Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pielegnacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pielegnacja. Pokaż wszystkie posty

Cassia Obovata - Złoto na włosach - bezbarwna henna. Wzmocnienie i blask jakiego nie da Ci żadna maska.

Hey.

Dziś chciałabym Wam opowiedzieć o Cassi - potocznie, choć błędnie, zwanej bezbarwna henną. Użyłam jednak w tytule tej jakże błędnej nazwy, bo wiele osób zna niestety Cassię pod takim nazewnictwem i może szukać informacji o niej właśnie pod takim hasłem.



Cassia, z łacińskiego Cassia Obovata, to sproszkowane liście rośliny o tej samej nazwie, które barwią włosy na złotawe i miodowe odcienie. A skoro barwią, to oznacza, że nie jest to zioło bezbarwne i, skoro to Cassia, to nie jest to Henna (która jest zupełnie innym ziołem).



Cassia nadaje włosom złociste, cieple refleksy. Platynowy blond może mocno ocieplić, tak samo jak jaśniejszy, chłodny brąz. Kolorom rudym nada ciepłego blasku, siwe będą nieco bardziej żółtawe, na włosach bardzo ciemnych nie będzie ona widoczna. Jasne i ciemne blondy wyjdą bardzo słoneczne i ciepłe.
Cassia w żaden sposób nie rozjaśni włosów, zmieni się tylko ich odcień/blask. Cassia nie ochłodzi koloru.

Cassia to zioło kondycjonujące - nadaje włosom blasku i odżywienia, a po dłuższym, regularnym stosowaniu wiele osób zauważa, ze Cassia delikatnie pogrubiła pasma.

Moja przygoda z Cassią solo nie jest zbyt długa, ponieważ szybko przeniosłam się na hennę, jednak nawet do hennowych mieszanek sypnę często nieco Cassi.

Przygotowanie mieszanki wymaga nieco czasu, odrobiny wkładu własnego i cierpliwości.
Moja Cassia pochodzi z firmy Sattva, za 36 zł kupiłam 150 gram. Na moje cienkie włosy lekko za łopatki wystarcza mi 50 gram "na styk". 
W opakowaniu, poza Cassią znajdują się dwa czepki ochronne i jeden pędzelek.


Sposób przygotowania:

Zalejcie ok 400 ml wody destylowanej kopczastą łyżkę lnu i zagotujcie, a potem gotujcie jeszcze ok. 10 minut na wolnym ogniu. Rozrabianie Cassi na wodzie lnianej spowoduje, że włosy otrzymają przy ziołowaniu dodatkowego nawilżenia. Ale pamiętajcie, koniecznie musi to być woda destylowana - Cassia ma to do siebie, że barwi minerały zawarte w wodzie z kranu na kolor zielony, co może spowodować, że zamiast miodowych tonów, otrzymacie zielone.
Odcedźcie wodę od lnu i poczekajcie aż nieco ostygnie. 
Kiedy woda lniana ma ok. 50 stopni Celsjusza, jest gotowa, aby rozrobić w niej ziółko. Cassia i Henna lubią ciepło, więc na prawdę dobrze jest je rozrobić w cieplejszej wodzie.

Odmierzcie swoją porcję Cassi i wsypcie do szklanki. Następnie partiami dodawajcie do szklanej miski - raz proszek, raz wodę i mieszajcie. Najlepiej w pięciu rzutach. Nasypcie ok 10 gram proszku (w przypadku porcji 50 gram) i zalejcie odrobiną wody - wymieszajcie. Dosypcie znów proszku, wymieszajcie. Dodajcie wody, wymieszajcie. Znów proszek i mieszanie. I woda i mieszanie. Tak na zmianę, aż nie zostanie już proszku do dodawania. Musicie wyczuć konsystencję - najlepsza jest o wyglądzie gęstej pasty, śmietany. Zbyt tępa, sucha - będzie się źle nakładać, zbyt rzadka - spłynie. Nie wlewajcie całej wody, będzie jej za dużo. Jeśli jednak zrobicie wody za mało, dodawajcie już potem destylowanej z butelki.

Ważnym jest, aby na koniec dodać zakwaszacza, który spowoduje lepsze wydzielenie się barwnika. Może to być jednodniowy sok z jabłka (ok. 3 łyżki na 50 gram proszku ziołowego), lub acerola w proszku - 5 gram na każde 40 gram zioła. Raczej unikajcie cytrusów - podrażniają skórę i wysuszają włosy. Można użyć soku z buraka, soku z winogron, zurawiny, malin, rokitnika, borowek - najlepiej wyciskanych samemu, wtedy macie pewność, ze sok nie zawiera konserwantów. Ja używam aceroli, można też użyć amli (lekko gasi kolor, przyciemnia). Dodajcie zakwaszacza do pasty i dokładnie wymieszajcie. Kwaszenie zioła powoduje też, że kolor jest trwalszy, gdyż barwnik lepiej przyczepia się do keratyny we włosie.

Kiedy pasta jest gotowa, zakryjcie ją talerzem, albo folią spożywczą i odstawcie na około 10-12 godzin w ciepłe miejsce. Taki okres czasu wymagany jest, aby barwnik (chryzofanol) dobrze wydzielił się z Cassi. Wiem, że na opakowaniu z ziółkiem nikt o tym nie wspomina, ale uwierzcie, na prawdę Cassia potrzebuje tego czasu. Dlaczego? Ponieważ to barwnik powoduje kondycjonowanie włosów, więc jeśli się dobrze nie wydzieli - z odżywienia nic nie wyjdzie. Najlepiej jest więc rozrobić pastę wieczorem, przed dniem planowanego ziołowania i odstawić na noc. Nie dodawajcie do pasty olejków, masek, protein. To spowoduje, że włosy będą oblepione tymi składnikami i barwnik z Cassi nie dostanie się do pasm. Wyjątkiem jest na przykład rozjaśniający i jednocześnie nawilżający miód - łyżka miodu na ok 50 gram proszku bardzo wskazana, można też bez obaw dodać inne zioła kondycjonujące, jak np. tulsi czy neem, które nie zmienią właściwości Cassi.

Przed Cassiowaniem trzeba przygotować włosy - zmyć z nich silikony, lakiery, maski i nadbudowane minerały. W tym celu trzeba użyć szamponu chelatującego - to taki mocny rypacz. Najpopularniejszym jest ten szampon rumiankowy:



Możecie też zamiast szamponu do kilku łyżek maski do włosów, najlepiej takiej bez silikonów (np. Kalos color) dodać łyżeczkę kwasku cytrynowego i nałożyć na mokre włosy na maksymalnie 20 minut, a potem zmyć. Ja polecam bardziej szampon, bo mniej podrażni skórę i łagodniej zadziała na włosy.

Ok, włosy umyte, oczyszczone, czas nałożyć zioło. Bierzemy naszą miskę z Cassią i na mokre, czyste włosy zaczynamy ją nakładać, pasmo po paśmie - nie pomijając skóry głowy (działa antybakteryjnie, przeciwgrzybiczo i tonizująco). Najlepszą metodą jest nakładanie na metodę gniazdka. Na środku głowy wydzielamy pasmo i nakładamy na nie Cassię - najpierw na długości, potem pędzelkiem dokładnie przy skórze (mnie pomaga mąż) i zawijamy to pasmo w gniazdko. Potem dobieramy kolejne pasma dookoła tego gniazdka, Cassiujemy dokładnie i dowijamy na to, co już zawinięte. w ten sposób na koniec powstanie nam na głowie kok. Pamiętajcie o zawijaniu w jednym kierunku i dokładnym pokryciu każdego włosa. Nie zawijajcie też zbyt mocno, bo możecie sobie bardzo nadwyrężyć cebulki włosów. 

Na dokładnie pokryte Cassią włosy nakładamy foliową reklamówkę, albo owijamy głowę (nie za mocno!) folią spożywczą. Na to nakładany lekki ręcznik, który będzie wsiąkał to, co spłynie, a uwierzcie, że na 90% coś spłynie. 
Jeśli ziolowanie zajęło wam dużo czasu i pasta gdzieś zrobiła się zbyt sucha - spryskajcie ją lekko przed zawinięciem wodą destylowaną.

Z takim pakunkiem na głowie czekamy od 2 do 6 godzin. Ja wytrzymuję od 2 do 3 godzin. Podczas całego procesu dzieje się magia. Barwnik wydzielony z Cassi łączy się z naszą keratyną we włosie oraz wypełnia ubytki. Nie jest to proces tak silny, jak w przypadku henny, ale również daje radę. 

Po czasie, który przeznaczyliście sobie na siedzenie z ziółkiem na głowie należy je dokładnie zmyć - to proces równie uciążliwy jak siedzenie z błotem Cassiowym na głowie. Błotko trzeba zmyć do ostatniego pyłku - inaczej może swędzieć Was skóra. Zmywamy tak długo, aż woda będzie zupełnie czysta, a potem dla bezpieczeństwa zmywamy jeszcze chwilę, skupiając się na porządnym wypłukaniu włosów przy skórze.
Nie myjemy głowy szamponem - pozwalam ziółku działać. Nie nakładamy olejków, masek, odżywek, nic na końcówki - po prostu niczego. Dobrze wypłukane włosy rozczesują się w miarę łatwo. 
Przez kolejne 48 godzin nie myjemy włosów, nie lakierujemy ich, nie używamy suchych szamponów, nie olejujemy. Te 48 godzin to czas, w jakim barwnik utlenia się (lekko ciemnieje) i utrwala we włosie. Jeśli wytrzymacie dłużej bez mycia - tym lepiej.

Jeśli zacznie swędzieć Was skóra - najprawdopodobniej źle wypłukałyście włosy. Postarajcie się wytrzymać, ale jeśli mocno drapiecie - umyjcie głowę - bo lepsze jest przerwanie utleniania, niż wydrapanie włosów i podrażnienie skóry. Mnie się osobiście tylko raz udało perfekcyjnie wypłukać zioła ;)

Jeśli po ziolowaniu masz suche, spuszone włosy, to najprawdopodobniej:
- źle wypłukałaś Cassię i jej drobinki nadal osiadają na pasmach,
- użyłaś zbyt mocnego/ zbyt dużo zakwaszacza (często przesusz robi sok z cytryny)

Dobrze wypłukane włosy z użyciem do ziołowania delikatnego zakwaszacza powinny być gładkie i mega błyszczące w słońcu, o takie:






Z ziołami, przynajmniej w moim wydaniu jest jeden minus. O ile w słońcu i w świetle dziennym, naturalnym na dworze, kolor jest wielowymiarowy, piękny, a włosy mega lśniące i mieniące się różnymi odcieniami nałożonego ziółka, o tyle w świetle sztucznym i półcieniu kolor robi się dosyć płaski:



Kolor jednak, jak to kolor, w każdym świetle inny - najważniejsze jest wyraźne poprawienie się kondycji moich mega cienkich włosów. Pasemka są wyraźnie mocniejsze w dotyku gładkie i lśniące, a na tym mi bardzo zależało.

Jeśli macie jakieś pytania odnoście Cassi - piszcie. Niebawem post o Cassi z Henną, Hennie i o Cassi jako maseczce do twarzy - działa cuda!!


Czytaj dalej...

Szampony, które pomogły mi ukoić skórę głowy i zahamować wypadanie włosów - Biorema, Insight, Planeta Organica, EcoLab, Dermena.

Hey hey.

W końcu biorę się za porządniejsze opisanie Wam, co pomogło mi w walce z uporczywym pieczeniem i swędzeniem skóry głowy - było to skutkiem przesuszonej skóry głowy, a w efekcie, ciągłe drapanie, podrażnienie i suchość skalpu prowadziły wypadania włosów.

Dziś o szamponach, a powiem Wam, zużyłam ich multum, z czego większość okazała się porażką. Niektórych nawet już nie pamiętam z nazwy. Nie powiem, że spektakularne klapy były spowodowane złą jakością szamponu, bo po prostu nie były to myjadła dostosowane do mojego problemu.
Bardzo długi czas byłam przekonana, że mam zwykły łupież, ponieważ po podrapaniu się, pod paznokciami znajdował się suchy biały proszek, czasem łuska naskórka. Dlatego tak ważnym jest, aby przed stosowaniem leków i kosmetyków wiedzieć, co nam dolega, żeby nie pogorszyć sobie sprawy źle dobranym preparatem. Ja wiem, że to nie łatwe - w moim przypadku nawet specjaliści nie bardzo chcieli mi pomóc i na oślep sama brnęłam do celu, wydając grube tysiące, tracąc czas i włosy.
Szampony, które nie usunęły białego proszku, a tylko spotęgowały pieczenie bardzo suchej skóry głowy to:
- Nizoral
- Zoxinmed
- Head and Shoulders
- Equilibra
- Emolium
- Bioderma Node K (najgorsze doświadczenia właśnie z nim miałam).
Tak jak pisałam - nie twierdzę, że te szampony nie usuwają łupieżu, bo oczywiście dużo osób je sobie chwali. Jednak odradzam je przy suchej skórze, bo wysuszają jeszcze bardziej.

No ale ok, przejdźmy do szamponów, których zaczęłam używać, kiedy doszłam już do tego, że mojej skórze potrzebne są nie środki przeciwłupieżowe, a nawilżające.



Pierwsze co zostało mi polecone to Bioderma DS+ (niszczycielskie K odkryłam potem ;)
To pierwszy szampon, który załagodził moje podrażnienia i pozbył się choć części suchego proszku spod paznokci. Na dłuższą metę był zbyt "tłusty"i po jakimś czasie włosy były oklapnięte, ale bardzo często do niego wracam, kiedy akurat wpadnie mi w ręce.

Drugie po co sięgnęłam, to InSight Sensitive Skin, szampon do wrażliwej skóry głowy. Jest to niezwykle łagodny, a dobrze myjący specyfik. Można go kupić w pojemności od 100 do 900 ml. Jest dość drogi, bo niecały litr kosztuje ok. 70 zł, dlatego na początek polecam sprawdzić go sobie kupując małą buteleczkę. Szamponem myje metodą kubeczkową - czyli rozcieńczając szampon w kubku z ciepłą wodą.

Insight, choć łagodny, zawiera Cocamidopropyl Betaine,  a ja szukałam również czegoś, co nie ma w składzie CB. Uwierzcie, to jak szukanie igły w stogu siana, ale przypadkowo wpadłam na produkt, który miałam już od dawna u siebie - Planeta Organica - Gęste mydło aleppo do mycia włosów i ciała. Nabieram sobie łyżeczkę mydła, rozpuszczam w wodzie i taką miksturą polewam głowę, a następnie myję. 

Ostatnim i największym ratunkiem okazało się nic innego jak pianka do mycia twarzy ECOLAB Nawilżająca pianka do mycia twarzy dla cery suchej i wrażliwej. Pomyślałam sobie, że jeśli nie przesusza mi skóry na buzi, to może być idealna do skóry głowy. I nie myliłam się. Jest zawsze moim drugim myciem, jeśli myje włosy dwa razy (bo na przykład zmywam olej) lub jedynym, jeśli myję włosy raz. To istne zbawienie dla skóry, a dodatkowo, na prawdę dobrze wpływa na moje włosy, nie przesuszając ich i nie tępiąc.

Insight, Biodermę i piankę opisze Wam w niedalekiej przyszłości szerzej, bo na pewno na to zasługują. Jeśli chodzi o mydło aleppo - tutaj KLIK już o nim kiedyś pisałam i nie wiedzę potrzeby pisać więcej, bo nic się nie zmieniło od tego czasu :) 

Co najdziwniejsze, kiedy opanowałam już świąd i pieczenie, potrzebowałam jeszcze czegoś mocniejszego, do oczyszczenia raz na jakiś czas. Z braku laku wzięłam do rąk Dermenę (tą na wypadanie, Repair) i użyłam rozcieńczając wodą. A tu szok! Szampon, który kiedyś robił mi krzywdę, działa obecnie zaskakująco dobrze i nie podrażnia, rewelacyjnie przy tym myjąc i pozostawiając włosy w rewelacyjnej kondycji.
Czytaj dalej...

Dwuetapowa, dwudniowa pielęgnacja moich włosów - mega odżywienie

Hey, dziś przechodzę do Was z dwudniową pielęgnacją moich włosów, ktore mają za sobą już dwa prawilne hennowania, o których napiszę za jakiś czas. 
Szczerze powiem, na żywo efekt jest spektakularny, jak na tak małe ilości włosów, jakie obecnie posiadam.

Pierwszego dnia postawiłam na zioła kondycjonujące i glossa. Wzięłam zamrożoną resztkę henny, którą miałam z ostatniego hennowania (ok 3 łyżki) i połączyłam z uprzednio rozrobionymi na wodze destylowanej:
- 20 gramami neem
- 5 gramami tulsi
Do tego dodałam dwie spore łyżki Kallosa Color (maska bez silikonów)

Włosy umyłam dwa razy, najpierw peelingiem Mint it up od Anwen, później nawilżającą pianką do twarzy od Ecolab (tak, dokładnie tym, działa rewelacyjnie na skórę głowy).

Moją mieszankę, którą nałożyłam po myciu szamponami trzymałam na włosach ok godziny, potem zmyłam czystą wodą i wysuszyłam włosy.

Drugiego dnia postawiłam na oleje i proteiny.
Najpierw zmoczyłam włosy i gdy były już odsączone z nadmiaru wody, naolejowałam:
Olej neem zmieszałam w proporcji 3:2 z olejem lnianym, dodałam kilka kropel olejku herbacianego i wmasowałam w skórę głowy. Resztkami postarałam się też naolejować długość, ale miałam za mało olejku, więc dodałam troszkę "jedwabnego oleju do włosów - Wzmocnienie i wzrost" z Ecolab.
Wszystko trzymałam na głowie półtora godziny, potem zmyłam dwa razy, najpierw brzoskwiniową pianką od Anwen, później pianką Ecolab.

Na koniec pokusiłam się o płukankę, której nie spłukałam - do 2 szklanek zimnej przefiltrowanej wody wlałam trochę koziego mleka, 3 krople olejku herbacianego i 10 ml (jedna ampułka) Placenty Placo.
Polewałam tym przez chwile głowę małym garnuszkiem (spływało po włosach do małego garnka, w którym miałam płukankę, więc mogłam tak sobie polewać i polewać), odsączyłam nadmiar ręcznikiem.
Włosy wysuszyłam.







Są cudownie mięsiste błyszczące i mega odżywione. Chyba wprowadzę to na stałe do mojej pielęgnacji.

Następnym razem napiszę o szamponach, które pomogły mi z wypadaniem włosów.
Czytaj dalej...

Micelarny szampon kojąco-nawilżający dla skóry wrażliwej - Pharmaceris

Hey.
Szampony.. u mnie na półce stoi ich na prawdę nie dużo, odkąd wyczaiłam te, które najbardziej pomagają wyciszyć się mojej wrażliwej skórze głowy. Z jakiś rok temu, gdy moje włosy i przede wszystkim skóra głowy przechodziły najgorszy moment pieczenia i wypadania, poszłam po poradę nie do dermatolog (setnej), nie do trychologa, ale do farmaceutki.
Przesympatyczna i na prawdę dobrze poinformowana pracownica apteki DOZ w Tarnowskich Górach w Tesco na pasażu szczerze zainteresowała się moim problemem i poświęciła mi dużo czasu na wspólne znalezienie odpowiedniego preparatu.

Padło na:





Nazwa produktu:
Micelarny szampon  kojąco-nawilżający dla skóry wrażliwej

Producent:

Pharmaceris

Cena:
Średnio ok 25 zł KLIK
 
Konsystencja, kolor, zapach:
Szampon jest bezbarwny, dosyć gęsty. Pachnie ładnie, ale chemicznie. Nie przeszkadza mi.

Opakowanie:
Poręczna, 250 ml butelka z plastiku, zamykana a górze na wieczko z clickiem.
 
Skład:
Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Betaine, METHYL GLUCETH20, PEG-7 Glyceryl Cocoate, Glycerin, Panthenol, Styrene/Acrylates Copolymer, Coco-Glucoside, Polyquaternium -10, Dicaprylyl Et-her, Lauryl Alcohol, Citric Acid, Disodium EDTA, Mentha, Piperita Extract, Benzylalcohol, Chondrus Crispus Extract, Hydrolyzed Linseed Extract, Canola Oil, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone
 
Obietnice producenta:
Szampon do mycia i pielęgnacji wrażliwej skóry głowy nie tolerującej SLS i SLES, skłonnej do podrażnień, przesuszenia, świądu i pieczenia oraz włosów cienkich i delikatnych. Szampon oparty na wyjątkowo delikatnej formule micelarnej, skutecznie oczyszcza włosy i skórę głowy, zapewniając jej niezbędny poziom nawilżenia. Przywraca jej naturalną fizjologiczną równowagę, minimalizując ryzyko wystąpienia podrażnień.
Wyciąg z lnu, betaina i alantoina zmniejszają nadreaktywność skóry głowy, a w połączeniu z piroktonianem olaminy łagodzą jej podrażnienia, niwelując pieczenie, swędzenie i chroniczne łuszczenie się.



D-pantenol intensyfikuje działanie kojące, a ochronne proteiny pszenicy wnikają w uszkodzone miejsca nawilżając i wyraźnie wzmacniając włosy na całej ich długości.
Szampon wygładza włosy, zabezpiecza przed rozdwajaniem. Jest to ultra-łagodna baza myjąca, o wysokim współczynniku tolerancji i biozgodna z pH skóry.
 
Moje wrażenia:
Szampon bardzo dobrze się pieni i ładnie zmywa wszelkiego rodzaju lakiery i sera, natomiast problem pojawia się podczas płukania. Produkt bardzo ciężko domywa się z włosów. Potrzeba dużo czasu i bardzo dużo wody, aby pasma były dokładnie spłukanie i w wannie nie pojawiała się piana. Właściwie to piana/ jej brak jest jedynym odnośnikiem do tego, czy włosy są dobrze wypłukane, ponieważ szampon nie powoduje na włosach uczucia tępości (włosy nie skrzypią przy przeciąganiu pasm między palcami). Kosmyki są śliskie i miękkie, jakby pokryte balsamem. Nie powiem, pierwszy raz bardzo mnie to zmartwiło. Płukałam te włosy i płukałam, a one ciągle śliskie! Bałam się, że po osuszeniu będą tłuste i zlepione. Na szczęście mimo tego uczucia, po wysuszeniu włosy nie są nieświeże. Wyglądają czysto i porządnie, jednak jeśli potrzeba Wam solidnego oczyszczenia, niestety, ten produkt raczej nie podoła.
Szampon pielęgnuje włosy. Jest to jedyny tego typu produkt, po którym nie muszę nakładać maski/odżywki/balsamu, jeśli nie chcę. Włosy są mega błyszczące, gładkie i przyjemne w dotyku. Nie puszą się i nie elektryzują, ale...
...niestety, coś za coś. Pomimo, że włosy wyglądają na czyste i z pewnością są, bo nie czuję aby było inaczej ani na skórze głowy ani pod palcami, nie dam rady unieść włosów bez pianki czy innego produktu do stylizacji. Są po prostu przyklapnięte, a na drugi dzień wieczorem (po jednym spaniu) po prostu tłuste i nadające się koniecznie do umycia. Szampon ten skraca świeżość moich włosów, także nie nadaje się on do codziennego stosowania przed dłuższy czas.




Podsumowując, choć produkt skraca świeżość włosów, to jednak:
- pielęgnuje pasma
- koi skórę głowy
- ładnie nawilża
- nadaje blasku
- nie przesusza
 - wygładza
- nie puszy włosów
- nie powoduje elektryzowania się kosmyków

Moje włosy po myciu szamponem micelarnym od Pharmaceris, bez maski/balsamu/odzywki/serum po myciu. Przed nałożyłam tylko na godzinę serum oczyszczające skore głowy z Bionigree: 




Czytaj dalej...

Ruda Blondynka

Witam.
Witam po raz pierwszy po prawie dwuletniej przerwie! Wita blondynka, z rudymi włosami!
Niektórzy może jeszcze mnie pamiętają. Na początku założyłam ten blog, ponieważ chciałam razem z Wami zawalczyć o piękne włosy po katastrofalnym cięciu (nadal mam ochotę ukatrupić fryzjerkę, ale uciekła do Holandii. Oficjalnie za chlebem, ale ja tam wiem swoje ;) ). Po wprowadzeniu olejowych wcierek i bogatej pielęgnacji, włosy powoli odrastały, stawały się piękniejsze i mocniejsze, a moje szafki pękały w szwach od nadmiaru kosmetyków - szamponów, masek i odżywek. W pewnym momencie zemściło się to na mnie. Materialnie i fizycznie. O ile jakoś musiałam przeboleć wyrzucanie niezużytych a przeterminowanych kosmetyków, tak przesadnym używaniem tych wszystkich preparatów zrobiłam sobie ogromną krzywdę na głowie.
Przypomnijmy sobie.
To był lipiec 2015 roku. Pojechałam na wakacje do Grecji. Tam kąpałam się w słonym morzu, nurkowałam, dobrze się bawiłam. Opalałam, wystawiałam na słońce. O w obawie przed zniszczeniem włosów - nakładałam na nie tony kosmetyków. Mgiełki, maski, silikony. Dużo mgiełek, dużo silikonów. Ogromne ilości masek.  Po powrocie zaczęły wypadać mi włosy. Zwaliłam to na zmianę klimatu, słońce, do tego nałożył mi się okres. Zaczęłam stosować wcierki, z alkoholami. I jeszcze więcej masek, których przedawkowanie wiązało się z niesamowitym przyklapem. A jak przyklap, to i mocny szampon, aby wszystko dokładnie zmyć. Włosy leciały, z dnia na dzień coraz bardziej. Do tego doszło swędzenie skóry głowy, później pieczenie i niesamowity ból przy dotyku. Dochodziło nawet do tego, że nie umiałam położyć głowy na poduszce, spałam na siedząco.
Zaczęły się wycieczki po dermatologach i trychologach. Nikt nic nie wie. Ale nie dlatego, że nie wie bo nie. Dlatego, że nikomu nie chciało się ruszyć dupy i zajrzeć mi we włosy. Byłam diagnozowana na oko (grzybica, łupież, nużyca), faszerowana antybiotykami, lekami przeciwgrzybicznymi (wysuszają) i wcierkami na bazie alkoholu. Fenomenem była Pani dermatolog, robiąca doktorat z trychologii, która uznała, że włosy mi wypadają bo: mam raka, wrzody żołądka i robaki.
Chodziłam na badania krwi, tarczycy, hormonów. Przebadałam się dosłownie wzdłuż i wszerz. Włosy leciały, głowa piekła a ja nie wiedziałam co się dzieje. Wyniki w normie. Portfel coraz szczuplejszy. Raz nawet popłakałam się że... nie mam niedoczynności tarczycy! Tak, popłakałam się, bo to oznaczało, że nadal nie znałam przyczyny swojego stanu.
W tym czasie coś tam jeszcze poblogowałam, choć częściej już nie, niż tak.
Przestałam stosować maski, nie zależało mi już. Mogłam równie dobrze wyłysieć i kupić sobie perukę, przynajmniej lepiej bym wyglądała. Włosy stały się suche, sianowate, brzydkie. Zmniejszył mi się obwód kucyka o prawie 2 centymetry. Nie widziałam sensu dbania o te resztki piór, które mi zostały. 
Ścięłam włosy do ramion i zaczęłam spinać z tyłu. Myłam byle czym, nie zabezpieczałam końcówek. Włosy dalej wypadały, skóra piekła i swędziała. Zaczęłam z tym żyć.I tak sobie trwałam, czekając, aż wypadnie mi ostatni włos. Raz na sto lat postanawiałam jenak się przemóc, ale szybko się poddawałam.
Przełom nastąpił pod koniec 2017 roku. Miałam nagły napad świądu, więc zaczęłam się drapać w szale. Myślałam że wydrapie sobie skórę aż do samej czaszki i.. ni z tego ni z owego spojrzałam pod paznokcie, czego nie robiłam nigdy wcześniej. A tam.. biały pył. Olśnienie.
Zawsze miałam problem z utrzymaniem prawidłowego poziomu nawilżenia organizmu i skóry. Sucha skóra twarzy, sucha skóra nóg. I to właśnie te nogi spowodowały olśnienie, ponieważ ten biały pył pod paznokciami był do złudzenia podobny do tego, co się pod nimi znajdowało, kiedy drapałam swędzące mnie łydki - suchy, schodzący naskórek.
Wszystko zaczęło układać się w całość - ja mam ekstremalnie przesuszony skalp! Dlatego wcierka Aplicort (na bazie alkoholu, duuużej ilości alkoholu) spowodowała u mnie wrażenie, że pali mi się głowa. Słona woda, tony masek, mocne szampony, wcierki - to wszystko spowodowało, że moja głowa w końcu powiedziała dość. A ja, nie wiedząc co mi jest, dalej kontynuowałam swoje zgubne rytuały.
Zaczęłam na nowo walczyć. Spędziłam kilka tygodni na wyszukiwaniu w internecie najlepszych preparatów do nawilżania skóry oraz keratolitycznych złuszczaczy. Po pewnym czasie włosy przestały wypadać, choć skóra nadal się niesamowicie buntowała. Z tygodnia na tydzień, oprócz mniejszej ilości włosów znajdowanych na szczotce i w łazience, zaczęłam dostrzegać ich coraz więcej.. na głowie! Tak, odrastały. A i nawet pojawiły się dni, kiedy skóra robiła sobie wolne od uprzykrzania mi życia.
Obecnie włosy wypadają mi w ilości godnej zaakceptowania - choć na pewno i tak większej, niż przed wyjazdem do Grecji. Skóra głowy jest raczej spokojna, choć zdarza się, że wprowadza bunt. Nadal jest sucha, ale już nie ekstremalnie. Czasem z tyłu głowy pojawi się zapalenie mieszka włosowego, co swędzi. Swędzi mnie też czasem bez przyczyny, po prostu swędzi i czekam aż przestanie. Pieczenie ustało całkowicie.

Dlaczego na nowo zaczęłam blogować? Bo odzyskałam utraconą nadzieję - nadzieję, że jeszcze kiedyś spełnię swoje marzenie o długich, ładnych włosach. Nie są gęste, nie są grube - nigdy nie były. Ale mogą być znów zadbane, błyszczące i mimo wszystko, mogą budzić zachwyt. Znów mają potencjał, a ja znów mam dawną energię.
Wiem co zrobiłam źle, uczę się na wcześniejszych błędach. Chcę wprowadzić do mojej pielęgnacji zioła kondycjonujące, z którymi dopiero zaczynam przygodę, póki co - bardzo udaną. Chcę przekazywać Wam moje doświadczenia, chcę abyście i Wy opowiadały mi o swoich.
Moja skóra głowy jest bardzo wrażliwa i nie wiem czy to się kiedykolwiek zmieni, czy przywrócę ją do stanu sprzed lipca 2015 roku. Uczę się z nią żyć, uczę się o nią dbać. Nie wiem w jakim kierunku pójdzie ten blog, bo oprócz pielęgnacji włosów, chciałabym poruszać także inne kwestie, takie jak pielęgnacja twarzy i ciała. I jeszcze może coś o malowaniu paznokci? Albo o sprawach niekoniecznie związanych z urodą? Zobaczymy.

Dlaczego mam rude włosy? Jest to przyczyna sięgnięcia po ratunek, po zioło, które poprawia stan skóry głowy i naprawia osłabioną strukturę włosów - po hennę.

O kosmetykach, które mi pomogły oraz o ziołach, które obecnie zaczynam stosować - na pewno napisze już niebawem.

Kilka zdjęć na koniec, megakrótka historia moich włosów na fotkach:



Obecny kolor:


Włosy na krótko przed rozpoczęciem wypadania:


Najgorszy okres moich dla moich włosów, rok 2016 i połowa roku 2017:




Regeneracja, zdjęcie z początku kwietnia 2019 roku:


Moje włosy obecnie, po dwóch hennowaniach:





Czytaj dalej...

Efekt natychmiastowej kuracji z Ampułką Kerastase Nutrive oraz boosterem Kerastase Discipline

Cześć.

Wczoraj pisałam Wam, że kupiłam ampułki i boostery Kerastase KLIK. Dziś chciałabym nieco bardziej przyjrzeć się pomarańczowym ampułką nawilżającym i wzmacniaczowi dyscyplinującemu oraz pokazać Wam efekty kuracji.


Ampułka FUSIO-DOSE Kerastase Nutritive koncentrat nawilżający to mała buteleczka zamykana plastikowym wieczkiem. Mieści 12 ml dosyć gęstego płynu o składzie, który znajdziecie na końcu dzisiejszego wpisu. 
Sam płyn, to koncentrat nawilżający, który w trybie natychmiastowym poprawi kondycję włosów. Jest to możliwe, dzięki temu, że koncentrat swoje działanie opiera na wyciągu z olejku jojoba oraz olejku awokado a także na polimerze hydrofine-lonum. Olejek z awokado jest skuteczny i aktywny głównie w miejscu w którym warstwa lipidowa włosa została uszkodzona. To właśnie dzięki lipidom, włosy są elastyczne, idealnie nawilżone oraz odbudowane. Jeśli włosom brakuje lipidów, stają się suche, podatne na złamania a także szorstkie i nieprzyjemne w dotyku. Olej z awokado dostarcza w puste miejsca nienasyconych kwasów tłuszczowych, które zastępują naturalny cement międzykomórkowy i na skutek tego stają się ponownie spoiwem dla łodygi włosa. Warto zauważyć także, że olejek z awokado ma właściwości ochronne i zabezpiecza włosy przed przesuszeniem. Natomiast olejek jojoba wspomaga nawilżenie włosów, reguluje wydzielanie sebum a także działa bakteriostatycznie. To właśnie dzięki temu działaniu pozbędziesz się nadmiernej suchości oraz łuszczenia się skóry. Właściwe nawilżenie włosów jest możliwe również dzięki polimerowi hydrofilne-lonum, który tworzy na włosach swego rodzaju filtr ochronny i ogranicza nadmierne parowanie wody z jego wnętrza. 



Producent obiecuje nam, że po zastosowaniu koncentratu Kerastase Nutritive włosy są idealnie nawilżone, sypkie i bardziej lśniące.


Preparatu możecie używać samodzielnie, bez dodawania do niego boostera. Wiem, że robi tak Alina Rose, która również pisała o pomarańczowych ampułkach. Ja polecam jednak dodanie boostera. Problem pojawia się jednak w tym, że booster jest przeznaczony na 20 aplikacji i sporo kosztuje, jednak są w sieci sklepy, które za dopłatą dolewają wybrany booster do ampułki.


Tym razem do swojej pomarańczowej buteleczki dodałam Boostera Discipline czyli dyscyplinującego. Jest tzw. wzmacniacz, kosmetyk, który stanowi niezbędny element w kuracji, której celem jest odbudowa i nawilżenie suchych, zniszczonych oraz nazbyt puszących się i elektryzujących się włosów. Wzmacniacz w połączeniu z kuracją w odróżnieniu od zwykłych odżywek jest w stanie zregenerować włosy i zapewnić im optymalne nawilżenie i odbudowę. Jego skład podaję na końcu wpisu.

Połączenie ampułki i boostera jest bardzo proste. Otwieramy wieczko ampułki i przykręcamy na gwint booster. Do buteleczki wleje się automatycznie odmierzone 6 ml wzmacniacza, co w sumie daje 18 ml płynu. Następnie odkręcamy booster z powrotem i czekamy, aż wszystko do końca skapie nam do ampułki. Następnie zamykamy ampułkę wieczkiem i energicznie potrząsamy w celu wymieszania  obu substancji. Jeżeli mamy oryginalny spryskiwacz Kerastase (są sklepy, gdzie je sprzedają, ale za 40 zł!!!) to nakręcamy go na ampułkę. Ja nie wiedziałam, że dostanę swój własny (kupowałam 10 ampułek) i zdążyłam się zaopatrzyć w maleńką buteleczkę z atomizerem, do której planowałam przelać kurację. Takie buteleczki z powodzeniem można dostać na Aliexpress, najlepsza będzie moim zdaniem 20 ml, bo kosmetyku jest 18 ml. KLIK. Tutaj KLIK macie jeszcze mega słodkie i eleganckie buteleczki, które na pewno umila czas korzystania z kuracji.



Wczoraj pisałam o dwóch szkołach aplikowania serum KLIK. 
Najpierw umyłam skórę głowy szarym mydłem. Mam takie prawdziwe mydło, używane do prania, bez dodatku substancji "poślizgowych", więc włosy są po mydle niezwykle tępe. Radze sobie w ten sposób, że na spienionego już na głowie szaraka dodaję szamponu Pharmaceris i całość wmasowuję w skórę. Następnie płuczę włosy i myję jeszcze raz innym szamponem. Tym razem była to Dermena. 
Na wilgotne, dobrze umyte włosy wpsikalam całą ampułkę z dodatkiem boostera i podsuszałam ciepłym nawiewem suszarki około 3 minuty. Tak lekko nagrzane włosy można zawinąć w czepek, ale ja z obawy o naruszenie mojego niespokojnego skalpu postanowiłam zostawić je "wolne". Odczekałam 40 minut (niektórzy czekają 20, inni 120) i porządnie zmyłam serum z głowy ciepłą, ale nie gorącą wodą, bez użycia szamponu. Nie nałożyłam na pasma nic więcej, po prostu owinęłam w bawełnianą koszulkę, odsączyłam i wysuszyłam bez stylizowania.


W salonach fryzjerskich po zaaplikowaniu kuracji na włosy wsadzą Wam głowę na 20 minut do specjalnego urządzenia, które wytwarza ciepłą parę wodną i pozwala lepiej wniknąć serum w głąb włosa.
Moim zdaniem informacja na opakowaniu ampułek (że kuracje można po zaaplikowaniu od razu zmyć) powinna być uważana za błędną. Nawet na filmach na Youtube serum nie jest od razu zmywane, ponieważ włosy są podsuszane suszarką i nagrzewane. Nie wiem dlaczego na kartoniku jest sugestia, że kurację można od razu spłukać - nic nie zdąży zadziałać. Sama zauważyłam, że zaraz po opryskaniu włosów były one w dotyku nijakie - po prostu mokre pasma. Po podsuszeniu nadal nie "czuło" się ich inaczej. Dopiero po kilkunastu minutach wilgotne pasma zmiękły i stały się bardzo aksamitne.

W salonie włosy zostały mi wystylizowane, ja jednak nie chciałam ich męczyć i dodatkowo wyciągać pasm, więc tylko je wysuszyłam, bez stylizowania.

Efekt kolejny raz pozytywnie mnie zaskoczył. Co prawda nie błyszczały tym niesamowitym blaskiem jak poprzednie dwa razy, ale to dlatego, że nie zostały odpowiednio wystylizowane, jak i również dlatego, że u fryzjera miałam nakręcany różowy booster nabłyszczający. Nie powiem jednak, by nie błyszczały w ogóle, bo blask z nich bił całkiem ładny.
Pasma nienagannie lśnią i są niesamowite w dotyku. Zniknęło uczucie szorstkości, które towarzyszyło mi od paru tygodni. Włosy są miękkie, elastyczne i sypkie. Przede wszystkim wyglądają na dużo zdrowsze i są w pełni nawilżone oraz mięsiste. Nie elektryzują się nawet czesane szczotką z włosia dzika.

Serum co prawda nie wyeliminowało problemu wszędzie odstających baby hair oraz potarganych przez Tangle Teezer pasm, ale na pewno go zmniejszyło. Włoski stały się bardziej miękkie i mniej fruwają dookoła głowy. Odstające sztywne, krótkie włosy nieco opadły. Trochę jestem rozczarowana, bo bardzo zależało mi na mocnym wygładzeniu fryzury, ale ogólna poprawa kondycji włosa jest tak bardzo na plus, że wybaczam wszelkie male niedociągnięcia. Poza tym nie stylizowałam włosów, więc nie miałam za bardzo możliwości ujarzmienia ich pianką, lakierem i lokówkosuszarką.



W ofercie Kerastase znajdziemy również booster Nutrive, który jest wzmacniaczem - odpowiednikiem pomarańczowych ampułek.

Po zabiegach w salonie efekt utrzymywał się na mojej głowie do ponad miesiąca czasu. Używam wielu emolientowych masek i olejuję pasma, co pozwala mi dłużej cieszyć się pięknym wyglądem pasm po zabiegu. Jeśli jednak włosy myjecie mocnymi szamponami, prostujecie i często stylizujecie z utrwaleniem mocnym lakierem - nie sądzę, by efekt był na włosach długo widoczny.

Efekt zastosowania Ampułki Kerastase Nutrive oraz boostera Discipline na moich włosach:

:D





Skład ampułki Kerastase Nutrive:

Water - woda,

Alcohol denat - alkohol, który jest rozpuszczalnikiem i konserwantem. Nie sądzę, by jednak nadmiernie wysuszał włosy, mimo, że jest na drugim miejscu, ponieważ tej kuracji nie robi się codziennie,

Jojoba Seed oil - olejek jojoba,

Avocado Oil - olej awokado,

Glycerin - gliceryna,

Cyclopentasiloxane- suchy emolient, który zmniejsza lepkość produktu, zapewnia łatwiejszą aplikację i rozprowadzanie preparatu na skórze i włosach. Dodatkowo zapobiega elektryzowaniu się włosów,

Peg-8 Isostearate - substancja nawilżająca, kolejny emolient, tym razem tworzący warstwę okluzyjną, zapobiegająca odparowywaniu wody z włosa,

Behentrimonium Chloride - substancja nawilżająca, kolejny emolient, tym razem tworzący warstwę okluzyjną, zapobiegająca odparowywaniu wody z włosa,

Amodimethicone - silikon poprawiający ogólna kondycję wlosa, pogrubia go i wygładza, ułatwia rozczesywanie,

C11-15 Pareth-7 - substancja myjąca, 

C11-15 Pareth-9 - substancja emuglująca,

Trideceth-12 - substancja oczyszczająca,

Butylphenyl Methylpropional - substancja zapachowa, 

Cinnamyl Alcohol - substancja zapachowa, imituje zapach hiacyntów,

Citronello L - substancja zapachowam imituje zapach róży i gerarium,

Fragrance - zapach.


Skład boostera Kerastase Discipline (przepisany z opakowania, nigdzie w sieci go nie znajdziecie):

Aqua - woda,

Cetrimonium Chloride - konserwant, który również pomaga się połączyć składnikom, jak również dodatkowo pomaga w zmyciu preparatu samą wodą,

Phenoxyethanol - związek z grupy alkoholi, konserwant,

Chlorhexidine Digluconate - bakteriobójcza i bakteriostatyczna substancja pochodzenia chemicznego,

Arginine - działa na wiele sposobów KLIK,

Serine - naturalnie występujący proteinogenny aminokwas wiążący wodę, uzupełnia we włosach poziom cysteiny, co powoduje, ze pasma są gładsze,

Glutamic acid - aminokwas pochodzący z białek roślinnych i zwierzęcych, Białkiem roślinnym bogatym w kwas glutaminowy jest np. białko pszenicy,

Hydroxypropyltrimonium - poprawia kondycję włosów, powoduje łatwiejsze ich rozczesywanie i eliminuje elektryzowanie się pasm,

Hydrolyzed wheat protein - hydrolizowane proteiny pszenicy,

Amodimethicone - silikon o właściwościach antystatycznych i ochronnych,

Trideceth-5 - emuglator,

Glycerin - gliceryna,

CI 19140 - Tartrazyna (żółcień spożywcza) - barwnik, tzw. Yellow 5,

CI 17200 - barwnik pochodzenia chemicznego, w kolorze fukcji, zwany równiez RED 33,

Trideceth-10 - Surfaktant - środek emulgujący,

Acetic Acid - kwas octowy, nabłyszcza,

Jak widzicie ampułka jest kosmetykiem emolientowym, ma wysoko w składzie dwa oleje, natomiast booster jest produktem typowo proteinowym, więc radziłabym ostrożnie używać go osobom, które mają niskoporotwate włosy.
Czytaj dalej...

Kuracja Kerastase w domu - ampułki i booster - kilka podstawowych informacji

Heyka.


Jakiś czas temu pisałam Wam, że Tangle Teezer zniszczył mi włosy. Bardzo trudno jest mi okiełznać te wszystkie poskręcane i pourywane włoski, jakie mi zafundował. Dodatkowo, i tutaj już z pełną radością muszę stwierdzić, że przy samym przedziałku takich krócełków jest dużo więcej i mają jedną długość. To są z kolei wszystkie włoski, które zaczęły mi odrastać od grudnia, kiedy ustało wypadanie.

Stan moich włosów zaczął mi poważnie przeszkadzać. Czego bym na nie nie nałożyła, wyglądały kiepsko - spuszone, pełno odstających pasemek, niby błyszczące, ale blask zanikał gdzieś w gąszczu powykręcanych włosisk o różnej długości. Olejowanie nie pomagało, grube warstwy masek nie dociążały ich dostatecznie. Jedynym pomysłem, jaki przychodził mi do głowy, to rytuał Kerastase, który miałam już dwa razy i moje włosy wyglądały po nim zjawiskowo KLIK KLIK. Problemem jest jednak cena - od 70 do 150 zł, w zależności od salonu. Generalnie nie uważam, że na fryzjerach czy odbudowie włosów należy oszczędzać. Za dobrze wykonaną usługę słono się płaci (czy to dotyczy również paznokci, brwi czy cery) i do tego się po prostu trzeba przyzwyczaić. Ale pomyślałam, że skoro od dłuższego czasu ampułki i boostery są dostępne w sklepach z akcesoriami kosmetycznymi, to by warto wziąć sprawy w swoje ręce za 1/3 tego, co zostawię w salonie.
Wahałam się. Już jakiś rok temu chciałam nabyć te ampułki, ale ostatecznie skończyło się na niczym. W końcu desperackie szukanie czegokolwiek, co nada moim włosom ładnego i zdrowego wyglądu pchnęło mnie do zakupu. Dokonałam go tutaj KLIK. Sklep ma przystępne ceny, bardzo szybko wysyła towar. Kupowałam już u nich dwa razy nożyczki z Jaguara i jestem niesamowicie zadowolona z obsługi.


Mój wybór padł na:
- pomarańczowe ampułki FUSIO DOSE Nutrive KLIK (nawilżenie),
- różowe ampułki FUSIO DOSE Reflection Pixelist KLIK (ochrona koloru i blask),
- booster wzmacniacz Discipline KLIK (zdyscyplinowanie),
- booster wzmacniacz Nutrive KLIK (nawilżenie).


Z tego co pamiętam, bazą dla moich włosów zawsze była pomarańczowa ampułka, a booster na pewno raz był różowy (teraz nie mam takiego, bo wzięłam te dwa inne). Za drugim razem boosterem był chyba zielony (którego również nie kupiłam, bo nie potrzebuję, a czytałam, ze można go "przedawkować").

Ampułka zawiera 12 ml gęstego płynu. Do wyboru mamy te, które kupiłam ja i jeszcze zieloną Vita Ciment (regeneracja) oraz złotą ampułka Densifique (zagęszczenie). Być może w przyszłości kupię ze dwie z tych ampułek, muszę jednak dokładnie zaznajomić się z ich działaniem.
Cement z Kerastase miałam kiedyś raz, i nie widziałam jakichś spektakularnych rezultatów. Być może dlatego, że został mi zaaplikowany i dosyć szybko zmyty. Trudno było to nazwać rytuałem. Pominięto tu również łaźnię parową dla włosów.

Boosterów jest pięć. Dwa widoczne powyżej oraz:
- booster wzmacniacz Resistance (odbudowa),
- booster wzmacniacz Densifique (zagęszczający),
- booster wzmacniacz Reflection (ochrona koloru i blask).
Nie miałam z nimi nigdy do czynienia sam na sam z tymi boosterami i być może kiedyś się na nie skuszę, jak będę miała dłuższe włosy, które odzyskają również dawną gęstość i pojawią się przy tym jakieś problemy (stracą na objętości, będą się łamać). 
Jedyny booster który nie jest połączony z ampułkami, jeśli chodzi o formę działania, to Discipline. Wszystkie pozostałe mają swoje odzwierciedlenie w ampułkach i na odwrót.
Każdy booster zawiera 120 ml płynu i przewidziany jest na 20 aplikacji. Jednorazowo do ampułki wlewa się automatycznie po przykręceniu boostera na buteleczkę 6 ml płynu, więc daje nam to w sumie 18 ml do wpsikania we włosy. Na moje dosyć cienkie i nie za gęste pasma wystarczyło mi ok 10 ml, więc płyn jest wydajny. Oczywiście wypsikałam wszystko, ale następnym razem chyba podzielę się z mamą, która ma krótsze włosy niż ja.

Poniżej zdjęcie boostera, ampułki połączonej z boosterem i ampułki oryginalnie zamkniętej.


Jeśli już mowa o zamykaniu słoiczka, Kerastase powinno być ono bardziej zabezpieczone. Ampułki są drogie (od 20 do 30 zł w zależności od sklepu), cała firma jest droga i bardzo ekskluzywna, a buteleczki można do woli otwierać i zamykać. Nie ma tu żadnej plomby. Jeśli ktoś będzie nieuczciwy, może odciągać trochę serum i dolać czegoś innego, aby wyrównać poziom do "kreski" przy "K". To nie ma na celu nikogo oskarżać, ani sugerować takiego zachowania. Ja po prostu lubię, jak coś jest fabrycznie zamknięte.

Szkoły aplikowania serum Kerastase na głowę są dwie. 
Jedna sugeruje nam (co potwierdza opis na opakowaniu), aby serum wpsikać w wilgotne, osuszone ręcznikiem, umyte i czyste włosy a wmasować w pasma i od razu zmyć. Nie polecam i z tego co czytałam, dziewczyny, które tak robią nie widzą żadnych efektów kuracji. Są złe, bo wydały dużo kasy na produkt, który nie zadziałał.

Ja wyznaję drugą szkołę, czyli trzymanie serum na głowie jakiś czas. Na wilgotne, dobrze umyte włosy wpsikalam całą ampułkę z dodatkiem boostera i podsuszyłam ciepłym nawiewem suszarki. Tak lekko nagrzane włosy można zawinąć w czepek, ale ja z obawy o naruszenie mojego niespokojnego skalpu postanowiłam zostawić je "wolne". Odczekałam 40 minut (niektórzy czekają 20, inni 120) i porządnie zmyłam serum z głowy. Nie nałożyłam na pasma nic więcej, po prostu owinęłam w bawełnianą koszulkę, odsączyłam i wysuszyłam bez stylizowania.
W salonach fryzjerskich po zaaplikowaniu kuracji na włosy wsadzą Wam głowę na 20 minut do specjalnego urządzenia, które wytwarza ciepłą parę wodną i pozwala lepiej wniknąć serum w głąb włosa.
Moim zdaniem informacja na opakowaniu ampułek powinna być uważana za błędną. Nawet na filmach na Youtube serum nie jest od razu zmywane, ponieważ włosy są podsuszane suszarką i nagrzewane. Nie wiem dlaczego na kartoniku jest sugestia, że kurację można od razu spłukać - nic nie zdąży zadziałać. Sama zauważyłam, że zaraz po opryskaniu włosów były one w dotyku nijakie - po prostu mokre pasma. Po podsuszeniu nadal nie "czuło" się ich inaczej. Dopiero po kilkunastu minutach wilgotne pasma zmiękły i stały się bardzo aksamitne.


Kupując 10 ampułek Kerastase (zestaw) w opakowaniu otrzymacie nakręcany na buteleczkę spryskiwacz. Ja kupiłam 5 pomarańczowych i 5 różowych (tak wiem, na foto są po 4) i również dostałam psikacz, a całość była wsadzona w opakowanie po ampułkach różowych. Nie wiem, czy gdy kupujecie mniej ampułek, również Wam się psikacz należy. Zauważyłam jednak, że czasem, kiedy ampułki sprzedawane są na sztuki, to spryskiwacz jest wyjmowany z opakowania i dodawany w sklepie jako osobny przedmiot do kupienia.


Po zabiegach w salonie efekt utrzymuje się do miesiąca czasu - w zależności od tego, czy włosy maskujemy i olejujemy, czy też prostujemy, suszymy i myjemy mocnymi zdzieraczami.

Jutro przedstawię Wam efekty użycia pomarańczowej ampułki wraz z dyscyplinującym boosterem oraz napisze nieco więcej o samej aplikacji i zawartości serum.
Czytaj dalej...

Łagodny szampon, który okazał się moim katem.

Cześć.

W poprzednim poście narzekałam na Tangle Teezer, a dziś pozostanę jeszcze na moment przy recenzji kolejnego produktu, który się nie spisał.

W trakcie mojego wzmożonego wypadania włosów połączonego z pieczeniem i swędzeniem skóry głowy, wypróbowałam bardzo dużo szamponów, które choć na moment pomogłyby mi i sprawiły, że nie chciałam sobie urwać głowy, byle by nic mnie nie piekło, nie szczypało i nie swędziało.

Jednym z nich był polecony przez koleżankę szampon Lavera. Co prawda nie był to ten konkretny z dzisiejszego posta, ale zachwalała ona ogólnie całą firmę. Jej kuzynka miała bardzo podobne problemy do moich i dopiero Lavera (szampon + odżywki) bardzo jej pomogły, do tego stopnia, że nic innego już dawno nie gościło u niej w łazience. Dodatkowo do kupna szamponu pchnęło mnie to, że kuzynka koleżanki ma obecnie przepiękne włosy prawie po pas, a zdarzało się, że podczas wzmożonego wypadania i pieczenia, pojawiały jej się łyse placki.

Więc jak szampon sprawdził się u mnie?

Nazwa produktu:
Łagodny szampon do wrażliwej skóry głowy




Producent:

Lavera

Cena:
W promocji ok 13,50 zł, ja płaciłam 19,00 zł KLIK
 
Konsystencja, kolor, zapach:
Konsystencja normalna, jak prawie każdego szamponu, ani za gęsta, ani za rzadka. Kolor bezbarwny, zapach mało przyjemny, nieco apteczny, trochę jak cukierki eukaliptusowe.
 
Opakowanie:
Butelka plastikowa o pojemności 200 ml, zamykana na click.

Skład:
Water (Aqua), Sodium Coco-Sulfate, Lauryl Glucoside, Betaine, Sea Salt (Maris Sal), Alcohol, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Seed Extract, Hamamelis Virginiana Leaf Extract, Macadamia Ternifolia Seed Extract, Olea Europaea (Olive) Fruit Extract, Glycyrrhiza Glabra (Licorice) Root Extract, Oryza Sativa (Rice) Extract, Triticum Vulgare (Wheat) Germ Extract, Avena Sativa (Oat) Straw Extract, Glycine Soja (Soybean) Germ Extract* Sodium PCA, Sodium Cocoyl Glutamate, Disodium Cocoyl Glutamate, Sodium Phytate, Fragrance (Parfum), Linalool, Limonene, Citronellol

Obietnice producenta (ze strony, na której kupiłam szampon):
Lavera Hair to nowoczesna linia naturalnych kosmetyków stworzonych dla każdego typu włosów. Z szerokiej gamy produktów każdy może wybrać dla siebie indywidualny zestaw do pielęgnacji i stylizacji włosów. Delikatne, certyfikowane szampony oraz kosmetyki stylizujące zawierające tylko naturalne składniki to gwarancja dobrego samopoczucia i wspaniałego wyglądu przez cały dzień.
Opis szamponu:
Wyciągi z bio-migdała, bio-oczaru wirginijskiego i bio-korzenia lukrecji działają łagodząco na wrażliwą i podrażnioną skórę głowy, zaś wyciąg z bio-migdałów, orzechów makadamia i oliwek pielęgnują włosy. Łagodne roślinne środki myjące (tensydy na bazie cukru i kokosa) niepodrażniające skóry oczyszczają i nawilżają włosy. Nie zawiera silikonów.
Zawiera naturalne składniki roślinne pochodzące z upraw ekologicznych, kontrolowanych dzikich zbiorów i z własnej produkcji. Wyprodukowano w Niemczech.
100% naturalny kosmetyk, wegański.

Moje wrażenia:
Na początku chciałam tylko nadmienić, że ile głów, tyle opinii i jeszcze raz wspomnę, że szapon kupiłam jako polecony przez osobę, której kuzynka uważa, że Lavera to najlepsza linia kosmetyków wegańskich i że to one pomogły jej odzyskać piękne i zdrowe włosy. Wierzę.

Natomiast u mnie szampon absolutnie się nie sprawdził. Moja bardzo delikatna skóra głowy zareagowała wzmożonym! wypadaniem na drugi dzień od mycia, nie mówiąc o tym, że prawie zwariowałam od intensywnego bólu skóry głowy. Skóra dostała takiego szału, że wytrzymałam dwie godziny, a potem musiałam ratować się ponownym myciem innym, delikatnym szamponem, który na jakiś czas ogólnie łagodził moje pieczenie. Po jakimś czasie dałam Laverze jeszcze jedną szansę. Nie udało się. Powtórka z rozrywki i podwójne mycie jednego dnia.




Jeśli chodzi o łodygi włosa, tu szampon również się nie popisał. Mam zdrowe włosy, mimo wypadania zawsze były ładne i błyszczące. Lavera avokado zrobiła mi na głowie matowe siano. Nawet po Nizoralu moje włosy nigdy nie były takie tępe i brzydkie.

Jestem rozczarowana tym kosmetykiem. Pokładałam w nim wiele nadziei. Bardzo się cieszę, że są osoby, takie jak wspomniana wyżej kuzynka, którym produkty Lavery pomogły. Ja niestety nie jestem jedną z nich. 

A jakie Wy macie doświadczenia z Laverowymi kosmetykami?
Czytaj dalej...

Maska Home Made na super gładkie i pełne blasku włosy!


Heyka.
Post publikuje jeszcze raz (kolejny), bo ten poprzedni był jakiś "chory". Najpierw pokazał się po 20 godzinach a potem zmieniał w wersję roboczą, znikał, pojawiał się, nie ładował filmiku i w ogóle źle z nim było. I to już tak dwa razy.. ;/

Spory czas temu wybrałam się na Rytuał Kerastase, po którym miałam nieziemsko gładkie i pięknie błyszczące włosy. Wiele z Was było zachwyconych efektem, jaki daje wymieszanie ampułki z boosterem. Jednak, nie czarujmy się, efekt choć utrzymuje się długo, to po pewnym czasie znika i trzeba zabieg powtórzyć. Niestety, jest to dosyć droga zabawa i nie każdy może/chce kłaść co chwile chemię na włosy.



Kilka tygodni temu siedziałam sobie w łóżku z laptopem i oglądałam zdobienie paznokci na YouTube. Z boku pojawiły się inne filmiki, między innymi włosowe - wygładzenie, blask, siła i te sprawy (głównie od beautyklove). Kliknęłam, obejrzałam, przeanalizowałam i postanowiłam działać.

Maskę musiałam dopasować do tego, co lubią moje włosy, co znam i co mam w domu. Przemyślałam dokładnie PEH jaki chcę zawrzeć w miksturze i zaczęłam kombinować. Efekt był na prawdę niezły! Włosy stały się niesamowicie błyszczące i pełne witalności. Obecnie jest to moja ulubiona pielęgnacja, a specyfik w składzie wygląda tak:

1. Jako bazy do całości postanowiłam użyć maski z olejem z avocado od Planeta Organica (emolient). Wystarczy około jednej czubatej łyżeczki, ewentualnie dwie, jeśli macie długie włosy. Fajną emolientową bazę można zrobić także na przykład z marokańskiej maski od Planeta Organica, figowej od Organic Shop albo głęboko regenerującej rokitnikowej z Natura Siberica. Nada się każda, która ma w sobie olejki, nawet taka z Glisskura z olejkami.

2. Dodałam jeszcze nieco olejku z avocado, tak z pół łyżeczki. To również emolient. Możcie dodać innego olejku, ze słodkich migdałów, z czarnuszki, lnianego czy z nasion bawełny. Wybierzcie taki, który wasze włosy lubią.

3. Trzecim emolientem jest masło shea. Około jednej płaskiej łyżeczki masła roztopiłam na piecu w metalowej miseczce i dodałam do maski. Masło shea to bardzo odżywczy produkt dla naszych włosów - nawilża je, wygładza, sprawia że są błyszczące i pełne życia. To wspaniała bomba witaminowa szczególnie dla osłabionych i farbowanych pasm.

4. Teraz humekanty. Tutaj pierwsze skrzypce (w sumie ostatnie też) gra aloes. Dolałam do mikstury trochę toniku Avebio (tego aloesowego) i dodałam jeszcze około jedną czubatą łyżkę aloesowego żelu od Skin79. Te dwa produkty od zawsze świetnie sprawdzają mi się na włosach. Nic, nawet najlepsza maska nie daje mi tak świetnego nawilżenia.

5. Proteiny! Do całości dodałam 3 łyżki mleka kokosowego. Niestety, takie mleko jest drogie i nie lubię go spożywać, dlatego u mnie równie fajnie sprawdza się mleko kozie. Poza tym moje pasma jakoś nie przepadają ani za tym kokosowym mlekiem, ani za maskami z olejkami kokosowymi ani za olejkiem kokosowym solo. 
Co do mleka koziego, to tego też nie piję, ale jest świetnym tonikiem dla mojej ceryczy dodatkiem do wody w wannie - odżywia skórę!, więc na pewno zawsze całe zużyję.

6. Więcej protein! Łyżka mojej ukochanej maski od Phyto - Photokeratine. Spokojnie można zastąpić np. B.app z Rossmana - ta maska też jest niesamowita. Jeśli lubicie inne maski keratynowe, również się nadadzą. Przypuszczam, że regeneracyjne maski z Pilomaxa będą odpowiednie.

7. Dodatki nabłyszczające. Przede wszystkim miód. Jedna solidna łyżeczka miodu (u mnie to miód lawendowy) MUSI być w tej masce. 
Miodek przede wszystkim włosy nabłyszcza, ale też, tak samo jak masło shea - jest wielką bombą witaminową. Sprawia, że włosy są odżywione, nawilżone, miękkie w dotyku i mocne.
Miód w takiej mieszance absolutnie nie skleja włosów - sama maska nawet nie jest lepka. Pamiętajcie jednak, że miód lekko rozjaśnia pasma.

8. Mąka ziemniaczana - kolejny nabłyszczacz, bardzo ważny. Wystarczy ok 1/3 łyżeczki. Dobrze jest ją wcześniej przesiać, bo ciężko mieszają się z maską mąkowate grudki. Bez mąki maska też spełnia swoje zadanie, ale włosy błyszczą jakby mniej.

9. Inne. Ten punkt można pominąć, jednak ja do swojej mikstury dodaje jeszcze 5 pompek aktywatora gęstości od Garniera.

Wszystko to dokładnie trzeba wymieszać na idealnie gładką masę. Nie będzie to papka, ale tez nie woda, raczej taka gęsta ciecz. Ja dodatkowo mieszam wszystko takim urządzeniem z IKEA do robienia spienionego mleka - fajnie łączy mi to składniki.

Myjemy włosy, które odsączamy, aby były wilgotne. UWAGA - Muszą być wilgotne - maska na suche pasma zadziała gorzej. 
Wcieramy specyfik i zawijamy włosy w ręcznik, lub wsadzamy pod czepek. Siedzimy tak od 30 do 60 minut. Na całą noc odradzam, włosy będą bardzo obciążone.

Myjemy znów włosy. Raz, lub dwa razy, w zależności od tego, jak dużo w miksturce było olejków, które natłuściły nam pasma.

Suszymy, pozwalany wyschnąć samym, kręcimy, układamy, co kto lubi i woli :)

I tyle. Na koniec cieszymy się z pięknego efektu i gładkich włosów :) 

Taki domowy zabieg wygładzający powtarzam co 2-3 mycie, bo efekt nie zmywa się od razu. Jednakże mam włosy nie farbowane, a łodygi są zdrowe, więc nie wiem jak mikstura zadziała na włosy, które więcej przeszły. 
Do tego musicie pamiętać o równowadze PEH jaką lubią wasze włosy - jeśli czegoś nie tolerują, dodajcie składnika mniej, lub po prostu w ogóle go nie dodawajcie.
Pamiętajcie, ze dodatkowo, poza blaskiem, nasze włosy dostają porządnego odżywienia :)

A na koniec efekt na moich pasmach, na filmiku, który kręciłam co prawda dla koleżanki, ale czemu nie miałabym go wykorzystać i tutaj:

Czytaj dalej...
URODOWE POPOŁUDNIE... © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka