Cassia Obovata - Złoto na włosach - bezbarwna henna. Wzmocnienie i blask jakiego nie da Ci żadna maska.

Hey.

Dziś chciałabym Wam opowiedzieć o Cassi - potocznie, choć błędnie, zwanej bezbarwna henną. Użyłam jednak w tytule tej jakże błędnej nazwy, bo wiele osób zna niestety Cassię pod takim nazewnictwem i może szukać informacji o niej właśnie pod takim hasłem.



Cassia, z łacińskiego Cassia Obovata, to sproszkowane liście rośliny o tej samej nazwie, które barwią włosy na złotawe i miodowe odcienie. A skoro barwią, to oznacza, że nie jest to zioło bezbarwne i, skoro to Cassia, to nie jest to Henna (która jest zupełnie innym ziołem).



Cassia nadaje włosom złociste, cieple refleksy. Platynowy blond może mocno ocieplić, tak samo jak jaśniejszy, chłodny brąz. Kolorom rudym nada ciepłego blasku, siwe będą nieco bardziej żółtawe, na włosach bardzo ciemnych nie będzie ona widoczna. Jasne i ciemne blondy wyjdą bardzo słoneczne i ciepłe.
Cassia w żaden sposób nie rozjaśni włosów, zmieni się tylko ich odcień/blask. Cassia nie ochłodzi koloru.

Cassia to zioło kondycjonujące - nadaje włosom blasku i odżywienia, a po dłuższym, regularnym stosowaniu wiele osób zauważa, ze Cassia delikatnie pogrubiła pasma.

Moja przygoda z Cassią solo nie jest zbyt długa, ponieważ szybko przeniosłam się na hennę, jednak nawet do hennowych mieszanek sypnę często nieco Cassi.

Przygotowanie mieszanki wymaga nieco czasu, odrobiny wkładu własnego i cierpliwości.
Moja Cassia pochodzi z firmy Sattva, za 36 zł kupiłam 150 gram. Na moje cienkie włosy lekko za łopatki wystarcza mi 50 gram "na styk". 
W opakowaniu, poza Cassią znajdują się dwa czepki ochronne i jeden pędzelek.


Sposób przygotowania:

Zalejcie ok 400 ml wody destylowanej kopczastą łyżkę lnu i zagotujcie, a potem gotujcie jeszcze ok. 10 minut na wolnym ogniu. Rozrabianie Cassi na wodzie lnianej spowoduje, że włosy otrzymają przy ziołowaniu dodatkowego nawilżenia. Ale pamiętajcie, koniecznie musi to być woda destylowana - Cassia ma to do siebie, że barwi minerały zawarte w wodzie z kranu na kolor zielony, co może spowodować, że zamiast miodowych tonów, otrzymacie zielone.
Odcedźcie wodę od lnu i poczekajcie aż nieco ostygnie. 
Kiedy woda lniana ma ok. 50 stopni Celsjusza, jest gotowa, aby rozrobić w niej ziółko. Cassia i Henna lubią ciepło, więc na prawdę dobrze jest je rozrobić w cieplejszej wodzie.

Odmierzcie swoją porcję Cassi i wsypcie do szklanki. Następnie partiami dodawajcie do szklanej miski - raz proszek, raz wodę i mieszajcie. Najlepiej w pięciu rzutach. Nasypcie ok 10 gram proszku (w przypadku porcji 50 gram) i zalejcie odrobiną wody - wymieszajcie. Dosypcie znów proszku, wymieszajcie. Dodajcie wody, wymieszajcie. Znów proszek i mieszanie. I woda i mieszanie. Tak na zmianę, aż nie zostanie już proszku do dodawania. Musicie wyczuć konsystencję - najlepsza jest o wyglądzie gęstej pasty, śmietany. Zbyt tępa, sucha - będzie się źle nakładać, zbyt rzadka - spłynie. Nie wlewajcie całej wody, będzie jej za dużo. Jeśli jednak zrobicie wody za mało, dodawajcie już potem destylowanej z butelki.

Ważnym jest, aby na koniec dodać zakwaszacza, który spowoduje lepsze wydzielenie się barwnika. Może to być jednodniowy sok z jabłka (ok. 3 łyżki na 50 gram proszku ziołowego), lub acerola w proszku - 5 gram na każde 40 gram zioła. Raczej unikajcie cytrusów - podrażniają skórę i wysuszają włosy. Można użyć soku z buraka, soku z winogron, zurawiny, malin, rokitnika, borowek - najlepiej wyciskanych samemu, wtedy macie pewność, ze sok nie zawiera konserwantów. Ja używam aceroli, można też użyć amli (lekko gasi kolor, przyciemnia). Dodajcie zakwaszacza do pasty i dokładnie wymieszajcie. Kwaszenie zioła powoduje też, że kolor jest trwalszy, gdyż barwnik lepiej przyczepia się do keratyny we włosie.

Kiedy pasta jest gotowa, zakryjcie ją talerzem, albo folią spożywczą i odstawcie na około 10-12 godzin w ciepłe miejsce. Taki okres czasu wymagany jest, aby barwnik (chryzofanol) dobrze wydzielił się z Cassi. Wiem, że na opakowaniu z ziółkiem nikt o tym nie wspomina, ale uwierzcie, na prawdę Cassia potrzebuje tego czasu. Dlaczego? Ponieważ to barwnik powoduje kondycjonowanie włosów, więc jeśli się dobrze nie wydzieli - z odżywienia nic nie wyjdzie. Najlepiej jest więc rozrobić pastę wieczorem, przed dniem planowanego ziołowania i odstawić na noc. Nie dodawajcie do pasty olejków, masek, protein. To spowoduje, że włosy będą oblepione tymi składnikami i barwnik z Cassi nie dostanie się do pasm. Wyjątkiem jest na przykład rozjaśniający i jednocześnie nawilżający miód - łyżka miodu na ok 50 gram proszku bardzo wskazana, można też bez obaw dodać inne zioła kondycjonujące, jak np. tulsi czy neem, które nie zmienią właściwości Cassi.

Przed Cassiowaniem trzeba przygotować włosy - zmyć z nich silikony, lakiery, maski i nadbudowane minerały. W tym celu trzeba użyć szamponu chelatującego - to taki mocny rypacz. Najpopularniejszym jest ten szampon rumiankowy:



Możecie też zamiast szamponu do kilku łyżek maski do włosów, najlepiej takiej bez silikonów (np. Kalos color) dodać łyżeczkę kwasku cytrynowego i nałożyć na mokre włosy na maksymalnie 20 minut, a potem zmyć. Ja polecam bardziej szampon, bo mniej podrażni skórę i łagodniej zadziała na włosy.

Ok, włosy umyte, oczyszczone, czas nałożyć zioło. Bierzemy naszą miskę z Cassią i na mokre, czyste włosy zaczynamy ją nakładać, pasmo po paśmie - nie pomijając skóry głowy (działa antybakteryjnie, przeciwgrzybiczo i tonizująco). Najlepszą metodą jest nakładanie na metodę gniazdka. Na środku głowy wydzielamy pasmo i nakładamy na nie Cassię - najpierw na długości, potem pędzelkiem dokładnie przy skórze (mnie pomaga mąż) i zawijamy to pasmo w gniazdko. Potem dobieramy kolejne pasma dookoła tego gniazdka, Cassiujemy dokładnie i dowijamy na to, co już zawinięte. w ten sposób na koniec powstanie nam na głowie kok. Pamiętajcie o zawijaniu w jednym kierunku i dokładnym pokryciu każdego włosa. Nie zawijajcie też zbyt mocno, bo możecie sobie bardzo nadwyrężyć cebulki włosów. 

Na dokładnie pokryte Cassią włosy nakładamy foliową reklamówkę, albo owijamy głowę (nie za mocno!) folią spożywczą. Na to nakładany lekki ręcznik, który będzie wsiąkał to, co spłynie, a uwierzcie, że na 90% coś spłynie. 
Jeśli ziolowanie zajęło wam dużo czasu i pasta gdzieś zrobiła się zbyt sucha - spryskajcie ją lekko przed zawinięciem wodą destylowaną.

Z takim pakunkiem na głowie czekamy od 2 do 6 godzin. Ja wytrzymuję od 2 do 3 godzin. Podczas całego procesu dzieje się magia. Barwnik wydzielony z Cassi łączy się z naszą keratyną we włosie oraz wypełnia ubytki. Nie jest to proces tak silny, jak w przypadku henny, ale również daje radę. 

Po czasie, który przeznaczyliście sobie na siedzenie z ziółkiem na głowie należy je dokładnie zmyć - to proces równie uciążliwy jak siedzenie z błotem Cassiowym na głowie. Błotko trzeba zmyć do ostatniego pyłku - inaczej może swędzieć Was skóra. Zmywamy tak długo, aż woda będzie zupełnie czysta, a potem dla bezpieczeństwa zmywamy jeszcze chwilę, skupiając się na porządnym wypłukaniu włosów przy skórze.
Nie myjemy głowy szamponem - pozwalam ziółku działać. Nie nakładamy olejków, masek, odżywek, nic na końcówki - po prostu niczego. Dobrze wypłukane włosy rozczesują się w miarę łatwo. 
Przez kolejne 48 godzin nie myjemy włosów, nie lakierujemy ich, nie używamy suchych szamponów, nie olejujemy. Te 48 godzin to czas, w jakim barwnik utlenia się (lekko ciemnieje) i utrwala we włosie. Jeśli wytrzymacie dłużej bez mycia - tym lepiej.

Jeśli zacznie swędzieć Was skóra - najprawdopodobniej źle wypłukałyście włosy. Postarajcie się wytrzymać, ale jeśli mocno drapiecie - umyjcie głowę - bo lepsze jest przerwanie utleniania, niż wydrapanie włosów i podrażnienie skóry. Mnie się osobiście tylko raz udało perfekcyjnie wypłukać zioła ;)

Jeśli po ziolowaniu masz suche, spuszone włosy, to najprawdopodobniej:
- źle wypłukałaś Cassię i jej drobinki nadal osiadają na pasmach,
- użyłaś zbyt mocnego/ zbyt dużo zakwaszacza (często przesusz robi sok z cytryny)

Dobrze wypłukane włosy z użyciem do ziołowania delikatnego zakwaszacza powinny być gładkie i mega błyszczące w słońcu, o takie:






Z ziołami, przynajmniej w moim wydaniu jest jeden minus. O ile w słońcu i w świetle dziennym, naturalnym na dworze, kolor jest wielowymiarowy, piękny, a włosy mega lśniące i mieniące się różnymi odcieniami nałożonego ziółka, o tyle w świetle sztucznym i półcieniu kolor robi się dosyć płaski:



Kolor jednak, jak to kolor, w każdym świetle inny - najważniejsze jest wyraźne poprawienie się kondycji moich mega cienkich włosów. Pasemka są wyraźnie mocniejsze w dotyku gładkie i lśniące, a na tym mi bardzo zależało.

Jeśli macie jakieś pytania odnoście Cassi - piszcie. Niebawem post o Cassi z Henną, Hennie i o Cassi jako maseczce do twarzy - działa cuda!!


3 komentarze :

  1. Piękny odcień, ale u siebie go nie widzę. Raczej schładzam niż ocieplam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. rozumiem, Ty wiesz w czym się najlepiej czujesz :)

      Usuń

Każdy komentarz to znak, że post został przeczytany :) Zapraszam więc do dyskusji :)

URODOWE POPOŁUDNIE... © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka