Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Porady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Porady. Pokaż wszystkie posty

Moje włosy są zniszczone!!!!

Hey.

Ile razy patrząc w lustro dochodzimy do wniosku, jaki objawia się w tytule dzisiejszego wpisu? Temat wałkowany od lat na wszystkich blogach. Czasem dokładnie wiemy co niszczy nam włosy, co powoduje, że mimo starań ciągle nie są takie, o jakich marzymy, jakie planujemy mieć. Kilka nieprzemyślanych ruchów i wracamy w najlepszym wypadku do punktu wyjścia, w najgorszym - niszczymy włosy tak ze tylko fryzjer może nas uratować - cięciem. Niekiedy nie mamy pojęcia, co robimy źle.
Wlosomaniactwem nie zajmuję się długo, bo zaledwie trochę ponad półtora roku, ale swoje przeszłam, wiele się nauczyłam, zaliczyłam kilka wtop i porażek, ale i do pewnych rzeczy doszłam.



Dziś chciałabym Wam na własnym przykładzie przedstawić i wyjaśnić, co powodowało, że moje włosy mimo wielu starań ciągle były i nadal w niektórych miejscach są - po prostu zniszczone.

  • WODA - bardzo mało piłam - spożywałam mało płynów. Herbata do śniadania i kolacji, jakiś sok do obiadu (lub nie) i to wszystko. Owszem, zajadałam się owocami, które są soczyste, ale to jednak za mało. Musiałam to zmienić. Jednakże nie myślmy, że picie dużej ilości wody wpłynie na nawilżenie naszych włosów - nie nie. Prawda jest taka, że spożywanie dużej ilości płynów nawodni nam organizm, a co za tym idzie, skóra, również ta na głowie, będzie lepiej nawilżona. Od kiedy pije więcej - półtora litra wody, plus dwie czarne herbaty, jednak skrzypokrzywa i jeszcze do tego sok robiony z owoców/warzyw, moja skóra przestała być przesuszona, a skóra na głowie mniej swędzi, co z kolei powoduje, że mniej się drapie i nie pocieram przy tym włosów przy samych cebulkach - a więc włosy mniej wypadają i nie uszkadzam ich.
  • WODA - tak, woda razy dwa. Pijąc dużo płynów, nie zapomnijmy, że na skórę głowy wpływa też woda, którą myjemy włosy. Pomijam tu kwestie wody filtrowanej/miękkiej/twardej czy jeszcze innej, bo każdy włos lubi co innego. Np. moje włosy po wodzie z filtra są bez życia. Ważna jest temperatura wody. Przed włosomaniactwem robiłam bardzo głupią rzecz - płukałam szampon mega ciepłą, a nawet gorącą wodą. Byłam przekonana, że dzięki temu dobrze wymywam kosmetyk. Woda parzyła, ja myłam. Łuski włosów maksymalnie się rozchylały, a moje włosy były wtedy narażone na niesamowite zniszczenia przy najdrobniejszym ruchu, czy to grzebieniem, czy szczotką, ręcznikiem albo suszarkolokówką. Kruszyly się. Obecnie płuczę włosy w ciepłej wodzie, na koniec polewam je mocno chłodnym, ale nie lodowatym strumieniem. Łuski włosów są zamknięte, a dodatkowo, moja wrażliwa skóra ukojona.
  • DIETA - Lubię fastfoody, lubię słodycze, lody czekoladowe i pizzę. Wiadomo, mnóstwo konserwantów, chemii, żółtego sera i cukru. Wszystko to zawsze odbija się na mojej cerze. Wągry, pryszcze na brodzie, większe wydzielanie sebum. Nie jest tak, że mam z cerą ogromny problem, ale nie wygląda tak idealnie jak u porcelanowej lalki. Od kiedy postanowiłam właśnie dla cery ograniczyć tego typu przekąski, zauważyłam, że moje włosy również zaczęły się mniej przetłuszczać, są w nienagannym stanie nawet na drugi dzień, co nie często się zdarzało. W tym linku KILK macie również podstawowe zasady zdrowego odżywiania się, aby włosy były ładniejsze i zdrowo rosły. Witaminy i mikroelementy są bardzo ważnym składnikiem każdego dnia. Pamiętajcie, że każdy niedobór odbija się w naszym organizmie w tym, co nasze ciało uznaje za najmniej potrzebne. Niestety, według naszego ciała to włosy są potrzebne najmniej, więc ciało przy znikomej ilości potrzebnej mu witaminy, po prostu nie dostarcza jej do cebulek, efektem czego włos traci na wyglądzie, staje się osłabiony i matowy, a nawet wypada.
  • PODUSZKA - Jakiś temu w każdym sklepie z pościelą można było kupić poduszki wykonane z froty. Fajnie chłonęły pot latem, szybko wysychały po wypraniu i były niezniszczalne. Niestety, ostra frota siała spustoszenie na moich włosach. Były szorstkie i podczas obracania się w nocy tarła moje włosy ostrymi nitkami. Dopiero teraz zdaje sobie z tego sprawę, lata wstecz nie miałam o tym pojęcia. Na chwilę obecną nadal mam takie poszewki w domu, ale śpią na nich moje psy. Swego czasu były jeszcze zimowe poszewki z polaru, które to z kolei tak bardzo grzały, że wystarczyło pół godziny, aby moja skóra głowy była spocona. Nie bardzo się tym przejmowałam, jeśli na drugi dzień rano myłam włosy. Teraz wiem, że to był błąd, ponieważ pot przez całą noc dusił cebulki, a skóra nie mogła oddychać. Obecnie od kilku tygodni śpię na poduszce z jedwabiu, o której wspominała kiedyś KH. Koszt takiego jaśka to około 15 złotych, jeśli szyje się go samemu. Niemożliwe? A jednak. Jeśli nie jest się wybrednym co do wzoru poduszki, to 100% jedwab o wykończeniu satynowym w byle jakim kolorze można kupić za 50 zł/mb. Ja kupiłam pól metra i zapłaciłam 25 zł. Do tego dokupiłam dobrej jakości bawełnę za 14 zl/mb. Chciałam po pół metra z dwóch kolorów, co daje w sumie z jedwabiem ok. 40 zł. Z takiej ilości można spokojnie uszyć 3 jaśki. Planuję zrobić wpis o szyciu własnej satynowej poduszki-jaśka, tam wyjaśnię też dlaczego potrzebowałam aż metra bawełny i tylko pół metra jedwabiu. W dzisiejszym wpisie ważne jest jednak to, że rano, po wstaniu z łózka moje włosy są w nienagannym stanie - bez splątań i zmierzwienia, co niestety przy cienkich włosachma miejsce nawet podczas spania na poduszkach z gładkiej bawełny. Dodatkowo niesamowite jest dla mnie to, że pasma przy skórze głowy są o poranku dużo bardziej świeże, niż kiedy spalam na poduszkach z tkaniny innej niż jedwab.
  • STYLIZACJA - nie odkryję Ameryki, kiedy powiem, że prostowanie, suszenie zbyt gorącym nawiewem, lokówki i karbownice niszczą włosy. Nawet na początku wlosomaniactwa zdarzało mi się sięgać po prostownicę i katować nią moje cienkie włosy. Dodatkowo suszarkolokówką suszyłam je na najwyższym biegu, do tego stopnia, że włosy parowały. Wtedy myślałam, że nie robi im to krzywdy - ot, uciekająca para wodna. Dopiero potem przeczytałam, że ta woda rozrywa mi włosy kawałek po kawałku, chcąc się jak najszybciej wydostać z włókien włosa. Do tej pory, kiedy widzę prostująca włosy fryzjerkę, gdzie z włosów się prawie dymi a ona uspokaja - spokojnie, to tylko płyn paruje, to mam ochotę jej powiedzieć, co sadzę o jej "fachowej wiedzy" dotyczącej dbania o "materiał" z którym pracuje na co dzień. Ale niekompetentne fryzjerki to temat na osobny wpis. Od 15 miesięcy nie używam prostownicy ani lokówki, włosy susze zawsze letnim nawiewem. Ich kondycja znacznie uległa poprawie. Przestały się łamać na rożnej długości i są gładkie.
  • FRYZURY - włosy nosze raczej zawsze rozpuszczone, ale kiedy moja skóra nie szaleje - robię sobie kok z klamrą. Pamiętajcie jednak, że zbyt ciasne upięcia, które mocno napinają nam skórę na czole doprowadzą, prędzej czy później, do osłabienia włosa i jego cebulki, co w efekcie skończy się wypadnięciem. 
  • OZDOBY - jeszcze w liceum lubowałam się w ozdobnych gumkach, mocnych klamrach-szpilach i innych dziwnych ustrojstwach. Potem co prawda z nich zrezygnowałam podążając za modą na rozpuszczone i wycieniowane włosy, ale do dziś pamiętam ile włosów wyciągałam z gumek z metalową skuwką, albo jak bardzo łamały mi się od silnych, ostrych zębów metalowych klamer. Dziś wszystkie te ozdoby nadal są u mnie, leżą w szafce i czekają, nie wiem na co. Są piękne, żal mi je wyrzucać. Ale na moich włosach na pewno już się nie znajdą.
  • KOSMETYKI - jedno o sobie mogę Wam powiedzieć, a te, co mnie dłużej czytają wiedzą to od dawna - mam pierdolca na punkcie masek do włosów. Staram się z tym walczyć. W mojej szafce można było znaleźć maski różnych producentów, różnych rodzajów, z różnych przedziałów cenowych. Używałam ich po każdym myciu, często w nadmiarze, nie raz nie umiałam ich nawet porządnie dopłukać, bo tyle tego naładowałam na pasma. Byłam niepoważna. Wiele z tych kosmetyków nie pasowało moim pasmom, ale używałam, bo szkoda było zmarnować, więc waliłam po 1/3 opakowania na moje marne 6 cm w obwodzie kucyka, do ramion. Dziś nadal mam porządną kolekcję masek, ale prawie wszystkie dopasowane są do porowatości moich włosów. Używam ich z głową - nie za dużo, nie codziennie. Odpowiednia maska w odpowiednim momencie. Wszystko przemyślane. Pamiętajcie szczególnie o dopasowaniu produktu do aktualnej potrzeby swoich włosów. Jeśli wasze włosy nie tolerują protein, to im ich nie fundujcie, tylko dlatego, że na topie jest teraz maska z keratyną. Włosy będą w pewnym momencie matowe i zaczną się łamać od nadmiaru budulca.  Jeśli nie macie przesuszonych włosów, nie używajcie zbyt często masek nawilżających, włosy zaczną się plątać i puszyć, będzie można je łatwo uszkodzić podczas czesania. Maski emolientowe również z umiarem - jeśli będzie ich w pielęgnacji za dużo, pasma zaczną smętnie wisieć, strączkować i szybko się przetłuszczać, co z kolei ma zły wpływ na stan skóry naszej głowy.
  • PEELING - dacie wiarę, że przez 29 lat nie peelingowałam skóry głowy? Jakoś tak po prostu nigdy na to nie wpadłam, a produktów do tego typu zabiegów w sklepach po prostu nie było i nie wiedziałam, że skore głowy można a nawet trzeba oczyszczać w ten sposób. Niespecjalnie chyba było mi to potrzebne, bo zawsze używałam mocnych szamponów, ale od kiedy zaczęłam świadomie dbać o włosy, musiałam wdrożyć do mojej pielęgnacji peelingi. Dzięki nim pozbywamy się tego, czego normalny szampon nie potrafi domyć. Odtykamy skórę, która zaczyna lepiej oddychać i mniej się przetłuszcza, co z kolei ma zbawienny wpływ dla naszych włosów - cebulki nie są zapchane i nie pasemka nie wypadają. Jednak kiedy byłam na początku a nawet już w zaawansowanym stadium włosomaniactwa (czego wtedy nie mogłam nazwać jeszcze świadomą pielęgnacją), nadal nie miałam pojęcia o peelingach. Myłam włosy delikatnymi szamponami, maskowałam jak oszalała i w ogóle nie przejmowałam się stanem skóry głowy. Włosy zaczęły się bardzo szybko przetłuszczać i wyglądały brzydko. Zaczęły wypadać. Teraz, nauczona doświadczeniem raz na tydzień używam peelingu mechanicznego, czasem przed nim używam jeszcze peelingu enzymatycznego. Pasma są odbite u nasady, świeże i ładne, a skóra dużo spokojniejsza. Jednakże nie przesadzajmy w drugą stronę. Zbyt częste peelingi naruszą nam naturalną barierę ochronną naszej skóry głowy i podrażnią ją, co w efekcie doprowadzi i tak i tak do nadmiernego przetłuszczania, swędzenia a nawet pieczenia i szczypania oraz utraty niektórych włosów.
  • OLEJOWANIE - olejować trzeba z głową. Nauczyłam się tego dosyć późno. Przede wszystkim na całą noc kładłam na skórę głowy olejek na porost, co w pierwszych kilku miesiącach przyczyniło się do spektakularnego efektu - włosy rosły bardzo szybko... i równie szybko wypadły, bo skóra była prawie co noc! na całą noc! zapchana olejkami. Obecnie nakładam olejek od ucha w dól a resztki z dłoni lekko wcieram w wyższe partie włosów, natomiast na pewno nigdy już nie będę stosowała olejku jako wcierki. Jeśli jednak się zdecyduję - na pewno nie zrobię tego na noc, tylko na max 2 godziny przed myciem. Druga sprawą jest ilość oleju - kiedyś paćkałam na pasma tyle oleju, że wyglądałam, jakbym wyszła spod prysznica. Efekt - niedomyte włosy i strączki, szybko przetłuszczająca się skóra głowy. Dziś moje włosy tuż po naolejowaniu wyglądają jak lekko zwilżone mgiełką. A efekt - lepszy! Pamiętajcie też o odpowiednim doborze olejku. Tutaj KLIK możecie poczytać o olejkach dedykowanych różnym porowatością włosów. Nie należny jednak na to ślepo patrzeć, ale jeśli jesteście początkujące, radziłabym celować w olejki dedykowane, a potem kombinować. Kiedyś poszłam za trendem "olej kokosowy dobry na wszystko", efektem czego ponad tydzień leczyłam moje włosy maskami i delikatnymi szamponami emolientowymi, bo olejek kokosowy zrobił mi po 2 godzinach takie siano z włosów, że nawet sera silikonowe nie dały rady ich wygładzić.
  • SZAMPONY - dawno temu używałam mocnych zdzieraków. H&S i inni mocni czyściciele królowali na mojej półce. Włosy były szorstkie, suche, miałam na głowie siano, które kruszyło się niemiłosiernie. Potem wpadłam w szał włosomaniactwa i wszystko co było z SLS było be i do kosza. Efektem były obciążone pasma i dusząca się skóra głowy. Włosy były przyklapnięte i szybko się przetłuszczały, sebum zatykało mieszki - mogło to spowodować poważne problemy i włosy mogły zacząć wypadać w każdej chwili. Musiałam szybko znaleźć złoty środek, więc robię to co większość - na co dzień myje włosy łagodnymi szamponami, ale gdy tylko czuje, że skora zaczyna się buntować, sięgam po Nizoral, Dermenę i oczywiście peeling. Dzięki temu nie przesuszam i nie niszczę pasm nadmiarem szkodliwych środków myjących, a w razie potrzeby, dokładnie oczyszczam skórę głowy.
  • TURBAN - czy wiecie, że można przetłuścić włosy zaraz po umyciu? Zbyt długo pozostawiony na głowie turban zaczyna działać jak termos - skóra głowy się nagrzewa, a wilgotne włosy tworzą pod ręcznikiem "tropikalny klimat", co sprzyja poceniu się. Ja wiem, ze to brzmi absurdalnie, ale tak właśnie jest, zwłaszcza w letnie dni, kiedy temperatura nawet w mieszkaniu wynosi 25 stopni. Dodatkowy problem stanowi też to, że w takim "klimacie" łuski włosa pozostają rozchylone, co powoduje, że pasma są bardzo podatne na zniszczenia i szybko mogą zacząć się wykruszać oraz łamać. W liceum zostawiałam ręcznik na głowie na ponad 20 minut. Obecnie nie popełniam już tego błędu i włosy zawijam na max 7-8 minut pod przewiewną, bawełnianą koszulkę, której zadaniem jest jedynie wpić nadmiar wody z pasm.
  • SZCZOTKA - tutaj KLIK pisałam o tym, jak TT zniszczył mi włosy. Nie będę się nad tym rozwodzić drugi raz w tym wpisie, bo musiałabym powielić wcześniejszy post. Są szczotki, które szkodzą włosom cienkim, są i takie, które nie nadają się do kręconych. Jednym szczotka pasuje, innym nie. Nie mam na to złotego środka, trzeba próbować. Obecnie jestem w fazie testowania Olivia Garden Finger Brush rozmiar M i jak na razie sprawdza się rewelacyjnie.
  • TRWAŁA - co tu dużo pisać - trwała zawsze zniszczy włosy i nikt nie wmówi mi, że nie. To bardzo inwazyjny, chemiczny zabieg, który sięga wgłąb włosa bardziej niż farba. Zrobiłam to raz. Nie pamiętam ile to wszystko trwało od nałożenia do zmycia, ale pamiętam za to, że płakałam przez długi czas. Jedyna słuszna rada - nie róbcie sobie trwalej!

Przyczyn, które powodują zniszczenia na włosach może być jeszcze wiele. Pisałam dziś o tym, które znam z własnego doświadczenia. Nigdy natomiast nie tarłam włosów frotowym ręcznikiem, co jak wiadomo, niesamowicie uszkadza strukturę włosa. Nie spałam z mokrymi włosami, nie utleniałam ich (jedynie farbowałam cienkie pasemka). Czeszę włosy na mokro, bo tak jest mi wygodniej i lepiej wyglądają po wyschnięciu, a że się nie plączą, nie mam problemow ze zniszczeniami po czesaniu pasm, gdy są mokre.

Pamiętajcie. Bardzo ważne jest dbanie o skórę głowy - jeszcze ważniejsze niż o same łodygi, ponieważ to skóra musi być w dobrej kondycji, aby zdrowe mieszki tworzyły zdrowe cebulki, a te z kolei - piękne włosy. Łodygę w najgorszym wypadku zetniesz i zapuścisz włosy na nowo. Doprowadzić skórę łowy do porządnego stanu jest o wiele gorzej - sama meczę się z tym już kilkanaście miesięcy. W pewnym momencie włosomaniactwa popełniłam gdzieś błąd - na bardzo długi czas "zalepiłam" skórę toną masek, bo skoro były ładne,  a głowa wtedy jeszcze nie swędziała, to ani mi się śniły mocne szampony i peelingi (pisałam o nich wyżej). Pasma zaczęły wypadać garściami, straciłam centymetr w kucyku. Do tego doszedł stres, zmiana klimatu i pewna choroba której wyleczenie zajęło tydzień, ale o badanie i leki musiałam się prosić rok (!). We wrześniu 2016 roku miałam takie włosy:




Wypadały wtedy już ponad rok ( już w ruchu był Nizoral i peelingi, aby odetkać mieszki). Po ślubie, który był w październiku, przestałam siłą woli "trzymać włosy przy sobie" i wypadały jeszcze bardziej, powiedziałabym, że byłam na granicy załamania i obaw, ze łysieję. Dopiero około grudnia wszystko się uspokoiło, ale niestety, straty są ogromne - zarówno w gęstości, jak i na długości, bo musiałam mocno skrócić włosy, aby odciążyć bardzo słabe cebulki.

Dbajcie o włosy, jeśli zależy Wam na ich pięknym blasku i nienagannej kondycji, "wsłuchajcie się" w ich potrzeby, dostosujcie pielęgnację do aktualnego stanu pasm i nie męczcie włosów, jeśli nie jest to potrzebne. Dbajcie również o skórę głowy. Jej stan w ponad 50% odpowiada za stan włosów i pamiętajcie też, że to, co obecnie jest tuż przy skórze, kiedyś będzie końcówką Waszych włosów.



Czytaj dalej...

Niemożliwe stało się możliwe, Tangle Teezer niszczy mi włosy

Heyka.

Gdyby rok temu ktoś mi powiedział, że Tangle Teezer niszczy włosy, to popukałabym się w czoło. To znaczy jakieś tam głosy słyszałam, ale sporadycznie, raz na jakiś czas, przypadkiem.

Jednak niedawno zapisałam się na Facebooku do grupy włosowej. Dość często we wpisach typu "Pomocy, moje włosy się puszą i wyglądają coraz gorzej" zadawano jedno i to samo pytanie:
CZYM CZESZESZ WŁOSY? 
Kiedy tylko odpowiedź oznaczała używanie Tangle Teezera, sypały się dziesiątki komentarzy typu "wyrzuć", "to od niego", "to TT, mam to samo", "przez ten szajs zniszczyłam włosy, musiałam obciąć 20 cm".

Siedziałam, analizowałam i powoli chciało mi się płakać. Prawdopodobnie to, co brałam za dystroficzne włosy, które odrastają po megawypadaniu, to nic innego, jak włosy poniszczone TT. 
Poniżej przedstawiam Wam zdjęcie moich włosów, które dziś wysuszyłam tylko suszarką, bez stylizowania ich i wygładzania. Jak widzicie, była by z tego całkiem fajna tafla,  gdyby nie setki krótszych, niesfornych włosów, które nawet, kiedy je wygładzam modelując fryzurę, "odskakują" do godziny czasu.


O ile z boku wygląda to znośnie, choć i tak źle, to z przodu sytuacja ma się jeszcze gorzej, bo widać, jak bardzo włosy sterczą i są powykręcane.


Zaczęłam zadawać osobą, które twierdziły, że to TT niszczy im włosy pytanie, czym według nich objawia się to niszczenie. Odpowiedzi były zawsze jednoznaczne:
- poszarpane włosy na całej długości,
- puszenie się odstających włosów, których niczym nie da się ujarzmić,
- rozdwojone końcówki,
- bardzo dużo włosów o różnej długości,
- zniszczenia tylko na wierzchniej warstwie włosów.
Dokładniejsze analizowanie wykazało, że osoby te bardzo dbają o włosy i nigdy nie miały tego typu problemów, zanim nie zaczęły stosować do czesania TT. Szczotki zostały kupione w Sephorze, Douglasie i Hebe, więc były szczotkami oryginalnymi.

Dotarłam do moich zdjęć, kiedy już mocno dbałam o włosy, ale jeszcze nie były one dziennie czesane Tangle Teezerem. Nie było na nich widać tego typu zniszczeń.


Potem idąc do zdjęć z dni bliższych dzisiejszemu, stopniowo odkrywałam, jak często i gęsto zaczęły pojawiać się te niechciane króceły. Początkowo objawiało się to w poszarpanych końcach, a z czasem zniszczenia szły ku górze. Oczywiście na czubku pojawiało się kilka krótszych włosków, ale te z kolei miałam od zawsze, jako że mam skłonności do dystrofów - jednak one są zazwyczaj kręcone i grubsze.




Kolejnym moim pytaniem było - jak radzicie sobie ze zniszczeniami. Niestety, odpowiedź jedna i taka sama - z tym nie da się sobie poradzić, bo włosy żyją swoim życiem. Wszystkie dziewczyny, jak jeden mąż, ratowały się ścinaniem końców, jedna nawet o 20 cm...

Co może być przyczyną niszczenia pasm przez TT? Raz jeden gdzieś przeczytałam, że miękkie ząbki szczotki ulegają mikrouszkodzeniom, które rozrywają włos. Lekko go naciągają łapiąc w uszkodzenie (czego nie czujemy), a potem to ostre uszkodzenie odcina kawałek włosa lub uszkadza go tak, że niebawem sam się złamie. Taki naciągnięty włos nigdy nie wraca już do swojego normalnego kształtu. Jego struktura jest zmieniona i nie da się przywrócić włoskowi dawnego wyglądu. Dla mnie zabrzmiało to bardzo wiarygodnie.
Szukając jeszcze innych przyczyn destrukcyjnego działania szczotki dokopałam się do innej opinii - że to my jesteśmy winne, bo TT jest tak delikatny dla włosów, że czeszemy się nim jak opętane, nie czując, jak bardzo szarpiemy pasma. Z tym niestety już gorzej jest mi się zgodzić. Od prawie 2 lat borykam się z nadwrażliwą skórą głowy. Nawet leciutkie szarpnięcie włosa jest u mnie niezwykle mocno odczuwalne, dlatego moje pasma zawsze, ale to zawsze traktuję z największa troską i delikatnością.

Są oczywiście osoby, którym szczotka włosów nie niszczy i nigdy nie zamienią jej już na inną. Być może TT nie jest jednak dopasowany do wszystkich rodzajów włosów. Wydaje mi się, że najlepiej sprawdza się na niskoporach, a im wyższa porowatość, tym zniszczenia większe.

A jak jest u was.
Czytaj dalej...

Maska Home Made na super gładkie i pełne blasku włosy!


Heyka.
Post publikuje jeszcze raz (kolejny), bo ten poprzedni był jakiś "chory". Najpierw pokazał się po 20 godzinach a potem zmieniał w wersję roboczą, znikał, pojawiał się, nie ładował filmiku i w ogóle źle z nim było. I to już tak dwa razy.. ;/

Spory czas temu wybrałam się na Rytuał Kerastase, po którym miałam nieziemsko gładkie i pięknie błyszczące włosy. Wiele z Was było zachwyconych efektem, jaki daje wymieszanie ampułki z boosterem. Jednak, nie czarujmy się, efekt choć utrzymuje się długo, to po pewnym czasie znika i trzeba zabieg powtórzyć. Niestety, jest to dosyć droga zabawa i nie każdy może/chce kłaść co chwile chemię na włosy.



Kilka tygodni temu siedziałam sobie w łóżku z laptopem i oglądałam zdobienie paznokci na YouTube. Z boku pojawiły się inne filmiki, między innymi włosowe - wygładzenie, blask, siła i te sprawy (głównie od beautyklove). Kliknęłam, obejrzałam, przeanalizowałam i postanowiłam działać.

Maskę musiałam dopasować do tego, co lubią moje włosy, co znam i co mam w domu. Przemyślałam dokładnie PEH jaki chcę zawrzeć w miksturze i zaczęłam kombinować. Efekt był na prawdę niezły! Włosy stały się niesamowicie błyszczące i pełne witalności. Obecnie jest to moja ulubiona pielęgnacja, a specyfik w składzie wygląda tak:

1. Jako bazy do całości postanowiłam użyć maski z olejem z avocado od Planeta Organica (emolient). Wystarczy około jednej czubatej łyżeczki, ewentualnie dwie, jeśli macie długie włosy. Fajną emolientową bazę można zrobić także na przykład z marokańskiej maski od Planeta Organica, figowej od Organic Shop albo głęboko regenerującej rokitnikowej z Natura Siberica. Nada się każda, która ma w sobie olejki, nawet taka z Glisskura z olejkami.

2. Dodałam jeszcze nieco olejku z avocado, tak z pół łyżeczki. To również emolient. Możcie dodać innego olejku, ze słodkich migdałów, z czarnuszki, lnianego czy z nasion bawełny. Wybierzcie taki, który wasze włosy lubią.

3. Trzecim emolientem jest masło shea. Około jednej płaskiej łyżeczki masła roztopiłam na piecu w metalowej miseczce i dodałam do maski. Masło shea to bardzo odżywczy produkt dla naszych włosów - nawilża je, wygładza, sprawia że są błyszczące i pełne życia. To wspaniała bomba witaminowa szczególnie dla osłabionych i farbowanych pasm.

4. Teraz humekanty. Tutaj pierwsze skrzypce (w sumie ostatnie też) gra aloes. Dolałam do mikstury trochę toniku Avebio (tego aloesowego) i dodałam jeszcze około jedną czubatą łyżkę aloesowego żelu od Skin79. Te dwa produkty od zawsze świetnie sprawdzają mi się na włosach. Nic, nawet najlepsza maska nie daje mi tak świetnego nawilżenia.

5. Proteiny! Do całości dodałam 3 łyżki mleka kokosowego. Niestety, takie mleko jest drogie i nie lubię go spożywać, dlatego u mnie równie fajnie sprawdza się mleko kozie. Poza tym moje pasma jakoś nie przepadają ani za tym kokosowym mlekiem, ani za maskami z olejkami kokosowymi ani za olejkiem kokosowym solo. 
Co do mleka koziego, to tego też nie piję, ale jest świetnym tonikiem dla mojej ceryczy dodatkiem do wody w wannie - odżywia skórę!, więc na pewno zawsze całe zużyję.

6. Więcej protein! Łyżka mojej ukochanej maski od Phyto - Photokeratine. Spokojnie można zastąpić np. B.app z Rossmana - ta maska też jest niesamowita. Jeśli lubicie inne maski keratynowe, również się nadadzą. Przypuszczam, że regeneracyjne maski z Pilomaxa będą odpowiednie.

7. Dodatki nabłyszczające. Przede wszystkim miód. Jedna solidna łyżeczka miodu (u mnie to miód lawendowy) MUSI być w tej masce. 
Miodek przede wszystkim włosy nabłyszcza, ale też, tak samo jak masło shea - jest wielką bombą witaminową. Sprawia, że włosy są odżywione, nawilżone, miękkie w dotyku i mocne.
Miód w takiej mieszance absolutnie nie skleja włosów - sama maska nawet nie jest lepka. Pamiętajcie jednak, że miód lekko rozjaśnia pasma.

8. Mąka ziemniaczana - kolejny nabłyszczacz, bardzo ważny. Wystarczy ok 1/3 łyżeczki. Dobrze jest ją wcześniej przesiać, bo ciężko mieszają się z maską mąkowate grudki. Bez mąki maska też spełnia swoje zadanie, ale włosy błyszczą jakby mniej.

9. Inne. Ten punkt można pominąć, jednak ja do swojej mikstury dodaje jeszcze 5 pompek aktywatora gęstości od Garniera.

Wszystko to dokładnie trzeba wymieszać na idealnie gładką masę. Nie będzie to papka, ale tez nie woda, raczej taka gęsta ciecz. Ja dodatkowo mieszam wszystko takim urządzeniem z IKEA do robienia spienionego mleka - fajnie łączy mi to składniki.

Myjemy włosy, które odsączamy, aby były wilgotne. UWAGA - Muszą być wilgotne - maska na suche pasma zadziała gorzej. 
Wcieramy specyfik i zawijamy włosy w ręcznik, lub wsadzamy pod czepek. Siedzimy tak od 30 do 60 minut. Na całą noc odradzam, włosy będą bardzo obciążone.

Myjemy znów włosy. Raz, lub dwa razy, w zależności od tego, jak dużo w miksturce było olejków, które natłuściły nam pasma.

Suszymy, pozwalany wyschnąć samym, kręcimy, układamy, co kto lubi i woli :)

I tyle. Na koniec cieszymy się z pięknego efektu i gładkich włosów :) 

Taki domowy zabieg wygładzający powtarzam co 2-3 mycie, bo efekt nie zmywa się od razu. Jednakże mam włosy nie farbowane, a łodygi są zdrowe, więc nie wiem jak mikstura zadziała na włosy, które więcej przeszły. 
Do tego musicie pamiętać o równowadze PEH jaką lubią wasze włosy - jeśli czegoś nie tolerują, dodajcie składnika mniej, lub po prostu w ogóle go nie dodawajcie.
Pamiętajcie, ze dodatkowo, poza blaskiem, nasze włosy dostają porządnego odżywienia :)

A na koniec efekt na moich pasmach, na filmiku, który kręciłam co prawda dla koleżanki, ale czemu nie miałabym go wykorzystać i tutaj:

Czytaj dalej...

Dzięki Bionigree zrobiłam koński ogon!

Hey.

Przychodzę dziś do Was z trzecim już postem dotyczącym oczyszczającej kuracji z Serum Bionigree do skóry głowy.

Dwa poprzednie wpisy macie tutaj KILK otagowane słowem "Bionigree".



Trzeci raz użyłam serum cztery dni po drugiej aplikacji. Jego działanie, tak jak poprzednimi razy, było rewelacyjne i myślę, że skóra jest już na tyle doczyszczona, że spokojnie na półtora tygodnia mogę odstawić produkt. Nie zrezygnuje z niego na dłużej, bo jednak używam dość sporo masek/odżywek i pianki do włosów, co jednak powoduje, że skóra głowy się zanieczyszcza, mimo, że odeszłam już od stosowania na skórę głowy tego typu produktów.

Ważne jest dziś dla mnie jednak cos innego, niż opisywanie po raz kolejny działania tego specyfiku. W tym poście chciałam Wam się pochwalić czymś, co dla wielu z Was, albo i dla wszystkich, którzy mnie czytają, czymś zupełnie naturalnym. Otóż udało mi się zrobić kucyk!

Tak, nie przewidziało Wam się. Między drugą a trzecią aplikacją Bionigree zrobiłam sobie koński ogon i jestem z tego dumna. Dlaczego? Już tłumaczę.

Od czasu, kiedy zaczęły mi masowo wypadać włosy, a po kolejnych dwóch tygodniach doszło niesamowite pieczenie skóry głowy, swędzenie i ból, mogłam mieć na głowie tylko dwie fryzury - albo włosy były rozpuszczone, albo delikatnie owinięte gumką tuż przy szyi, co w efekcie dawało wygląd królika z klapniętymi do tylu uszami. Ja nic oczywiście do królików nie mam, są słodkie i im to pasuje, ale mnie już niekoniecznie.
Włosy rozpuszczone miałam dlatego, że czasem nawet kucyk "uszy królika" powodował ból głowy. Mieszki i cebulki, wszystko było tak wrażliwe, że nawet ciężar moich na prawdę lekkich włosów i cienkiej frotki był sprawcą nie małych "jazd". Nakładanie maski na twarz, gdzie musiałam opaska zagarnąć włosy z czoła i upiąć, aby nie spadły na twarz, to był wyścig z czasem. Zbyt długie upięcie (15 minut) dawało się skalpowi we znaki.
Z kolei często włosy puszczone wolno wpadały w ruch razem z ruchem głowy i każda taka fala pasm drażniła niesamowicie uwrażliwione mieszki. Wtedy z kolei musiałam je związywać w "królicze uszy". Wierzcie lub nie, rozważałam ogolenie się na łyso, byle by mieć chwilę spokoju.

A co się stało ostatnio? Po całkowitym zniwelowaniu pieczenia, swędzenia i bólu postanowiłam na próbę zrobić sobie koński ogon, taki z prawdziwego zdarzenia, wysoki, falujący podczas obracania głową. I zrobiłam go. Uczesałam się, pojechałam do teściów, potem na FoodTrucki, wróciłam do domu, rozpuściłam włosy i..i nic! Skóra w żaden sposób nie odczuła, że włosy były związane przez 5 godzin. Dla przykładu, próbna fryzura - zwykły delikatny francuz, po 45 minutach na głowie, bez tapirowania (!) spowodował u mnie najzwyczajniej w świecie.. płacz z powodu tego, jak bardzo zaczęło mnie wszystko boleć. Nie mówiąc o tym ile po rozpuszczeniu wypadło mi włosów...

I tak to zwykły koński ogon sprawił mi radość. 
Wyobraźcie sobie, że ktoś szarpie Wam cienkim grzebyczkiem włosy splątane jak dredy, tak przez godzinę bez przerwy, bo chce je rozczesać. A potem przychodzi ktoś inny, z trzycentymetrowymi pazurami i kolejną godzinę mocno Was drapie. Skóra jest obolała, wydaje Wam się, że nawet same włosy Was bolą, wszystko piecze. Podrażniona skóra swędzi. Dodajcie sobie do tego ból głowy, taki jak podczas zmiany ciśnienia. Tak własnie czuła się moja skóra głowy i cala ja większość czasu. Bolesna, obolała, piekąca, swędząca. Od rana do wieczora, często też w nocy. 
Teraz pomnóżcie to uczucie razy dwa. Tak czuła się moja skóra głowy po upięciu na wesele i na mój własny ślub. Koszmar. Teraz zrozumiecie, co oznaczało dla mnie zrobienie sobie porządnego kucyka bez "skutków ubocznych".

Polecam Bionigree i pozdrawiam :)
Czytaj dalej...

Fioletowa Anwenówka dla włosów sredniporowatych - jak czas trzymania maski na głowie wpływa na jej działanie

Heyka.

Maski do włosów - czas w jakim trzymamy je na głowie uzależniony jest w dużej mierze od tego, co producent sugeruje na opakowaniu, ale też od tego, jaki mamy danego dnia kaprys. Dzięki masce Anwen, o której piszę w dzisiejszym poście nauczyłam się, że czas ten najbardziej powinien być uzależniony od potrzeby naszych włosów.

Gdy tylko na blogu znanej i lubianej nam Anwen pojawiła się informacja, że dostępne są już maski jej własnej marki, wiele z włosomaniaczek popędziło kupić chociaż jedną. Nie inaczej - i ja szybko otwarłam w przeglądarce jej SKLEP i kupiłam dwa kosmetyki - jeden dla włosów średnioporowatych i jeden dla włosów wysokoporowatych. Maskę dla niskoporów sobie odpuściłam, bo wiem, że moje włosy by jej nie polubiły - nienawidzą niczego, co jest z kokosem.
Po niecałym tygodniu, kiedy przesyłki dotarły do dziewczyn, zaczęły się testy i pochlebne opinie. A jak było u mnie z pierwszą, fioletową Anwenówką dla włosów średnioporowatych?



Nazwa produktu:
'Winogrona i Keratyna' - Maska do włosów średnioporowatych

Producent:
Anwen Sp. z o.o.
 
Cena:
39 zł. Dostępne w sklepie Anwen oraz stacjonarnie w sklepach, które Anwen wymienia tutaj KLIK.

Wiele dziewczyn narzeka na cenę masek. Fakt, są to ceny wysokie, ale pamiętajmy, ze mamy do czynienia z produktami, które w końcu! są dedykowane w dużej mierze genetycznie uwarunkowanemu rodzajowi włosa, tworzone z pasją, z miłości do włosów, zawierające dużo dobrego w sobie. Ponad to Anwen to nie światowej sławy firma (czego życzę), więc wiadomo, że produkcja jest kosztowniejsza, bo nie idzie w miliony opakowań. Poza tym jest wiele droższych masek, więc nie przesadzajmy.



Konsystencja, kolor, zapach:
Konsystencja jest bardzo gęsta, kiedy nabierzemy maskę sięgając dna, kosmetyk po boku nie zaleje dziury która powstała. Jednocześnie produkt jest śliski i łatwo się rozprowadza. Kolor biały, zapach bardzo delikatny, przyjemny.

Opakowanie:
Plastikowy słoik o pojemności 200 ml, zakręcany na twist.
 
Skład:
Aqua, Cetearyl Alcohol, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Behentrimonium Chloride, Glycerin, Hydrolyzed Keratin, Hydrolyzed Silk, Maris Sal, Silica, Aloe Barbadensis Leaf Juice Powder, Panthenol, Phenoxyethanol, Benzoic Acid, Dehydroacetic Acid, Parfum, Hexyl Cinnamal, Butylphenyl Methylpropional, Limonene.

Obietnice Anwen:



Twoje włosy są normalne, ale bywają niezdyscyplinowane? Nie sprawiają Ci większych problemów, ale czasem się puszą? Szukasz efektu WOW, ale bez silikonów? Ta maska jest dla Ciebie! Intensywnie pielęgnuje i regeneruje włosy dzięki zawartości hydrolizowanej keratyny i jedwabiu. Aloes i gliceryna zapewniają włosom dodatkowe nawilżenie, a krzemionka je wzmacnia. Maska zawiera też optymalnie dopasowany do potrzeb Twoich średnioporowatych włosów olej winogronowy, który działa odżywczo i poprawia elastyczność.

Moje wrażenia:
Gdy maski do mnie przyszły (8 lutego, czyli w moje urodziny) postanowiłam, że nie otworzę ich, puki nie zużyję kilku innych produktów, którym zbliżało się dno. Wytrzymałam 1 dzień :D dokładnie 9 lutego po raz pierwszy wylądowała u mnie na głowie fioletowa Anwenówka. Zgodnie z zaleceniami, trzymałam maskę nie mniej niż 3 minuty a nie więcej niż 30 - tak około 20 minut.
Produkt dobrze spłukuje się z włosów, jeszcze mokre są po nim przyjemne w dotyku.
O pasma zadbałam tak jak zawsze przed stylizacją - nałożyłam serum, trochę pianki, rozczesałam i przystąpiłam do modelowania.

Kiedy włosy były jeszcze leciutko wilgotne, wyglądały perfekcyjnie. Blask bił po oczach, domknięta łuska powalała na kolana, pasma wyglądały idealnie. Niestety, w miarę jak włoski dosychały, zaczęły się niesamowicie elektryzować. Ostatnio takie coś mnie spotkało jeszcze na długo długo przed dbaniem o moje kosmyki, czyli jakieś hm.. 4 lata temu. Byłam załamana - maska spisała się rewelacyjnie, włosy wyglądały zjawiskowo trzymane w garści, jednak "puszczone wolno" wesoło fruwały dookoła twarzy, a kształt fryzury w 10 minut się zgubił - końce zaczęły się wywijać na wszystkie strony.






Zaczęłam kombinować. Dodawałam do maski odrobinę olejku, porcję innych masek emolientowych, różnego rodzaju serum (np. Garnier zwiększająca objętość), zmieniałam szampony, dawałam więcej pianki, mniej pianki.. pół maski ubyło a włosy elektryzowały się nadal. Pomyślałam, że zacznę kombinować z czasem trzymania maski na głowie, bo innego pomysłu już nie mialam. Do trzech minut maska nie działała. Po 20 elektryzowały mi się włosy. Spróbowałam więc ustawić się mniej więcej w połowie tego czasu i trzymałam maskę na pasmach ok. 7-8 minut. I wiecie co? Udało się! Maska zadziałała wręcz perfekcyjnie, a włosy były dalekie od jakiegokolwiek elektryzowania. Cudowne, gładkie pasma, odbijające nieziemsko każdy promyk słońca. Pięknie nawilżone, mięsiste włosy do pozazdroszczenia.
Nie wiem, czy mam takie kapryśne włosy, czy, jak sugerowała mi sama Anwen - trzymanie maski za długo powodowało lekkie przeproteinowanie objawiające się elektryzowaniem. Nie kojarzę, by ktokolwiek inny narzekał na taki skutek uboczny używania tego kosmetyku. Jedno jest pewne - na wszystko trzeba znaleźć złoty środek i moje włosy są żywym tego przykładem.






Polecam Wam fioletową Anwenowkę z całego serca, bo z włosami robi cuda. A jeśli Wasze włosy są po niej i po jakiejkolwiek innej masce spuszone/naelektryzowane/obciążone - pokombinujcie z czasem i nie dawajcie za wygraną. Nie spisujcie na straty kosmetyku po jednym jego użyciu. Ja się zawzięłam i moje starania nie poszły na marne :)

PS.
Tak wiem, na trzech zdjęciach poniżej widać masę pojedynczych fruwających włosków. To nie są naelektryzowane włosy. Cześć z nich to kosmyki które sama sobie zniszczyłam, rozplątując na mokro kołtun włosów (rozciągały się i urywały w połowie, są pozwijane i nie umiem ich wyprostować, a jest ich za dużo, żeby uciąć tuż przy skórze głowy i dać na nowo odrosnąć). Cześć z nich to włosy dysplastyczne, które zaczęły mi w niesamowitej ilości wyrastać z czubka głowy po moich problemach z wypadaniem i pieczeniem skóry głowy. Te najgorsze po prostu wyrywam... Pojedyncze z nich, te najkrótsze i wiele tych ładnych prostych, ale krótszych, to nowo odrastające włoski, które powoli zagęszczają mi fryzurę po półtora roku nadmiernego tracenia włosów.
Czytaj dalej...

15 zakazów podczas pielęgnacji włosów - z własnego doświadczenia. Nasze i moje grzechy i błędy.

Heyka!

Wiele się mówi, co wolno i co powinno się robić podczas pielęgnacji i zapuszczania włosów. Zdecydowanie mniej jest jednak postów i artykułów o tym, co powinno być zabronione.
Na podstawie własnego doświadczenia i błędów postanowiłam stworzyć taki post. Jest tu opisane wszystko, co spotkało mnie (a czasem na szczęście nie) przez ponad 17 miesięcy pielęgnacji moich włosów i czego bardzo żałuję. 




1. Nie rzucaj się na wszystkie kosmetyki, które pomogły Twojej koleżance/ mamie/ blogerce.
Przede wszystkim poznaj swoje włosy. Określ ich porowatość - bo dzięki temu możesz zgrubsza posegregować kosmetyki na te dla siebie i te, których powinnaś unikać. Na przykład moje włosy są wysoko i średnio porowate, co oznacza, że raczej nie powinnam na nie stosować oleju kokosowego. Jednak jakiś czas temu Alina Rose chwaliła maskę kokosowo-lnianą od Sylveco. Co zrobiłam? Oczywiście od razu kupiłam, no bo pięknowłosa Alina jest zadowolona a jej włosy powalają. Efektem jest użycie maski 2 razy i pozostawienie jej na zmarnowanie - zawarty w niej olej kokosowy bardzo puszy mi włosy.

2. Nie kupuj nie używaj wszystkiego, co wpadnie Ci w oko/ładnie wygląda/ma ciekawy opis.
Nadmiar kosmetyków, to nic dobrego. Po pierwsze, wszystko w pewnym monecie zacznie zalegać i powoli się przeterminowywać. Napoczęte kosmetyki też tracą na jakości i świeżości. Moim błędem jest - do teraz - kupowanie hurtem w drogeriach on-line. Wpada tam do koszyka zdecydowanie za dużo produktów. 3 szampony, 4 balsamy, 3 maski, 5 olejków... I tak w 3 drogeriach. A potem robi się z tego zapas, a wiadomo, ze niektóre kosmetyki idą wolniej. Efektem tego mojego szału zakupowego jest chyba z 10 buteleczek różnych olejków, które stoją i czekają... Nie wspominam nawet o tym ile mam masek...
Problemem jest jeszcze kupowanie za dużo na sam początek. Przykładowo, gdy nie wiesz, czy Twoje włosy polubią kosmetyki z ziołami, to nie kupuj kilku butelek balsamów. Moim błędem było napalenie się na Balsamy Agafii - na te z propolisem. Wzięłam dwa, kwiatowy i lipowy oraz dwa szampony. To był błąd - moje włosiska wręcz nienawidzą takiej ziołowej bomby i wyglądają po tych kosmetykach po prostu tragicznie.

3. Nie używaj wielu kosmetyków na raz.
Nie i koniec! To najgorsze co możesz zrobić. Po pierwsze dlatego, że gdy cos Ci zaszkodzi, nie będziesz wiedzieć co i zanim dojdziesz do winowajcy, może minąć kila dni i prób, a gdy te pierwsze będą kończyły się niepowodzeniem, to zanim dojdziesz do ostatniej, w której akurat trafisz na produkt nie dla Ciebie, możesz sobie już poważnie podrażnić skalp. Dodatkowo możesz obciążyć włosy, które będą wyglądać po prostu nie ładnie.

4. Mieszaj z głowa i umiarem!
Chodzi tu o kosmetyczne kombo. Sama miałam jakiś czas temu fiola na punkcie mieszanek maseczkowych. Niestety, użyłam do takiej mikstury produktu, który (wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam) BARDZO podrażnił mi skalp. Efektem jest uwrażliwienie się skóry na większość kosmetyków, które wtedy się w tej mieszance znajdowały. No a dodatkowo, co łączy się z punktem pierwszym, ciężko mi było doszukać się mojego wroga.

5. Nie używaj tego, co działa dobrze, a jednak źle.
To dziwny punkt, ale bardzo ważny. Jest wiele kosmetyków, które ładnie działają na łodygi włosa, a jednocześnie podrażniają skórę głowy. Dlatego wystrzegaj się takich produktów. Na prawdę nie warto dla dobrego wyglądu pasm ryzykować podrażnienia, bo prędzej czy później skończy się to wypadaniem tych błyszczących kosmyków. Warto też nie przesadzać w drugą stronę. Przykładowo na mnie źle działa płukanka z rumianku. Działa kojąco na skalp i świetnie lekko rozjaśnia mi włosy, ale przesusza niesamowicie łodygi. Musiałam wybrać - kolor czy włosy. Wybrałam włosy, bo co mi po jaśniejszym kolorze, kiedy mam go na suchych pręcikach?


6. Nie przesadzaj z proteinami.
Kolagen, pszenica, żelatyna, keratyna, kukurydza, soja, mleko, jedwab - to tylko przykładowe produkty do włosów, które zawierają proteiny. Używanie z głową masek proteinowych, mlecznych płukanek, hydrolizowanej keratyny, laminowania żelatyną czy wcierania w pasma kolagenu to klucz do sukcesu i grubych, ładnych łodyg. Włosy są zdrowe, mocne, lśniące i wyglądają pięknie. Jednak gdy tylko zauważysz że zmieniają się w tępe i szorstkie druty - nie katuj ich proteinami, które do tej pory Ci pomagały - wygląda na to, że przedawkowałaś. Powinnaś wtedy odstawić na bok wszelkie kosmetyki z proteinami i zabrać się za porządne nawilżenie pasm. Dobre jest też olejowanie, jednak olejkami dostosowanymi do rodzaju i potrzeb Twoich włosów.

7. Nie porównuj się do innych.
To mój najczęstszy błąd. Gdy patrzę w lustro i widzę swoje włosy, jestem względnie zadowolona. Ale gdy idę ulicą i widzę ładne włosy, które przypominają "jakością i gęstością" moje, to zaczynam porównywać je ze swoimi. Nie daj Boże, gdy się za chwilę gdzieś zobaczę w lustrze, a moje pasma akurat postanowiły się źle poukładać i pomiętolić. Wtedy to już tragedia. popadam w wielki smutek, że mam jednak najgorsze włosy na świecie i daleko mi do tych, które widziałam chwilę wcześniej. A już najgorzej jest gdy widzę te swoje, nawet ładnie wyglądające, a za chwile przejdzie koło mnie dziewczyna z przepięknymi, grubymi i lśniącymi pasmami. Automatycznie, czy chcę, czy nie, porównuję... i wtedy zastanawiam się, czy moja pielęgnacja w ogóle jest cos warta. Więc najlepiej jest porównywać włosy swoje ze swoimi ;) Robienie comiesięcznych fotek pozwala nam stwierdzić na ile poprawiła nam się jakość pasm, ile urosły i jak ładne się stają.

8. Nie dąż do tego, czego nie osiągniesz, mierz siły na zamiary.
Niestety, grubość włosa, jego skręt czy podatność, porowatość a nawet długość zależy od genów. 
Możemy wizualnie pogrubić włosy, gdy wypełnimy ubytki (z głową i rozumem) proteinami, lecz nie pogrubimy ich na stałe i na zawsze. Możemy pobudzić od pracy więcej mieszków włosowych, ale nowych nie wyhodujemy. Można przedłużyć długość pobytu włosa na głowie, ale nie zmusimy go, by pozostał tam kilkadziesiąt lat. Nawet porowatość można zmniejszyć i zwiększyć, ale tez nie na stałe.
Przykro mi, ale większość z nas musi pogodzić się z tym co ma na głowie i zadbać o to, aby było lepiej, lub aby nie było gorzej.  Dziewczyny, które mają z natury rzadkie włosy, a które będą dążyć do kucyka o średnicy 10 cm będą rozczarowane i prędzej czy później poddadzą się z żalem i bólem serca. A to do niczego nie prowadzi. Najlepiej jest wiec dbać o to, co mamy, pielęgnować włosy by były zdrowe i jeśli chcemy, używać wcierek, aby pobudzić prace uśpionych mieszków. 

9. Nie prostuj włosów prostownicą, odstaw lokówkę, nie niszcz.
Tak wiem, prostownica wygładza pasma, ładnie nabłyszcza włosy. Lokówka pomaga wizualnie zwiększyć objętość, bo loki mają to do siebie, że powiększają optycznie fryzurę. Problem tkwi w tym, że włosy wyglądają ładnie, ale są jednocześnie niszczone gorącym metalem. I nie, nie prawdą jest że ceramiczna prostownica ochroni włosy. Nie prawdą jest że spray termoochronny obroni pasma przed 240 stopniami. Włosy ZAWSZE będę się niszczyć przy takiej stylizacji.
Poszukaj alternatywy - olejowane systematycznie włosy nabierają blasku i staja się gładsze. Papiloty chociażby na mokre chusteczki nawilżające dla niemowląt sprawdzą się równie fajnie jak lokówka. Oczywiście olejowanie wymaga samozaparcia i czasu, a papiloty musisz zakręcić na kilka godzin, ale chyba warto, dla zdrowia włosa, nieprawdaż?

10. Nie lekceważ tego, co "mówią" do Ciebie włosy i skalp.
Włosy wypadają? Uważaj, może masz za mało witamin? Może coś nie tak z hormonami albo tarczycą? Zbadaj się! Pasma się łamią u nasady? Wiele jest tego przyczyn - zła dieta (przez co włos wyrasta słaby) albo zła pielęgnacja. Swędzi Cie skóra głowy? To może uczulenie, albo podrażnienie kosmetykiem? Znajdź winowajcę i nie używaj go już więcej.



11. Nie spiesz się.
Wcierka nie sprawi, ze włosy urosną 10 cm za 2 dni. Olejowanie, lecz systematyczne daje efekty, al za jakiś czas. Czekaj spokojnie na zmiany, ale bądź cierpliwa. Nie od razu Rzym zbudowano, nie od razu włosy zapuszczono :)

12. Nie przesadzaj z częstotliwością, jeśli włosy tego nie wymagają.
Chodzi tu o wszystko - o maski, oleje i ogólnie o mycie. Zbyt częste mycie, gdy włosy tego nie potrzebują może osłabić pasma i przesuszyć skórę głowy.  Maski mogą obciążać łodygi, a i z olejowaniem można przedawkować. Pamiętam jak w tamte lato co drugi dzień kładłam na nie olej. Co prawda bardzo dobrze go zmywałam, ale w pewnym momencie miałam wrażenie, że one ten olej w sobie skumulowały i wydalały go z siebie pod koniec dnia - miałam przyklapnięte i mimo że czyste, to jednak dziwne włosy. nie podobał mi się ten efekt. Odstawienie olejów na 2 tyg załatwiło sprawę.

13. Nie panikuj...
.. gdy raz opuścisz maskę z powodu braku czasu, albo nie nałożysz olejku. Nic, ale to na prawdę nic się nie stanie - włosy przeżyją. 
Nie histeryzuj, gdy fryzjerka podtapiruje Ci włosy na specjalną okazję i nałoży tonę lakieru. Ja sama bardzo przezywałam podczas jednego z wesel na którym byłam, że mam podtapirowane włosy, zakręcone na prostownicę. Oczywiście po umyciu włosy wyglądały tak samo jak i przed weselem. Trochę dłużej trzymałam na nich maskę i na prawdę, nic im się nie stało złego. Sporadyczne "grzechy" nie sprawią, że zaprzepaścimy wszystko, na co pracowałyśmy. Ja osobiście wiedziałam, że włosy będą męczone bardziej niż zwykle więc wzięłam ze sobą swoje kosmetyki, które im służą i nie było problemu, aby fryzjerka uzyła ich, zamiast swoich z salonu.

14. Nie leń się!
Faktem jest, że, jak pisałam w pkt. 13, gdy opuścisz raz maseczkę czy olejek, nic się nie stanie, Natomiast są substancje, które trzeba wcierać codziennie, jak np. wcierka z kozieradki. Są i takie kuracje, gdzie należny rygorystycznie przestrzegać częstotliwości (kuracja na wypadanie, niektóre kuracje odbudowujące). Tutaj mus, to mus. Musisz być stanowcza dla samej siebie, pilnować się i słuchać etykietki/fryzjera/dermatologa. Mycie co 2 dzień czy wcierka codziennie - to przykazanie, a nie luźna gadka i sugestia.


15. Nie dotykaj, nie czesz co 5 minut!
Wiem, sama po sobie, jak ciężko jest nie dotykać włosów, gdy z suchych wiórów przeistaczają się w miękkie pasma. Macałam je wtedy notorycznie, oglądałam, przeczesywałam palcami. Efektem tego szybciej stawały się tłuste i nieświeże - co powodowało, że trzeba było je myc szybciej, niż tego wymagały.
Jeśli mam akurat dzień typowo nie włosowy i nawet umyte włoski sklejają się w strąki (np. po bardzo silnym nawilżeniu), to czesze je co chwilę. Nic dobrego z tego nie ma, tracę czas, mecze pasma, a za chwile i tak jest to samo. Najlepiej jest wtedy upiać włosy i zapomnieć i sprawie.

I to tyle z zakazów, które udało mi się zebrać przekopując w myślach wszystkie moje grzechy. Wiele się przez te 17 miesięcy nauczyłam. Wiem co robić, czego moje włosy nie znoszą, co lubią i jak o nie dbać. Są niezwykle cienkie i delikatne, łatwo je zniszczyć. Przez jeden poważny błąd z mojej strony zaczęły bardzo wypadać (o tym osobny post). ale rosną i mają się dobrze. Czasem jest im lepiej, czasem gorzej. Nadal się uczę - np. jak zapanować nad włosami krótszymi niż reszta fryzury nie używając prostownicy, tony lakieru i przyklepywania pasm. Jednak, mam nadzieję, że i do tego dojdę i o ile jeszcze popelniam kilka błędów, uda mi się je wyeliminować. 

Czytaj dalej...

Fakty o mnie - zbliża się rok bloga - Q&A - zapraszam :)

Heyka. 
Dokładnie za tydzień blog będzie miał rok. Mam ponad 200 obserwatorów i ponad 102 tysiące wyświetleń, co daje 8 i pół tysiąca otwarć moich postów miesięcznie - to bardzo miłe :)
Z tego tytułu chciałabym Wam się przedstawić i napisać kilka..naście..dzieścia (?) faktów o mnie. Oczywiście jest tego dużo więcej i jeśli chcecie, mogę co miesiąc robić taki post. Czytujecie mnie regularnie a praktycznie nic nigdy o sobie nie mówiłam.

Dodatkowo, o czym wspominam pod koniec posta, możecie zadawać mi pytania.

Dziekuję, że jesteście ze mną!

- Urodziłam się 8 lutego 1986 roku, a więc mam 30 lat
- Nie mam rodzeństwa
- Mieszkam na Śląsku, w Tarnowskich Górach
- Mam magistra z administracji, obecnie pracuję w zawodzie
- Nie lubię swoich zdjęć, dlatego bardzo rzadko można mnie gdziekolwiek zauważyć na foto. 
Z reguły uciekam sprzed obiektywu, choć nie robię tego w panice i popłochu (takie osoby mnie denerwują). Mam bardzo mało zdjęć z okresu od teraz do 2 lat wstecz. Te też niestety nie są super najnowsze:






kobieto głowę mi urwiesz


- Mam włosy koloru ciemnego blondu, kilka razy je rozjaśniałam delikatnym balejażem. Dwa razy miałam różowe włosy, farba zmywała się po miesiącu. Nigdy włosów nie przyciemniałam i nie farbowałam na całości. 
- Mam brązowe oczy i nie zamieniłabym tego koloru na żaden inny. W połączeniu z blond włosami, pasuje mi każdy kolor ubrania i prawie wszystkie barwy cieni do powiek. Wyjątkiem są niebieskości i czerwienie.
- Moim marzeniem włosowym od zawsze są gęste włosy do pasa. Niestety, moje pasma nigdy gęste nie były więc to marzenie nierealne - co do długości, zapuszczam jakiś czas, a potem obcinam i tak od zawsze. Ale może w końcu kiedyś się uda. 
- Od grudnia 2013 jestem zaręczona, mój narzeczony ma na imię Rafał.



- Gdy miałam 5 lat, rodzice kupili mi jamniczkę. Przeżyłam z nią 17 lat. Wspaniały, dobry pies, w ogóle nie była złośliwa, a tak często myśli się o jamnikach. Później, po jej śmierci kupiłam pierwszego owczarka szetlandzkiego (śniadego). 6 lat później kolejnego (blue-merle). Obecnie mam więc dwa długowłose psy, które wręcz uwielbiam.







- Interesuje mnie fotografia, mam dobry sprzęt i praktycznie zero czasu na realizowanie się. Także "wyładowuję się" na spacerach z psami i podczas pięknych dni, kiedy mogę zrobić kilka ciekawych fotek makro. Niestety, nie wiem gdzie zgubiłam mój 13 mm pierścień makro - ciągle go szukam.







- Nienawidzę guzików. W mojej szafie, poza spodniami, nie uraczycie ANI JEDNEGO ubrania z guzikami. Nie mam bluzek ani koszul, nie mam koszulek rozpinanych pod szyją. Dwie bluzki do żakietu są zapinane na kryty zamek błyskawiczny. Mam fobię, po prostu mnie obrzydzają - u każdego, ale u mnie w szczególności. Na szczęście robią teraz tak ładne i eleganckie ubrania oraz sukienki bez guzików, ze mogę się dobrze ubierać bez potrzeby posiadania tego "wynalazku" na sobie. 

- Zazdroszczę dziewczynom, które ubierają się w ciucholandach. To moja kolejna fobia. Nie dam rady tam wejść, gdy tylko przekraczam próg, mam wrażenie że wszystko mnie swędzi, dostaję miliona chorób i duszę się. Autentycznie się duszę. Kiedyś weszłam do sklepu, spokojnie oglądam, ładne ciuchy, macam, przebieram między wieszakami. Mama uświadomiła mnie ze to ciucholand. Możecie uwierzyć, moje ręce zrobiły się burczano-czerwone jakby od wysypki, a ja nie umiałam wziąć oddechu - tak panicznie boję się używanych ubrań. I wiem, ze są dezynfekowane i prane i nawet niekiedy nie noszone ani razu. Tak mam i już. A czemu zazdroszczę? Bo na witrynach widzę czasem na prawdę cudne ciuchy.

- Płaczę, gdy umiera znajomy mi pies. I tak, pies nie zdycha, kot też nie, ani myszka. Umierają. Zdychają zwyrodnialce. 

- Nienawidzę bakalii.

- Lubię zapach świeżego asfaltu i benzyny.

- Od 11 lat rękodzieło to moja nieodłączna cześć prawie każdego dnia. Zaczynałam od biżuterii, potem krótko scrapbooking i różnego typu bransoletki, szycie, torebki itd.















- Obecnie od października 2010 roku niezmiennie zajmuję się szyciem misiów kolekcjonerskich OOAK. No, nie tylko misiów, są tez i kotki i elfy..














- Nienawidzę matematyki, fizyki i historii, od zawsze. Są dla mnie za trudne i za nudne.

- Moim największym studiowym sukcesem jest przejście 5 lat bez poprawek - zrobiłam to z czystego lenistwa (chciałam mieć wolne ferie i wakacje ;) oraz "pazerności" - dostawałam stypendium naukowe.

- Daję pieniądze i dary na aukcje i zbiórki charytatywne, dla psów. Z reguły nigdy nie odmawiam. Nie wspieram pomocy dla dzieci i osób dorosłych - z prostej przyczyny - oni zawsze znajdą więcej darczyńców niż zwierzaki. Poza tym jestem mniej czuła na widok dziecka podpiętego do aparatury, niż na widok pobitego psa. Domyślam się, ze wynikiem jest nie posiadanie (jeszcze) własnego potomstwa.

- Własnie z powodu nie posiadania dzieci staram się unikać wspólnych spotkań z przyjaciółkami, bo każda ma już dzieci, od sztuk 1 do 3. Wtedy zawsze dowiem się wszystkiego na temat pieluszek, zupek, kupek, przedszkoli i żłobków. A także ciąży, porodu, tych okropnych niewspierających mężów i wielkiej nudy podczas siedzenia z dzieckiem w domu. Dlatego wolę spotykać się z każdą przyjaciółką po kolei - wtedy o znajdują się tematy, na które ja też mam cos do powiedzenia :)

- Zazwyczaj kiedy jakaś osoba na FB denerwuje mnie zdjęciami, usuwam ją z obserwowanych. Są to z reguły mężczyźni popisujący się swoimi napakowanymi klatami oraz kobiety z selfikami po 3 sztuki i więcej dziennie. Dodatkowo bezwzględnie przestaję obserwować dziewczyny wrzucające swoje małe dzieci usyfione jedzeniem. Serio, lubię dzieci i planuje swoje, ale na prawdę? Czy dziecko które ma pół buzi w czekoladzie a drugie pół w drzemie, obślinione po sam brzuszek tym, co własnie wypluło jest aż takie rozkoszne? Ja bym dziecko wytarła i wrzuciła fotkę czystego i przebranego, ale może ja nienormalna jestem. 

- Nie znam się na polityce. 

- Gram w gry komputerowe - w typowe babskie Simsy i w typowo męskiego Battlefielda.  Ostatnio zaczęłam grac w Black Desert.

- Mam podniesione małe pale u stóp (tzw. małpi chwyt) przez co 99,9% eleganckich butów mnie obciera do krwi w ciągu pierwszych 10 minut spaceru. Stąd tez bardzo często, nawet w lato ubieram adidasy i tenisówki.

- Mam bliznę na plecach - operacja serca gdy byłam dzidziusiem.

- Lubię dzieci, na prawdę :)

- Według mnie najbrzydszymi zwierzętami (poza pająkami) są rekiny. Nie lubię rekinów!

- Nie lubię smaku mięsa. Nie jestem wegetarianinem, po prostu poza kurczakiem nie bardzo smakuje mi mięso. Schabowego zjem.

- Jestem w stanie zrozumieć że zwierzęta ubija się po to aby je zjeść. W końcu sama jem mięso. Jestem w stanie zrozumieć, że ktoś musi nosić np. buty ze skóry ze względów zdrowotnych. Za cholerę nie rozumiem i potępiam osoby które popierają śmierć zwierząt z typowo próżnych pobudek, jak np. krem z wyciągiem z tłuszczu jakiegoś futerkowca albo co gorsza - nienawidzę ludzi noszących naturalne futra! Zrywam z takowymi znajomości.

- Lubię gotowane ziemniaki, natomiast zmiażdżone na puree już mi nie smakują.

- Będąc 5 letnią dziewczynką ucięłam sobie kucyk przy samej skórze głowy. 

- Umiem dosyć dobrze śpiewać.

- Potrafię gotować,  obiady, desery, ciasta..

- Lubię być opalona, ale nie mam nerwów żeby siedzieć bez ruchu i czekać aż będę brązowa, efektem czego jestem jednak bardziej blada niż przyrumieniona ;)

- Chciałabym pojechać drugi raz do Londynu i ogólnie do Anglii. 

- Z powodu mojego hobby mam bardzo wielu znajomych rozsianych po całym świecie.

- Nie chcę mieć hucznego wesela.

- Wolę lato niż zimę - wolę się przegrzać niż zmarznąć.

- Jestem bardzo gadatliwa i ciężko przychodzi mi słuchanie drugiej osoby, bo ciągle mam cos do powiedzenia albo dodania - jednak staram się słuchać i wychodzi mi to w miarę dobrze.

- Nie jestem asertywna, praktycznie zawsze pomogę, jeśli tylko umiem.

- Lubię spać.

- Nie noszę stringów - są niewygodne.

- Przeklinam.

- Nie jestem przesądna - chyba, że przesąd jest pozytywny - wtedy jestem ;)

- Oglądam filmy Marvela. Thora, Avengersów, Kapitana Amerykę, Strażników Galaktyki, Iron Mana... Ostatnio byłam na Deadpoolu i nie mogę się doczekać Civil War ;)  Bucky działa mi tak strasznie na nerwy, że ma ochotę wyrwać mu jaja przez gardło. 

- Mamy w domu dwie figurki HotToys - Ironmana i Kapitana Amerykę. Nie wiem kto będzie kolejny, bo jeszcze nie doszliśmy do porozumienia ;)

- Mam koszulkę imitującą zbroję Kapitana Ameryki, a Rafał Ironmana. Ubraliśmy je na Avengersów 2. Seans poprzedziliśmy zakupami, wzbudzając niemałą sensacje w sklepach i na pasażu, szczególnie wśród dzieciaków ;) 

- Uwielbiam świnki. Małe, duże, żywe i pluszowe.  Te ryjki, te uszka <3

- Nie lubię pikantnych potraw.

- Jem jedzenie z Maca i KFC, uwielbiam Mcdonaldsowe lody z polewą czekoladową. 

- Denerwują mnie wandale, gdy widzę zniszczone ławki, złamane drzewka czy popisane mury, budzi się we mnie okropna złość i złorzeczenie. 

- Boję się dentystów, zastrzyków i ogólnie igieł. Do stomatologa muszę iść z Rafałem, który trzyma mnie za rękę. Przed zastrzykiem czy pobieraniem krwi prawie płaczę (ostatecznie nie płaczę). 

- Jednocześnie jestem odporna na ból uderzeniowy - kiedy złamałam palca, nawet nie wiedziałam, ze jest złamany. Ja ogólnie bardzo często się w cos uderzam, jestem prawie chodzącym siniakiem. 

- W Sylwestra 2014/2015 w ciemnym pokoju... moje psy (podczas pokazu fajerwerków) ze strachu rzuciły się na siebie w panice, a ja, rozdzielając je w ciemności wsadziłam dłoń w paszczę NA SZCZĘŚCIE tego mniejszego. Praktycznie rok nie mogłam ubrać pierścionka zaręczynowego, bo palec serdeczny prawej ręki był spuchnięty w miejscu kostki.  Po tym incydencie winowajca ugryzienia miał mnie w dupie. Za to drugi 3 dni chodził przerażony i ciągle mnie przepraszał, mimo, ze nie dostali absolutnie żadnej bury ani kary.

- Uwielbiam spaghetti bolognese i szpinak w sosie serowo-śmietankowym.

- Nie jem kiełbas ani parówek - mają jeszcze gorszy smak niż typowe czerwone mięso.

- Lubię dostawać prezenty, no bo kto nie lubi - ale większą radość sprawia mi dawanie i uśmiech obdarowanego. 

- Na stażu w biurze poselskim miałam nieciekawe sytuacje. Właściwie dwie. Raz przyszedł pijany facet i groził mi śrubokrętem, że jak "zaraz nie połączę go z tym sku***em to mnie zadźga". Chodziło o Lecha Kaczyńskiego - faceta śrubokrętowca wkurzyły tarcze antyrakietowe. Niestety mimo, że biuro było z PiSu (taki dostałam przydział w Urzędzie Pracy), to telefonu do prezydenta po prostu nie miałam. Miałam za to pod biurkiem sporej wielkości nóż, którym nie pamiętam już co wtedy robiłam. I pogroziłam facetowi nożem. Poszedł sobie. Nie wrócił. 
W innym przypadku pewien głuchoniemy Pan chciał się umówić do prawnika na środę, ale prawnik był tylko w piątki. Pan koniecznie chciał na środę. Dostałam 20 zł łapówki, które potem zostały przy świadkach panu zwrócone ;) Bardzo to przeżyłam, bo bałam się, ze to jakiś podstęp i pójdę siedzieć :P

-Znam 3 stopnie języka migowego dla tzw. pracowników służb społecznych.

Tyle faktów o mnie na dziś. Jeśli chcecie, możecie pod tym postem zadawać mi pytania w komentarzach, chętnie na nie odpowiem pod Waszymi wypowiedziami :)

Pozdrawiam Was :* 
Czytaj dalej...
URODOWE POPOŁUDNIE... © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka