanowiłam, że opis całej kuracji zamieszczę w jednym wpisie. 


Kuracja 7 olei składa się z olejku, szamponu, maski i serum. Każdy produkt zawiera kompleks 7 olejków:
- łopianowy
- rycynowy
- lniany
- rozmarynowy
- cedrowy
- awokado
- shea



Zaleca się stosowanie wszystkich produktów na raz, codziennie, lub co 2-3 dni, najlepiej przez dwa miesiące. Ja stosowałam wszystko codziennie przez bity miesiąc, 30 dni, potem raz na jakiś czas. Czy pomogło? Dlaczego odpuściłam drugi miesiąc? O tym za chwilę, na razie skupmy się na poszczególnych produktach i ich działaniu odżywczym, nie koniecznie stricte przeciwko wypadaniu.


OLEJEK DO WŁOSÓW:
Olejek do włosów jest przeznaczony do pielęgnacji włosów osłabionych ze skłonnością do wypadania. Zawiera kompleks 7-u specjalnie wyselekcjonowanych olejków, które tworzą niewidoczną warstwę ochronną, dzięki czemu zapobiegają utracie naturalnej wilgoci włosów, zapobiegając suchości i łamliwości. Olejki pobudzają krążenie krwi, zwiększają dopływ tlenu do mieszków włosowych, sprzyjają lepszemu nasyceniu w składniki odżywcze.

Składniki (INCI): Paraffinum Liquidum, Arctium Lappa Root Extract, Persea Gratissima Oil, Oleth-5, Pinus Sibirica Seed Oil, Ricinus Communis Seed Oil, Butyrospermum Parkii Butter, Linum Usitatissimum Seed Oil, Rosmarinus Officinalis Leaf Oil, BHT.

Pojemność: 100 ml, Cena: 19,90 zł.

Moje wrażenia:
Olejek ma przyjemny, leśny zapach i jest stosunkowo lekki w porównaniu do innych olejków, które mam w domu. Nakładałam go na skórę i na łodygi włosów. Trochę bałam się przeciążenia albo przesuszenia z powodu olejku eterycznego, ale nic z tych rzeczy. Włosy po tym kosmetyku są niesamowicie lśniące, sypkie, absolutnie nie obciążone ale i w ogóle nie spuszone.
Do produktu była dołączona plastikowa pipeta do nakładania, ale z niej nie korzystałam - kosmetyk rozprowadzałam na palcach i wcierałam w skórę głowy.


SZAMPON:
Delikatna baza szamponu nie zawiera SLS i SLES, delikatnie oczyszcza włosy i skórę głowy. W skład szamponu wchodzi kompleks 7 specjalnie wyselekcjonowanych olejków, które wzmacniają cebulki, chronią płaszcz ochronny włosa, zapobiegając w ten sposób suchości i łamliwości. Idealny do pielęgnacji włosów osłabionych ze skłonnością do wypadania. Do codziennego stosowania.
Olejek łopianowy wzmacnia cebulki włosów, tonizuje skórę głowy, normalizuje pracę gruczołów łojowych. Olejek rycynowy stymuluje wzrost włosów, dodaje im blasku i jedwabistości. Olejek lniany aktywuje wzrost włosów. Zawiera witaminę E, która działa nawilżająco na włosy i skórę głowy. Olejek rozmarynowy poprawia przepływ substancji odżywczych do korzeni włosów i zapobiega ich wypadaniu. Olejek cedrowy sprzyja wzrostu włosów, ma działanie antyseptyczne. Olejek z awokado ma właściwości pielęgnacyjne, pomaga zatrzymać wilgoć, zapobiega suchości i łamliwości. Masło Shea odbudowuje strukturę zniszczonych, suchych i łamliwych włosów. Jest naturalnym filtrem UV.

Składniki (INCI): Aqua, Sodium Myreth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Polysorbate 20, Laureth-2, Sodium Chloride, Lauryl Lactate, Parfum, Hydrolyzed Keratin, Hydrolyzed Soy Protein, Hydrolyzed Wheat Protein, Arctium Lappa Root Extract, Persea Gratissima Oil, Pinus Sibirica Seed Oil, Ricinus Communis Seed Oil, Butyrospermum Parkii Butter, Linum Usitatissimum Seed Oil, Arginine, Rosmarinus Officinalis Leaf Oil, Polyquaternium-10, Panthenol, BHT, Citric Acid, Disodium EDTA, Benzyl Alcohol, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Linalool, Limonene, Benzyl Salicylate.

Pojemność: 200 ml, Cena: 19,90 zł

Moje wrażenia:
Szampon rewelacyjnie myje. Wspaniale się pieni i bardzo dobrze domywa olej. Włosy są po nim skrzypiące, ale nie przesuszone. Obecnie myję nim głowę już poza kuracją i za każdym razem jestem zadowolona z jego właściwości, bo wspaniale myje, a jednocześnie nie niszczy warstwy ochronnej włosa. 


MASKA DO WŁOSÓW:
Maska jest przeznaczona do pielęgnacji włosów osłabionych ze skłonnością do wypadania. Zawiera kompleks 7 specjalnie wyselekcjonowanych olejków, które wzmacniają cebulki, chronią płaszcz ochronny włosa, zapobiegając w ten sposób suchości i łamliwości. Działanie olejków wzmocnione kompleksem Vital Hair Aktive+, który pobudza krążenie krwi, poprawia odżywianie mieszków włosów, sprzyja lepszemu nasyceniu w substancje odżywcze. Maska doskonale odżywia skórę głowy, pomaga w zachowaniu dobrej kondycji włosów, zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn.

Składniki (INCI): Aqua, Cetearyl Alcohol, Behentrimonium Chloride, Hydroxyethyl Cellulose, Ceteareth-20, Caprylic/Capric Triglyceride, Dimethiconol, Cydopentasiloxane, Silicone Quaternium-16, Undeceth-11, Butyloctanol, Undeceth-5, Parfum, Hydrolyzed Keratin, Hydrolyzed Soy Protein, Hydrolyzed Wheat Protein, Arctium Lappa Root Extract, Persea Gratissima Oil, Pinus Sibirica Seed Oil, Ricinus Communis Seed Oil, Butyrospermum Parkii Butter, Unum Usitatissimum Seed Oil, Arginine, Rosmarinus Officinalis Leaf Oil, Panthenol, Tocopheryl Acetate, Polyquaternium-10, Citric Acid, Benzyl Alcohol, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Linalool, Limonene.

Pojemność: 200 ml, Cena: 19,90 

Moje wrażenia:
Jestem zachwycona działaniem tej maski. Wspaniale wygładza włosy, odżywia je i regeneruje, ułatwia rozczesywanie. Nawilża łodygi, dociążam ale nie obciąża pasm. Włosy prześlicznie po niej lśnią, są miękkie i wyglądają bardzo zdrowo. Na pewno kupie ją kiedyś ponownie jako maskę odżywczą, nie koniecznie przeciwko wypadaniu, bo działa cuda z łodygami.


SERUM:
Serum jest przeznaczony do pielęgnacji włosów osłabionych ze skłonnością do wypadania. Zawiera kompleks 7-u specjalnie wyselekcjonowanych olejków, które odżywiają i wzmacniają mieszki włosowe. Działanie olejków wzmocnione kompleksem Vital Hair Aktive+, który pobudza krążenie krwi, poprawia odżywianie mieszków włosów, sprzyja lepszemu nasyceniu w substancje odżywcze. Odbudowuje włosy i znacznie zmniejsza ich łamliwość. Serum doskonale odżywia skórę głowy, pomaga w zachowaniu dobrej kondycji włosów, zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn.

Składniki (INCI): Aqua, Hydrolyzed Soy Protein, Persea Gratissima Oil, Medicago Sativa Leaf Extract, Polygonum Multiflorum Root Extract, Centella Asiatica Leaf Extract, Ligusticum Chuaxiong Root Extract, Polysorbate 20, Niacinamid, Hydrolyzed Wheat Protein, Hydrolyzed Lupine Seed Extract, Arginine, Butyrospermum Parkii Butter, Arctium Lappa Root Extract, Linum Usitatissimum Seed Oil, Ricinus Communis Seed Oil, Pinus Sibirica Seed Oil, Rosmarinus Officinalis Leaf Oil, Citric Acid, BHT, Parfum, Benzyl Alcohol, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Linalool, Limonene, Benzyl Salicylate, Benzyl Benzoate, Butylphenyl Methylpropional.

Pojemność: 100 ml, Cena: 19,90 zł

Moje wrażenia:
Serum bardzo fajnie unosi włosy u nasady, lekko je usztywnia, ale nie skleja. Sprawia, ze włosy wydają się grubsze i gęstsze. Produkt pełni dobrze rolę stylizatora, moje pasma wytrzymują cały dzień w nienagannej fryzurze gdy są stylizowane na to serum.
Niestety, kosmetyk posiada dwie wady. Po pierwsze - skraca świeżość włosów  i moje pasma nie wytrzymują z nim dłużej niż 24 godziny - po tym czasie trzeba umyć głowę. Po drugie, dozownik "psikacz" za jednym psiknięciem serwuje nam potężną dawkę płynu, która ścieka nam po twarzy, czole, uszach, szyi i generalnie sprawia dodatkowo, ze produkt szybko się kończy. 
Czasem używam serum przed myciem - wpsikuję je w skórę głowy i rozprowadzam nadmiar grzebieniem  po włosach. Na takie wilgotne pasma nakładam olej i czekam 2-3 godziny. Potem całość zmywam szamponem.


----------------------------------------------------------------------

Wrażenia końcowe:
Cała seria działa na włosy rewelacyjnie. Bardzo pomogła odbudować mi poniszczone słońcem i stylizacją pasma, które nie wyglądały najlepiej, szybko traciły wodę i puszyły się. Po miesiącu kuracji włosy wyglądają cudownie.  Niestety, o ile olejek starczy nam na te 30 dni, tak szampon z trudem, natomiast maska i serum wykończą się szybciej. Ja akurat miałam w zapasie, bo po 2 tygodniach zauważyłam, ze w pojemnikach zostało mi mniej niż połowa produktów, więc dokupiłam, ale jeśli ktoś myśli o tej pełnej, 60 dniowej kuracji, od razu radzę kupić po 2 opakowania i ewentualnie potem dokupywać to, co się kończy.
Produkty nie podrażniały mojej tragicznie wrażliwej ostatnimi czasy skóry głowy - miałam wrażenie, że nawet lekko łagodzą moje dolegliwości skórne.



I teraz odpowiedź na pytanie, dlaczego przerwałam po miesiącu. Niestety, ale włosy nie przestały mi wypadać. Nie wiem na jakiego rodzaju wypadanie jest ta seria (to powinno być zawsze zaznaczone), mnie nie pomogła, z tym, że mój problem tkwi w skalpie i odżywianiu cebulek od wewnątrz. Przypuszczam, że seria ma odżywiać cebulki od zewnątrz - co dla moich pasm jest zbyt słabą kuracją.

Mimo, że na wypadanie kuracja mi nie pomogła (ale tak jak mówię, ja muszę wyleczyć skórę głowy), to polecam produkty chociażby jako każdy z  osobna, bo ich wpływ na łodygi włosa jest genialny i wspaniale regenerują podniszczone pasma.


Czytaj dalej...

Co tam u mnie - aktualizacja włosowa i problemów ciąg dalszy

Heyka.

Jeśli jesteście ze mną długo, wiecie, że wypadają mi włosy - niezmiennie od lipca. Ostatnimi czasy jest trochę lepiej, ponieważ myje je często szamponami na wypadanie, używam serów i olei na wypadanie, masek na wypadanie... i jeszcze od wewnątrz dogadzam sobie Rewalidem, Vitapilem i Calcium Phantetonicum. 

Wypadanie wiążę ściśle z pieczeniem i swędzeniem skóry głowy. Byłam już u trychologa, dermatologa, robiłam badania krwi, tarczycy i hormonów - wszystko ok, zdrowo, fajnie i cud miód. A głowa piecze, swędzi, włosy lecą. W grudniu chciałam oddać próbkę  (patyczek potarty o skórę głowy) do laboratorium, ale mi nie przyjęli, bo stwierdzili, że skoro nie mam ran, to badanie nic nie wykaże. Dzwoniłam do zakładu Diagnostyki Laboratoryjnej, aby tam się udać na zeskrobiny, kazali dzwonić w styczniu. Dzwoniłam dziś i niestety, ale zwolniła im się pani pobierająca materiał do badania i mam dzwonić w drugiej połowie miesiąca, bo obecnie badań nie robią. 
Także trwam sobie jak kołek w dalszej niewiedzy i denerwującym pieczeniu, a prywatnie boję się iść zrobić te badania. Wiem, ze u mnie w mieście jedna Pani pobiera materiał w swoim gabinecie i wysyła do laboratorium, ale mam po 3 wizytach u bezczelnych dermatologow ogromne obawy, że ktoś mi sfabrykuje wyniki tylko po to, abym znów wydała góre pieniędzy na leczenie tego, co mi NIE dolega.

Moje włosy, jako łodygi, które jeszcze nie postanowiły mnie opuścić, mają się całkiem dobrze. Rosną (w końcu) i ładnie błyszczą. Nie puszą się, choć straciły wiele na objętości od tego feralnego lipca 2015 i po prostu są przyklapnięte - nie umiem tak małej ilości pasm odbić od nasady nie używając pianek do stylizacji, a nie chcę używać takich kosmetyków, puki nie dojdę do tego, co dzieje się ze skórą. 

Powoli udaje mi się wybrnąć z pozostałości obrzydliwego powygryzania mi włosów w marcu 2015 - choć nadal mam pełno odstających włosów i końcówek, które niesfornie latają na boki. 

Prawa strona:






Lewa, gładsza, mniej powygryzana strona, którą z kolei ciężko mi się fotografuje:


Pozdrawiam
Czytaj dalej...
URODOWE POPOŁUDNIE... © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka