Mam Snapchata - zapraszam!!!

Witam Was w te coraz cieplejsze dni.

Dziś wpis nieco nietypowy, bo... założyłam Snapchata! i chcę Was do siebie zaprosić.
Właściwie mam tam konto już jakiś miesiąc, ale dopiero od przedwczoraj postanowiłam się uaktywnić. Nie będzie to jednak typowo urodowy Snap nastawiony tylko na promocję bloga i kręcący się wokół kosmetyków. 
Kilka z Was, a szczególnie te, z którymi mam znajomość na Facebooku wiedzą, że blog to nie jedyne i przede wszystkim nie moje główne hobby. Kiedy nie jestem w pracy i nie piszę postów na blog, tworzę kolekcjonerskie misie OOAK. Początowo to głównie w celu pokazywania niedźwiadków i procesu ich tworzenia założyłam konto w tej aplikacji. Jednakże, blog to dość spora cześć mojego życia i bardzo było mi bez niego pusto, kiedy zawiesiłam pisanie. Postanowiłam więc, że moje konto na Snapczacie będzie nosiło nazwę typowo misiową, ale snapy będą zarówno o nich, jak i o kosmetykach, moich podróżach, zakupach, blogu i o tym wszystkim, czym chciałabym się z Wami podzielić - czyli po prostu o mnie i moim życiu.
Mam nadzieję, że zaciekawię Was swoją osobą, tym, czym zajmuje się na co dzień, co mnie cieszy, bawi, czy smuci.

Było by mi bardzo, bardzo milo, gdybyście dodali mnie do obserwowanych i oglądali moje snapy. Bardzo chętnie dodam i Was, jeśli posiadacie konto - wpiszcie nazwę w komentarzu :)
Dajcie znać, czy jesteście w ogóle zainteresowani tego typu moim kontem w tej aplikacji.

Pozdrawiam :)


Czytaj dalej...

Moje włosy są zniszczone!!!!

Hey.

Ile razy patrząc w lustro dochodzimy do wniosku, jaki objawia się w tytule dzisiejszego wpisu? Temat wałkowany od lat na wszystkich blogach. Czasem dokładnie wiemy co niszczy nam włosy, co powoduje, że mimo starań ciągle nie są takie, o jakich marzymy, jakie planujemy mieć. Kilka nieprzemyślanych ruchów i wracamy w najlepszym wypadku do punktu wyjścia, w najgorszym - niszczymy włosy tak ze tylko fryzjer może nas uratować - cięciem. Niekiedy nie mamy pojęcia, co robimy źle.
Wlosomaniactwem nie zajmuję się długo, bo zaledwie trochę ponad półtora roku, ale swoje przeszłam, wiele się nauczyłam, zaliczyłam kilka wtop i porażek, ale i do pewnych rzeczy doszłam.



Dziś chciałabym Wam na własnym przykładzie przedstawić i wyjaśnić, co powodowało, że moje włosy mimo wielu starań ciągle były i nadal w niektórych miejscach są - po prostu zniszczone.

  • WODA - bardzo mało piłam - spożywałam mało płynów. Herbata do śniadania i kolacji, jakiś sok do obiadu (lub nie) i to wszystko. Owszem, zajadałam się owocami, które są soczyste, ale to jednak za mało. Musiałam to zmienić. Jednakże nie myślmy, że picie dużej ilości wody wpłynie na nawilżenie naszych włosów - nie nie. Prawda jest taka, że spożywanie dużej ilości płynów nawodni nam organizm, a co za tym idzie, skóra, również ta na głowie, będzie lepiej nawilżona. Od kiedy pije więcej - półtora litra wody, plus dwie czarne herbaty, jednak skrzypokrzywa i jeszcze do tego sok robiony z owoców/warzyw, moja skóra przestała być przesuszona, a skóra na głowie mniej swędzi, co z kolei powoduje, że mniej się drapie i nie pocieram przy tym włosów przy samych cebulkach - a więc włosy mniej wypadają i nie uszkadzam ich.
  • WODA - tak, woda razy dwa. Pijąc dużo płynów, nie zapomnijmy, że na skórę głowy wpływa też woda, którą myjemy włosy. Pomijam tu kwestie wody filtrowanej/miękkiej/twardej czy jeszcze innej, bo każdy włos lubi co innego. Np. moje włosy po wodzie z filtra są bez życia. Ważna jest temperatura wody. Przed włosomaniactwem robiłam bardzo głupią rzecz - płukałam szampon mega ciepłą, a nawet gorącą wodą. Byłam przekonana, że dzięki temu dobrze wymywam kosmetyk. Woda parzyła, ja myłam. Łuski włosów maksymalnie się rozchylały, a moje włosy były wtedy narażone na niesamowite zniszczenia przy najdrobniejszym ruchu, czy to grzebieniem, czy szczotką, ręcznikiem albo suszarkolokówką. Kruszyly się. Obecnie płuczę włosy w ciepłej wodzie, na koniec polewam je mocno chłodnym, ale nie lodowatym strumieniem. Łuski włosów są zamknięte, a dodatkowo, moja wrażliwa skóra ukojona.
  • DIETA - Lubię fastfoody, lubię słodycze, lody czekoladowe i pizzę. Wiadomo, mnóstwo konserwantów, chemii, żółtego sera i cukru. Wszystko to zawsze odbija się na mojej cerze. Wągry, pryszcze na brodzie, większe wydzielanie sebum. Nie jest tak, że mam z cerą ogromny problem, ale nie wygląda tak idealnie jak u porcelanowej lalki. Od kiedy postanowiłam właśnie dla cery ograniczyć tego typu przekąski, zauważyłam, że moje włosy również zaczęły się mniej przetłuszczać, są w nienagannym stanie nawet na drugi dzień, co nie często się zdarzało. W tym linku KILK macie również podstawowe zasady zdrowego odżywiania się, aby włosy były ładniejsze i zdrowo rosły. Witaminy i mikroelementy są bardzo ważnym składnikiem każdego dnia. Pamiętajcie, że każdy niedobór odbija się w naszym organizmie w tym, co nasze ciało uznaje za najmniej potrzebne. Niestety, według naszego ciała to włosy są potrzebne najmniej, więc ciało przy znikomej ilości potrzebnej mu witaminy, po prostu nie dostarcza jej do cebulek, efektem czego włos traci na wyglądzie, staje się osłabiony i matowy, a nawet wypada.
  • PODUSZKA - Jakiś temu w każdym sklepie z pościelą można było kupić poduszki wykonane z froty. Fajnie chłonęły pot latem, szybko wysychały po wypraniu i były niezniszczalne. Niestety, ostra frota siała spustoszenie na moich włosach. Były szorstkie i podczas obracania się w nocy tarła moje włosy ostrymi nitkami. Dopiero teraz zdaje sobie z tego sprawę, lata wstecz nie miałam o tym pojęcia. Na chwilę obecną nadal mam takie poszewki w domu, ale śpią na nich moje psy. Swego czasu były jeszcze zimowe poszewki z polaru, które to z kolei tak bardzo grzały, że wystarczyło pół godziny, aby moja skóra głowy była spocona. Nie bardzo się tym przejmowałam, jeśli na drugi dzień rano myłam włosy. Teraz wiem, że to był błąd, ponieważ pot przez całą noc dusił cebulki, a skóra nie mogła oddychać. Obecnie od kilku tygodni śpię na poduszce z jedwabiu, o której wspominała kiedyś KH. Koszt takiego jaśka to około 15 złotych, jeśli szyje się go samemu. Niemożliwe? A jednak. Jeśli nie jest się wybrednym co do wzoru poduszki, to 100% jedwab o wykończeniu satynowym w byle jakim kolorze można kupić za 50 zł/mb. Ja kupiłam pól metra i zapłaciłam 25 zł. Do tego dokupiłam dobrej jakości bawełnę za 14 zl/mb. Chciałam po pół metra z dwóch kolorów, co daje w sumie z jedwabiem ok. 40 zł. Z takiej ilości można spokojnie uszyć 3 jaśki. Planuję zrobić wpis o szyciu własnej satynowej poduszki-jaśka, tam wyjaśnię też dlaczego potrzebowałam aż metra bawełny i tylko pół metra jedwabiu. W dzisiejszym wpisie ważne jest jednak to, że rano, po wstaniu z łózka moje włosy są w nienagannym stanie - bez splątań i zmierzwienia, co niestety przy cienkich włosachma miejsce nawet podczas spania na poduszkach z gładkiej bawełny. Dodatkowo niesamowite jest dla mnie to, że pasma przy skórze głowy są o poranku dużo bardziej świeże, niż kiedy spalam na poduszkach z tkaniny innej niż jedwab.
  • STYLIZACJA - nie odkryję Ameryki, kiedy powiem, że prostowanie, suszenie zbyt gorącym nawiewem, lokówki i karbownice niszczą włosy. Nawet na początku wlosomaniactwa zdarzało mi się sięgać po prostownicę i katować nią moje cienkie włosy. Dodatkowo suszarkolokówką suszyłam je na najwyższym biegu, do tego stopnia, że włosy parowały. Wtedy myślałam, że nie robi im to krzywdy - ot, uciekająca para wodna. Dopiero potem przeczytałam, że ta woda rozrywa mi włosy kawałek po kawałku, chcąc się jak najszybciej wydostać z włókien włosa. Do tej pory, kiedy widzę prostująca włosy fryzjerkę, gdzie z włosów się prawie dymi a ona uspokaja - spokojnie, to tylko płyn paruje, to mam ochotę jej powiedzieć, co sadzę o jej "fachowej wiedzy" dotyczącej dbania o "materiał" z którym pracuje na co dzień. Ale niekompetentne fryzjerki to temat na osobny wpis. Od 15 miesięcy nie używam prostownicy ani lokówki, włosy susze zawsze letnim nawiewem. Ich kondycja znacznie uległa poprawie. Przestały się łamać na rożnej długości i są gładkie.
  • FRYZURY - włosy nosze raczej zawsze rozpuszczone, ale kiedy moja skóra nie szaleje - robię sobie kok z klamrą. Pamiętajcie jednak, że zbyt ciasne upięcia, które mocno napinają nam skórę na czole doprowadzą, prędzej czy później, do osłabienia włosa i jego cebulki, co w efekcie skończy się wypadnięciem. 
  • OZDOBY - jeszcze w liceum lubowałam się w ozdobnych gumkach, mocnych klamrach-szpilach i innych dziwnych ustrojstwach. Potem co prawda z nich zrezygnowałam podążając za modą na rozpuszczone i wycieniowane włosy, ale do dziś pamiętam ile włosów wyciągałam z gumek z metalową skuwką, albo jak bardzo łamały mi się od silnych, ostrych zębów metalowych klamer. Dziś wszystkie te ozdoby nadal są u mnie, leżą w szafce i czekają, nie wiem na co. Są piękne, żal mi je wyrzucać. Ale na moich włosach na pewno już się nie znajdą.
  • KOSMETYKI - jedno o sobie mogę Wam powiedzieć, a te, co mnie dłużej czytają wiedzą to od dawna - mam pierdolca na punkcie masek do włosów. Staram się z tym walczyć. W mojej szafce można było znaleźć maski różnych producentów, różnych rodzajów, z różnych przedziałów cenowych. Używałam ich po każdym myciu, często w nadmiarze, nie raz nie umiałam ich nawet porządnie dopłukać, bo tyle tego naładowałam na pasma. Byłam niepoważna. Wiele z tych kosmetyków nie pasowało moim pasmom, ale używałam, bo szkoda było zmarnować, więc waliłam po 1/3 opakowania na moje marne 6 cm w obwodzie kucyka, do ramion. Dziś nadal mam porządną kolekcję masek, ale prawie wszystkie dopasowane są do porowatości moich włosów. Używam ich z głową - nie za dużo, nie codziennie. Odpowiednia maska w odpowiednim momencie. Wszystko przemyślane. Pamiętajcie szczególnie o dopasowaniu produktu do aktualnej potrzeby swoich włosów. Jeśli wasze włosy nie tolerują protein, to im ich nie fundujcie, tylko dlatego, że na topie jest teraz maska z keratyną. Włosy będą w pewnym momencie matowe i zaczną się łamać od nadmiaru budulca.  Jeśli nie macie przesuszonych włosów, nie używajcie zbyt często masek nawilżających, włosy zaczną się plątać i puszyć, będzie można je łatwo uszkodzić podczas czesania. Maski emolientowe również z umiarem - jeśli będzie ich w pielęgnacji za dużo, pasma zaczną smętnie wisieć, strączkować i szybko się przetłuszczać, co z kolei ma zły wpływ na stan skóry naszej głowy.
  • PEELING - dacie wiarę, że przez 29 lat nie peelingowałam skóry głowy? Jakoś tak po prostu nigdy na to nie wpadłam, a produktów do tego typu zabiegów w sklepach po prostu nie było i nie wiedziałam, że skore głowy można a nawet trzeba oczyszczać w ten sposób. Niespecjalnie chyba było mi to potrzebne, bo zawsze używałam mocnych szamponów, ale od kiedy zaczęłam świadomie dbać o włosy, musiałam wdrożyć do mojej pielęgnacji peelingi. Dzięki nim pozbywamy się tego, czego normalny szampon nie potrafi domyć. Odtykamy skórę, która zaczyna lepiej oddychać i mniej się przetłuszcza, co z kolei ma zbawienny wpływ dla naszych włosów - cebulki nie są zapchane i nie pasemka nie wypadają. Jednak kiedy byłam na początku a nawet już w zaawansowanym stadium włosomaniactwa (czego wtedy nie mogłam nazwać jeszcze świadomą pielęgnacją), nadal nie miałam pojęcia o peelingach. Myłam włosy delikatnymi szamponami, maskowałam jak oszalała i w ogóle nie przejmowałam się stanem skóry głowy. Włosy zaczęły się bardzo szybko przetłuszczać i wyglądały brzydko. Zaczęły wypadać. Teraz, nauczona doświadczeniem raz na tydzień używam peelingu mechanicznego, czasem przed nim używam jeszcze peelingu enzymatycznego. Pasma są odbite u nasady, świeże i ładne, a skóra dużo spokojniejsza. Jednakże nie przesadzajmy w drugą stronę. Zbyt częste peelingi naruszą nam naturalną barierę ochronną naszej skóry głowy i podrażnią ją, co w efekcie doprowadzi i tak i tak do nadmiernego przetłuszczania, swędzenia a nawet pieczenia i szczypania oraz utraty niektórych włosów.
  • OLEJOWANIE - olejować trzeba z głową. Nauczyłam się tego dosyć późno. Przede wszystkim na całą noc kładłam na skórę głowy olejek na porost, co w pierwszych kilku miesiącach przyczyniło się do spektakularnego efektu - włosy rosły bardzo szybko... i równie szybko wypadły, bo skóra była prawie co noc! na całą noc! zapchana olejkami. Obecnie nakładam olejek od ucha w dól a resztki z dłoni lekko wcieram w wyższe partie włosów, natomiast na pewno nigdy już nie będę stosowała olejku jako wcierki. Jeśli jednak się zdecyduję - na pewno nie zrobię tego na noc, tylko na max 2 godziny przed myciem. Druga sprawą jest ilość oleju - kiedyś paćkałam na pasma tyle oleju, że wyglądałam, jakbym wyszła spod prysznica. Efekt - niedomyte włosy i strączki, szybko przetłuszczająca się skóra głowy. Dziś moje włosy tuż po naolejowaniu wyglądają jak lekko zwilżone mgiełką. A efekt - lepszy! Pamiętajcie też o odpowiednim doborze olejku. Tutaj KLIK możecie poczytać o olejkach dedykowanych różnym porowatością włosów. Nie należny jednak na to ślepo patrzeć, ale jeśli jesteście początkujące, radziłabym celować w olejki dedykowane, a potem kombinować. Kiedyś poszłam za trendem "olej kokosowy dobry na wszystko", efektem czego ponad tydzień leczyłam moje włosy maskami i delikatnymi szamponami emolientowymi, bo olejek kokosowy zrobił mi po 2 godzinach takie siano z włosów, że nawet sera silikonowe nie dały rady ich wygładzić.
  • SZAMPONY - dawno temu używałam mocnych zdzieraków. H&S i inni mocni czyściciele królowali na mojej półce. Włosy były szorstkie, suche, miałam na głowie siano, które kruszyło się niemiłosiernie. Potem wpadłam w szał włosomaniactwa i wszystko co było z SLS było be i do kosza. Efektem były obciążone pasma i dusząca się skóra głowy. Włosy były przyklapnięte i szybko się przetłuszczały, sebum zatykało mieszki - mogło to spowodować poważne problemy i włosy mogły zacząć wypadać w każdej chwili. Musiałam szybko znaleźć złoty środek, więc robię to co większość - na co dzień myje włosy łagodnymi szamponami, ale gdy tylko czuje, że skora zaczyna się buntować, sięgam po Nizoral, Dermenę i oczywiście peeling. Dzięki temu nie przesuszam i nie niszczę pasm nadmiarem szkodliwych środków myjących, a w razie potrzeby, dokładnie oczyszczam skórę głowy.
  • TURBAN - czy wiecie, że można przetłuścić włosy zaraz po umyciu? Zbyt długo pozostawiony na głowie turban zaczyna działać jak termos - skóra głowy się nagrzewa, a wilgotne włosy tworzą pod ręcznikiem "tropikalny klimat", co sprzyja poceniu się. Ja wiem, ze to brzmi absurdalnie, ale tak właśnie jest, zwłaszcza w letnie dni, kiedy temperatura nawet w mieszkaniu wynosi 25 stopni. Dodatkowy problem stanowi też to, że w takim "klimacie" łuski włosa pozostają rozchylone, co powoduje, że pasma są bardzo podatne na zniszczenia i szybko mogą zacząć się wykruszać oraz łamać. W liceum zostawiałam ręcznik na głowie na ponad 20 minut. Obecnie nie popełniam już tego błędu i włosy zawijam na max 7-8 minut pod przewiewną, bawełnianą koszulkę, której zadaniem jest jedynie wpić nadmiar wody z pasm.
  • SZCZOTKA - tutaj KLIK pisałam o tym, jak TT zniszczył mi włosy. Nie będę się nad tym rozwodzić drugi raz w tym wpisie, bo musiałabym powielić wcześniejszy post. Są szczotki, które szkodzą włosom cienkim, są i takie, które nie nadają się do kręconych. Jednym szczotka pasuje, innym nie. Nie mam na to złotego środka, trzeba próbować. Obecnie jestem w fazie testowania Olivia Garden Finger Brush rozmiar M i jak na razie sprawdza się rewelacyjnie.
  • TRWAŁA - co tu dużo pisać - trwała zawsze zniszczy włosy i nikt nie wmówi mi, że nie. To bardzo inwazyjny, chemiczny zabieg, który sięga wgłąb włosa bardziej niż farba. Zrobiłam to raz. Nie pamiętam ile to wszystko trwało od nałożenia do zmycia, ale pamiętam za to, że płakałam przez długi czas. Jedyna słuszna rada - nie róbcie sobie trwalej!

Przyczyn, które powodują zniszczenia na włosach może być jeszcze wiele. Pisałam dziś o tym, które znam z własnego doświadczenia. Nigdy natomiast nie tarłam włosów frotowym ręcznikiem, co jak wiadomo, niesamowicie uszkadza strukturę włosa. Nie spałam z mokrymi włosami, nie utleniałam ich (jedynie farbowałam cienkie pasemka). Czeszę włosy na mokro, bo tak jest mi wygodniej i lepiej wyglądają po wyschnięciu, a że się nie plączą, nie mam problemow ze zniszczeniami po czesaniu pasm, gdy są mokre.

Pamiętajcie. Bardzo ważne jest dbanie o skórę głowy - jeszcze ważniejsze niż o same łodygi, ponieważ to skóra musi być w dobrej kondycji, aby zdrowe mieszki tworzyły zdrowe cebulki, a te z kolei - piękne włosy. Łodygę w najgorszym wypadku zetniesz i zapuścisz włosy na nowo. Doprowadzić skórę łowy do porządnego stanu jest o wiele gorzej - sama meczę się z tym już kilkanaście miesięcy. W pewnym momencie włosomaniactwa popełniłam gdzieś błąd - na bardzo długi czas "zalepiłam" skórę toną masek, bo skoro były ładne,  a głowa wtedy jeszcze nie swędziała, to ani mi się śniły mocne szampony i peelingi (pisałam o nich wyżej). Pasma zaczęły wypadać garściami, straciłam centymetr w kucyku. Do tego doszedł stres, zmiana klimatu i pewna choroba której wyleczenie zajęło tydzień, ale o badanie i leki musiałam się prosić rok (!). We wrześniu 2016 roku miałam takie włosy:




Wypadały wtedy już ponad rok ( już w ruchu był Nizoral i peelingi, aby odetkać mieszki). Po ślubie, który był w październiku, przestałam siłą woli "trzymać włosy przy sobie" i wypadały jeszcze bardziej, powiedziałabym, że byłam na granicy załamania i obaw, ze łysieję. Dopiero około grudnia wszystko się uspokoiło, ale niestety, straty są ogromne - zarówno w gęstości, jak i na długości, bo musiałam mocno skrócić włosy, aby odciążyć bardzo słabe cebulki.

Dbajcie o włosy, jeśli zależy Wam na ich pięknym blasku i nienagannej kondycji, "wsłuchajcie się" w ich potrzeby, dostosujcie pielęgnację do aktualnego stanu pasm i nie męczcie włosów, jeśli nie jest to potrzebne. Dbajcie również o skórę głowy. Jej stan w ponad 50% odpowiada za stan włosów i pamiętajcie też, że to, co obecnie jest tuż przy skórze, kiedyś będzie końcówką Waszych włosów.



Czytaj dalej...

Enzymatyczny peeling od Sylveco - mój stały gość na półce

Cześć!
Jestem fanką wszelkich mechanicznych peelingów (poza solnymi), których lubię używać i chętnie po nie sięgam. Nie ważne, czy są do twarzy, czy ciała. Nie cierpię co prawda super ostrych zdzieraków, ale drobnoziarniste produkty tego typu królują na mojej półce nie od dziś.
Od jakiegoś czasu byłam wierna peelingowi z korundem, od Sylveco KLIK. Ta sama firma ma jeszcze jeden mechaniczny peeling, wygładzający KILK, ale mniej mnie urzeka, ze względu na swoją lepkość i tłustość.

W zeszłym roku na FaceBooku Sylveco poinformowało, że wypuszcza na rynek peeling enzymatyczny. Po niemiłych przygodach z enzymatycznym od Skin79 KLIK chwilę się zawahałam, zanim zdecydowałam się kupić ten, o którym dziś czytacie. Czy moje obawy były słuszne? Zapraszam do recenzji.

Nazwa produktu:
Enzymatyczny peeling do twarzy



Producent:
Sylveco

Cena:
W zależności od sklepu, od 25 do 30 zł. 

Konsystencja, kolor, zapach:
Konsystencja jest twarda i zbita, ale dobrze rozpuszcza się pocierana w mokrych dłoniach. Kolor lekko żółtawy. Zapach okropny, do niczego nie podobny, nie podoba mi się.

Opakowanie:
Plastikowy słoik o pojemności 75ml, zakręcany na metalowe wieczko.
 
Skład:
Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Elaeis Guineensis Oil, Theobroma Cacao Seed Oil, Butyrospermum Parkii Butter, Glyceryl Stearate, Lauryl Glucoside, Papain, Bromelain, Hydroxystearic Acid, Cymbopogon Schoenanthus Oil, Tocopheryl Acetate, Pelargonium Graveolens Oil, Citrus Limonum Peel Oil, Allantoin, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Geraniol.
 


Obietnice producenta:
Ze strony internetowej producenta:
"Preparat złuszczający, działający w oparciu o proces proteolizy martwych komórek naskórka. Wyjątkowa formuła, bogata w silnie odżywcze i nawilżające oleje oraz masła, pozwala zachować 100% aktywność enzymów bromelainy i papainy. Peeling delikatnie, ale skutecznie rozpuszcza martwe, zrogowaciałe komórki, wygładza i poprawia strukturę skóry, ujednolica koloryt cery. Dzięki tylko powierzchownemu działaniu nie podrażnia, może być stosowany w przypadku nadwrażliwości i rozszerzonych naczynek, u osób które nie tolerują zabiegów mechanicznych i/lub eksfoliacji kwasami.

Sposób użycia:

Nanieść niewielką ilość produktu na wilgotną skórę, omijając okolice oczu i masować minimum 3-5 minut. Co jakiś czas zwilżać dłonie wodą i kontynuować masaż. Dokładnie spłukać ciepłą wodą. Stosować 1-2 razy w tygodniu, w zależności od potrzeb. Uwaga: po nałożeniu może pojawić się lekkie uczucie szczypania, co jest naturalne w przypadku stosowania na skórę enzymów. Przy dużym dyskomforcie należy jednak preparat zmyć szybciej."

Moje wrażenia:
Peeling jest twardy i ciężko "wydłubać" kawałek palcami. Z pomocą przychodzi mi zawsze plastikowa szpatułka. Nabieram nią porcję o pojemności ok. pół łyżeczki do herbaty i w wilgotnych rękach rozmasowuję taką dawkę, aż zamieni się w gęsty krem. Potem wszystko nakładam na lekko wilgotną twarz i masuję, tak jak przykazano - ok. 5 minut, co jakiś czas delikatnie mocząc ręce.
Pod koniec procesu rzeczywiście szczypie mnie lekko skóra, szczególnie w dolnych częściach policzków, tuż przy kościach szczęki. To mnie akurat dziwi, bo przy nosie mam wrażliwszą skórę, a tam szczypania nie odczuwam.
Po skończonym masowaniu dokładnie spłukuję peeling. Kiedyś zostawiałam twarz samą sobie, ale stawała się po 2 godzinach przetłuszczona i lekko lepka. Dlatego obecnie peeling zmywam obficie wodą, a twarz przemywam żelem do mycia twarzy. Na koniec lekki krem nawilżający i jestem wtedy bardzo zadowolona z efektów jakie otrzymałam.



Bezpośrednio po peelingu twarz jest lekko zaczerwieniona, może szczypać jeszcze przez kilka-kilkanaście minut. Potem wszystko się normuje i pojawia się magia. Cera robi się jaśniejsza, zaskórniki również są mniej widoczne, a skóra jest wyraźnie bardziej gładka. Taki efekt utrzymuje się 3-4 dni, potem trzeba ponownie użyć peelingu.
Wydajność kosmetyku jest fantastyczna, ale pod koniec pierwszego opakowania produkt nieco wyschnął i nie działał już tak dobrze, nie mówiąc o tym, że kiepsko się rozprowadzał w dłoniach i na buzi.
Ten konkretny peeling na stałe u mnie zagościł i gdy tylko kończę słoiczek, biegnę po następny. Jedyne co bym zmieniła to ten okropny zapach. Przez niego cały proces peelingowania nie jest tak przyjemny, jaki mógł być, choc rozumiem, że wszystko jest spowodowane konkretnymi składnikami zawartymi w produkcie.

Czytaj dalej...

Efekt natychmiastowej kuracji z Ampułką Kerastase Nutrive oraz boosterem Kerastase Discipline

Cześć.

Wczoraj pisałam Wam, że kupiłam ampułki i boostery Kerastase KLIK. Dziś chciałabym nieco bardziej przyjrzeć się pomarańczowym ampułką nawilżającym i wzmacniaczowi dyscyplinującemu oraz pokazać Wam efekty kuracji.


Ampułka FUSIO-DOSE Kerastase Nutritive koncentrat nawilżający to mała buteleczka zamykana plastikowym wieczkiem. Mieści 12 ml dosyć gęstego płynu o składzie, który znajdziecie na końcu dzisiejszego wpisu. 
Sam płyn, to koncentrat nawilżający, który w trybie natychmiastowym poprawi kondycję włosów. Jest to możliwe, dzięki temu, że koncentrat swoje działanie opiera na wyciągu z olejku jojoba oraz olejku awokado a także na polimerze hydrofine-lonum. Olejek z awokado jest skuteczny i aktywny głównie w miejscu w którym warstwa lipidowa włosa została uszkodzona. To właśnie dzięki lipidom, włosy są elastyczne, idealnie nawilżone oraz odbudowane. Jeśli włosom brakuje lipidów, stają się suche, podatne na złamania a także szorstkie i nieprzyjemne w dotyku. Olej z awokado dostarcza w puste miejsca nienasyconych kwasów tłuszczowych, które zastępują naturalny cement międzykomórkowy i na skutek tego stają się ponownie spoiwem dla łodygi włosa. Warto zauważyć także, że olejek z awokado ma właściwości ochronne i zabezpiecza włosy przed przesuszeniem. Natomiast olejek jojoba wspomaga nawilżenie włosów, reguluje wydzielanie sebum a także działa bakteriostatycznie. To właśnie dzięki temu działaniu pozbędziesz się nadmiernej suchości oraz łuszczenia się skóry. Właściwe nawilżenie włosów jest możliwe również dzięki polimerowi hydrofilne-lonum, który tworzy na włosach swego rodzaju filtr ochronny i ogranicza nadmierne parowanie wody z jego wnętrza. 



Producent obiecuje nam, że po zastosowaniu koncentratu Kerastase Nutritive włosy są idealnie nawilżone, sypkie i bardziej lśniące.


Preparatu możecie używać samodzielnie, bez dodawania do niego boostera. Wiem, że robi tak Alina Rose, która również pisała o pomarańczowych ampułkach. Ja polecam jednak dodanie boostera. Problem pojawia się jednak w tym, że booster jest przeznaczony na 20 aplikacji i sporo kosztuje, jednak są w sieci sklepy, które za dopłatą dolewają wybrany booster do ampułki.


Tym razem do swojej pomarańczowej buteleczki dodałam Boostera Discipline czyli dyscyplinującego. Jest tzw. wzmacniacz, kosmetyk, który stanowi niezbędny element w kuracji, której celem jest odbudowa i nawilżenie suchych, zniszczonych oraz nazbyt puszących się i elektryzujących się włosów. Wzmacniacz w połączeniu z kuracją w odróżnieniu od zwykłych odżywek jest w stanie zregenerować włosy i zapewnić im optymalne nawilżenie i odbudowę. Jego skład podaję na końcu wpisu.

Połączenie ampułki i boostera jest bardzo proste. Otwieramy wieczko ampułki i przykręcamy na gwint booster. Do buteleczki wleje się automatycznie odmierzone 6 ml wzmacniacza, co w sumie daje 18 ml płynu. Następnie odkręcamy booster z powrotem i czekamy, aż wszystko do końca skapie nam do ampułki. Następnie zamykamy ampułkę wieczkiem i energicznie potrząsamy w celu wymieszania  obu substancji. Jeżeli mamy oryginalny spryskiwacz Kerastase (są sklepy, gdzie je sprzedają, ale za 40 zł!!!) to nakręcamy go na ampułkę. Ja nie wiedziałam, że dostanę swój własny (kupowałam 10 ampułek) i zdążyłam się zaopatrzyć w maleńką buteleczkę z atomizerem, do której planowałam przelać kurację. Takie buteleczki z powodzeniem można dostać na Aliexpress, najlepsza będzie moim zdaniem 20 ml, bo kosmetyku jest 18 ml. KLIK. Tutaj KLIK macie jeszcze mega słodkie i eleganckie buteleczki, które na pewno umila czas korzystania z kuracji.



Wczoraj pisałam o dwóch szkołach aplikowania serum KLIK
Najpierw umyłam skórę głowy szarym mydłem. Mam takie prawdziwe mydło, używane do prania, bez dodatku substancji "poślizgowych", więc włosy są po mydle niezwykle tępe. Radze sobie w ten sposób, że na spienionego już na głowie szaraka dodaję szamponu Pharmaceris i całość wmasowuję w skórę. Następnie płuczę włosy i myję jeszcze raz innym szamponem. Tym razem była to Dermena. 
Na wilgotne, dobrze umyte włosy wpsikalam całą ampułkę z dodatkiem boostera i podsuszałam ciepłym nawiewem suszarki około 3 minuty. Tak lekko nagrzane włosy można zawinąć w czepek, ale ja z obawy o naruszenie mojego niespokojnego skalpu postanowiłam zostawić je "wolne". Odczekałam 40 minut (niektórzy czekają 20, inni 120) i porządnie zmyłam serum z głowy ciepłą, ale nie gorącą wodą, bez użycia szamponu. Nie nałożyłam na pasma nic więcej, po prostu owinęłam w bawełnianą koszulkę, odsączyłam i wysuszyłam bez stylizowania.


W salonach fryzjerskich po zaaplikowaniu kuracji na włosy wsadzą Wam głowę na 20 minut do specjalnego urządzenia, które wytwarza ciepłą parę wodną i pozwala lepiej wniknąć serum w głąb włosa.
Moim zdaniem informacja na opakowaniu ampułek (że kuracje można po zaaplikowaniu od razu zmyć) powinna być uważana za błędną. Nawet na filmach na Youtube serum nie jest od razu zmywane, ponieważ włosy są podsuszane suszarką i nagrzewane. Nie wiem dlaczego na kartoniku jest sugestia, że kurację można od razu spłukać - nic nie zdąży zadziałać. Sama zauważyłam, że zaraz po opryskaniu włosów były one w dotyku nijakie - po prostu mokre pasma. Po podsuszeniu nadal nie "czuło" się ich inaczej. Dopiero po kilkunastu minutach wilgotne pasma zmiękły i stały się bardzo aksamitne.

W salonie włosy zostały mi wystylizowane, ja jednak nie chciałam ich męczyć i dodatkowo wyciągać pasm, więc tylko je wysuszyłam, bez stylizowania.

Efekt kolejny raz pozytywnie mnie zaskoczył. Co prawda nie błyszczały tym niesamowitym blaskiem jak poprzednie dwa razy, ale to dlatego, że nie zostały odpowiednio wystylizowane, jak i również dlatego, że u fryzjera miałam nakręcany różowy booster nabłyszczający. Nie powiem jednak, by nie błyszczały w ogóle, bo blask z nich bił całkiem ładny.
Pasma nienagannie lśnią i są niesamowite w dotyku. Zniknęło uczucie szorstkości, które towarzyszyło mi od paru tygodni. Włosy są miękkie, elastyczne i sypkie. Przede wszystkim wyglądają na dużo zdrowsze i są w pełni nawilżone oraz mięsiste. Nie elektryzują się nawet czesane szczotką z włosia dzika.

Serum co prawda nie wyeliminowało problemu wszędzie odstających baby hair oraz potarganych przez Tangle Teezer pasm, ale na pewno go zmniejszyło. Włoski stały się bardziej miękkie i mniej fruwają dookoła głowy. Odstające sztywne, krótkie włosy nieco opadły. Trochę jestem rozczarowana, bo bardzo zależało mi na mocnym wygładzeniu fryzury, ale ogólna poprawa kondycji włosa jest tak bardzo na plus, że wybaczam wszelkie male niedociągnięcia. Poza tym nie stylizowałam włosów, więc nie miałam za bardzo możliwości ujarzmienia ich pianką, lakierem i lokówkosuszarką.



W ofercie Kerastase znajdziemy również booster Nutrive, który jest wzmacniaczem - odpowiednikiem pomarańczowych ampułek.

Po zabiegach w salonie efekt utrzymywał się na mojej głowie do ponad miesiąca czasu. Używam wielu emolientowych masek i olejuję pasma, co pozwala mi dłużej cieszyć się pięknym wyglądem pasm po zabiegu. Jeśli jednak włosy myjecie mocnymi szamponami, prostujecie i często stylizujecie z utrwaleniem mocnym lakierem - nie sądzę, by efekt był na włosach długo widoczny.

Efekt zastosowania Ampułki Kerastase Nutrive oraz boostera Discipline na moich włosach:

:D





Skład ampułki Kerastase Nutrive:

Water - woda,

Alcohol denat - alkohol, który jest rozpuszczalnikiem i konserwantem. Nie sądzę, by jednak nadmiernie wysuszał włosy, mimo, że jest na drugim miejscu, ponieważ tej kuracji nie robi się codziennie,

Jojoba Seed oil - olejek jojoba,

Avocado Oil - olej awokado,

Glycerin - gliceryna,

Cyclopentasiloxane- suchy emolient, który zmniejsza lepkość produktu, zapewnia łatwiejszą aplikację i rozprowadzanie preparatu na skórze i włosach. Dodatkowo zapobiega elektryzowaniu się włosów,

Peg-8 Isostearate - substancja nawilżająca, kolejny emolient, tym razem tworzący warstwę okluzyjną, zapobiegająca odparowywaniu wody z włosa,

Behentrimonium Chloride - substancja nawilżająca, kolejny emolient, tym razem tworzący warstwę okluzyjną, zapobiegająca odparowywaniu wody z włosa,

Amodimethicone - silikon poprawiający ogólna kondycję wlosa, pogrubia go i wygładza, ułatwia rozczesywanie,

C11-15 Pareth-7 - substancja myjąca, 

C11-15 Pareth-9 - substancja emuglująca,

Trideceth-12 - substancja oczyszczająca,

Butylphenyl Methylpropional - substancja zapachowa

Cinnamyl Alcohol - substancja zapachowa, imituje zapach hiacyntów,

Citronello L - substancja zapachowam imituje zapach róży i gerarium,

Fragrance - zapach.


Skład boostera Kerastase Discipline (przepisany z opakowania, nigdzie w sieci go nie znajdziecie):

Aqua - woda,

Cetrimonium Chloride - konserwant, który również pomaga się połączyć składnikom, jak również dodatkowo pomaga w zmyciu preparatu samą wodą,

Phenoxyethanol - związek z grupy alkoholi, konserwant,

Chlorhexidine Digluconate - bakteriobójcza i bakteriostatyczna substancja pochodzenia chemicznego,

Arginine - działa na wiele sposobów KLIK,

Serine - naturalnie występujący proteinogenny aminokwas wiążący wodę, uzupełnia we włosach poziom cysteiny, co powoduje, ze pasma są gładsze,

Glutamic acid - aminokwas pochodzący z białek roślinnych i zwierzęcych, Białkiem roślinnym bogatym w kwas glutaminowy jest np. białko pszenicy,

Hydroxypropyltrimonium - poprawia kondycję włosów, powoduje łatwiejsze ich rozczesywanie i eliminuje elektryzowanie się pasm,

Hydrolyzed wheat protein - hydrolizowane proteiny pszenicy,

Amodimethicone - silikon o właściwościach antystatycznych i ochronnych,

Trideceth-5 - emuglator,

Glycerin - gliceryna,

CI 19140 - Tartrazyna (żółcień spożywcza) - barwnik, tzw. Yellow 5,

CI 17200 - barwnik pochodzenia chemicznego, w kolorze fukcji, zwany równiez RED 33,

Trideceth-10 - Surfaktant - środek emulgujący,

Acetic Acid - kwas octowy, nabłyszcza,

Jak widzicie ampułka jest kosmetykiem emolientowym, ma wysoko w składzie dwa oleje, natomiast booster jest produktem typowo proteinowym, więc radziłabym ostrożnie używać go osobom, które mają niskoporotwate włosy.
Czytaj dalej...

Kuracja Kerastase w domu - ampułki i booster - kilka podstawowych informacji

Heyka.


Jakiś czas temu pisałam Wam, że Tangle Teezer zniszczył mi włosy. Bardzo trudno jest mi okiełznać te wszystkie poskręcane i pourywane włoski, jakie mi zafundował. Dodatkowo, i tutaj już z pełną radością muszę stwierdzić, że przy samym przedziałku takich krócełków jest dużo więcej i mają jedną długość. To są z kolei wszystkie włoski, które zaczęły mi odrastać od grudnia, kiedy ustało wypadanie.

Stan moich włosów zaczął mi poważnie przeszkadzać. Czego bym na nie nie nałożyła, wyglądały kiepsko - spuszone, pełno odstających pasemek, niby błyszczące, ale blask zanikał gdzieś w gąszczu powykręcanych włosisk o różnej długości. Olejowanie nie pomagało, grube warstwy masek nie dociążały ich dostatecznie. Jedynym pomysłem, jaki przychodził mi do głowy, to rytuał Kerastase, który miałam już dwa razy i moje włosy wyglądały po nim zjawiskowo KLIK KLIK. Problemem jest jednak cena - od 70 do 150 zł, w zależności od salonu. Generalnie nie uważam, że na fryzjerach czy odbudowie włosów należy oszczędzać. Za dobrze wykonaną usługę słono się płaci (czy to dotyczy również paznokci, brwi czy cery) i do tego się po prostu trzeba przyzwyczaić. Ale pomyślałam, że skoro od dłuższego czasu ampułki i boostery są dostępne w sklepach z akcesoriami kosmetycznymi, to by warto wziąć sprawy w swoje ręce za 1/3 tego, co zostawię w salonie.
Wahałam się. Już jakiś rok temu chciałam nabyć te ampułki, ale ostatecznie skończyło się na niczym. W końcu desperackie szukanie czegokolwiek, co nada moim włosom ładnego i zdrowego wyglądu pchnęło mnie do zakupu. Dokonałam go tutaj KLIK. Sklep ma przystępne ceny, bardzo szybko wysyła towar. Kupowałam już u nich dwa razy nożyczki z Jaguara i jestem niesamowicie zadowolona z obsługi.


Mój wybór padł na:
- pomarańczowe ampułki FUSIO DOSE Nutrive KLIK (nawilżenie),
- różowe ampułki FUSIO DOSE Reflection Pixelist KLIK (ochrona koloru i blask),
- booster wzmacniacz Discipline KLIK (zdyscyplinowanie),
- booster wzmacniacz Nutrive KLIK (nawilżenie).


Z tego co pamiętam, bazą dla moich włosów zawsze była pomarańczowa ampułka, a booster na pewno raz był różowy (teraz nie mam takiego, bo wzięłam te dwa inne). Za drugim razem boosterem był chyba zielony (którego również nie kupiłam, bo nie potrzebuję, a czytałam, ze można go "przedawkować").

Ampułka zawiera 12 ml gęstego płynu. Do wyboru mamy te, które kupiłam ja i jeszcze zieloną Vita Ciment (regeneracja) oraz złotą ampułka Densifique (zagęszczenie). Być może w przyszłości kupię ze dwie z tych ampułek, muszę jednak dokładnie zaznajomić się z ich działaniem.
Cement z Kerastase miałam kiedyś raz, i nie widziałam jakichś spektakularnych rezultatów. Być może dlatego, że został mi zaaplikowany i dosyć szybko zmyty. Trudno było to nazwać rytuałem. Pominięto tu również łaźnię parową dla włosów.

Boosterów jest pięć. Dwa widoczne powyżej oraz:
- booster wzmacniacz Resistance (odbudowa),
- booster wzmacniacz Densifique (zagęszczający),
- booster wzmacniacz Reflection (ochrona koloru i blask).
Nie miałam z nimi nigdy do czynienia sam na sam z tymi boosterami i być może kiedyś się na nie skuszę, jak będę miała dłuższe włosy, które odzyskają również dawną gęstość i pojawią się przy tym jakieś problemy (stracą na objętości, będą się łamać). 
Jedyny booster który nie jest połączony z ampułkami, jeśli chodzi o formę działania, to Discipline. Wszystkie pozostałe mają swoje odzwierciedlenie w ampułkach i na odwrót.
Każdy booster zawiera 120 ml płynu i przewidziany jest na 20 aplikacji. Jednorazowo do ampułki wlewa się automatycznie po przykręceniu boostera na buteleczkę 6 ml płynu, więc daje nam to w sumie 18 ml do wpsikania we włosy. Na moje dosyć cienkie i nie za gęste pasma wystarczyło mi ok 10 ml, więc płyn jest wydajny. Oczywiście wypsikałam wszystko, ale następnym razem chyba podzielę się z mamą, która ma krótsze włosy niż ja.

Poniżej zdjęcie boostera, ampułki połączonej z boosterem i ampułki oryginalnie zamkniętej.


Jeśli już mowa o zamykaniu słoiczka, Kerastase powinno być ono bardziej zabezpieczone. Ampułki są drogie (od 20 do 30 zł w zależności od sklepu), cała firma jest droga i bardzo ekskluzywna, a buteleczki można do woli otwierać i zamykać. Nie ma tu żadnej plomby. Jeśli ktoś będzie nieuczciwy, może odciągać trochę serum i dolać czegoś innego, aby wyrównać poziom do "kreski" przy "K". To nie ma na celu nikogo oskarżać, ani sugerować takiego zachowania. Ja po prostu lubię, jak coś jest fabrycznie zamknięte.

Szkoły aplikowania serum Kerastase na głowę są dwie. 
Jedna sugeruje nam (co potwierdza opis na opakowaniu), aby serum wpsikać w wilgotne, osuszone ręcznikiem, umyte i czyste włosy a wmasować w pasma i od razu zmyć. Nie polecam i z tego co czytałam, dziewczyny, które tak robią nie widzą żadnych efektów kuracji. Są złe, bo wydały dużo kasy na produkt, który nie zadziałał.

Ja wyznaję drugą szkołę, czyli trzymanie serum na głowie jakiś czas. Na wilgotne, dobrze umyte włosy wpsikalam całą ampułkę z dodatkiem boostera i podsuszyłam ciepłym nawiewem suszarki. Tak lekko nagrzane włosy można zawinąć w czepek, ale ja z obawy o naruszenie mojego niespokojnego skalpu postanowiłam zostawić je "wolne". Odczekałam 40 minut (niektórzy czekają 20, inni 120) i porządnie zmyłam serum z głowy. Nie nałożyłam na pasma nic więcej, po prostu owinęłam w bawełnianą koszulkę, odsączyłam i wysuszyłam bez stylizowania.
W salonach fryzjerskich po zaaplikowaniu kuracji na włosy wsadzą Wam głowę na 20 minut do specjalnego urządzenia, które wytwarza ciepłą parę wodną i pozwala lepiej wniknąć serum w głąb włosa.
Moim zdaniem informacja na opakowaniu ampułek powinna być uważana za błędną. Nawet na filmach na Youtube serum nie jest od razu zmywane, ponieważ włosy są podsuszane suszarką i nagrzewane. Nie wiem dlaczego na kartoniku jest sugestia, że kurację można od razu spłukać - nic nie zdąży zadziałać. Sama zauważyłam, że zaraz po opryskaniu włosów były one w dotyku nijakie - po prostu mokre pasma. Po podsuszeniu nadal nie "czuło" się ich inaczej. Dopiero po kilkunastu minutach wilgotne pasma zmiękły i stały się bardzo aksamitne.


Kupując 10 ampułek Kerastase (zestaw) w opakowaniu otrzymacie nakręcany na buteleczkę spryskiwacz. Ja kupiłam 5 pomarańczowych i 5 różowych (tak wiem, na foto są po 4) i również dostałam psikacz, a całość była wsadzona w opakowanie po ampułkach różowych. Nie wiem, czy gdy kupujecie mniej ampułek, również Wam się psikacz należy. Zauważyłam jednak, że czasem, kiedy ampułki sprzedawane są na sztuki, to spryskiwacz jest wyjmowany z opakowania i dodawany w sklepie jako osobny przedmiot do kupienia.


Po zabiegach w salonie efekt utrzymuje się do miesiąca czasu - w zależności od tego, czy włosy maskujemy i olejujemy, czy też prostujemy, suszymy i myjemy mocnymi zdzieraczami.

Jutro przedstawię Wam efekty użycia pomarańczowej ampułki wraz z dyscyplinującym boosterem oraz napisze nieco więcej o samej aplikacji i zawartości serum.
Czytaj dalej...

Najnowsze zakupy - Olivia Garden, golden rose, Agafii, OrganiShop, Too Faced. L'oreal i Estonica

Heyka!

Nie ma już co prawda u mnie denek, bo zużywam dużo kosmetyków, a ostatnio jednego dnia poszły 4 pudelka do kosza i nie mam miejsca, żeby przetrzymywać te czasem wcale nie małe opakowania. 
Nie ma u mnie tez zawartości boxów kosmetycznych - bo mam za dużo tego wszystkiego i wiele z nietrafionych produktów nadal u mnie zalega.
Będzie jednak post, tak jak zazwyczaj - z moich ostatnich zakupów.

Staram się już nie szaleć. Ale czasem nie wychodzi, bo jestem po prostu kobietą i tak już mam. Zazdroszczę dziewczynom, które umieją żyć w minimalizmie - ja nie potrafię. Kilka razy próbowałam, ale nic z tego nie wyszło ;)


Na pierwszy ogień całkiem niedawno poszedł sklep hairstore.pl Gdybym miała drugi raz tam kupować, nie do końca wiem, czy bym to zrobiła, musiał by mnie do tego zmusić brak towaru w innych sklepach. Dlaczego? Bo hairstore to bardzo drogi sklep i niestety, porównałam sobie ceny z innymi stronami dopiero po fakcie. 
Na szczęście wygórowane ceny dosyć często rekompensują nam bardzo fajne promocje, jakie oferuje sklep. TUTAJ KILK macie promocję na przepięknie pachnące kosmetyki Victoria's Secret.
Jeśli chodzi o moje zakupy w tym sklepie, były dosyć skromne. Kupiłam maskę do włosów Loreal Absolut Repair Lipidium, maska regenerująca włosy uwrażliwione, 200ml. Po fantastycznych efektach jakie dawała mi inna maska z Loreal'a KILK chciałam spróbować innej, tym razem z serii Expert. Jestem dopiero po pierwszym użyciu, ale już wiem, ze to kolejna wspaniała maska w mojej szafce. Drugim zakupem w hairstore była Olivia Garden Finger Brush, szczotka do rozczesywania i masażu, włosie dzika, średnia. Po tym co Tangle Teezer zrobił mi z włosami KLIK poczytałam trochę, popytałam i wybór padł na tą szczotkę. Wersja mała przydała bym mi się do torebki, ale szczotki są drogie i chyba na chwilę wstrzymam się z mniejszą wersją. Duża jest za duża na moje cienkie i rzadkie włosy. Średnia wydawała się akurat i taka jest. Do tego rzeczywiście - jest niesamowita i pięknie rozczesuje pasma. Wygięta główka czesadła to rewelacyjny pomysł.


Wczoraj korzystając z okazji wypadu do kina, specjalnie wybraliśmy z mężem cinema City w Agora Bytom, żebym mogła udać się do stoiska Golden Rose i kupić ich najnowsze lakiery holograficzne. Jakiś czas temu wspominałam, że kiedyś mieli już coś podobnego, ale były one kompletnym niewypałem. Tym razem kolory są niesamowite! Wybrałam sobie dwa róże - blady 03 i nieco bardziej nasycony 04, oraz fiolet 05. W sztucznym świetle, jak to holo, wyglądają kiepsko. Ich piękno ukazuje się w sztucznym świetle nie jarzeniowym, lub w słońcu, więc są idealne na lato. Ja jeszcze nie robiłam zdjęć na bloga, więc odsyłam Was tutaj KLIK, abyście lepiej poznali możliwości nowych lakierów Golden Rose.
Koszt jednego lakieru to prawie 20 zł, co daje spora sumkę, jeśli chcemy mieć wszystkie kolory w kolekcji.
I teraz dramat dnia - złamałam paznokieć prawie do samego łożyska, więc na 2-3 tygodnie mam z głowy malowanie paznokci - jestem tym faktem wielce niepocieszona :(



W Agora Bytom znajdziecie również sklep Endorphine. Mają tam kosmetyki ze Skin79, Tutti Frutti, kolorówkę, kosmetyki rosyjskie, trochę kosmetyków męskich, Ziaja, Maron, Herbal Care, Balea itd.
W Endorfince kupiłam mydło do rąk i ciała (u mnie posłuży tylko do rąk) jagodowe od Agafii. Nigdy nie miałam jeszcze tego typu kosmetyku od Babuszki, a że kosztowało 5,50 zł, skusiłam się, zwłaszcza, że mydło które mam obecnie bardzo wysusza skórę. 
Do kompletu kupiłam pomarańczową maskę z Natura Estonica - w wielkiej tubie, za 14 zł. Mam trzy maski z tej serii- zieloną, seledynową i jasnoczerwoną i powiem Wam, że są rewelacyjne. Tak na prawdę mam jeszcze dość spory zapas, ale.. no jak mogłam się nie skusić, kiedy te wspaniałe, kolorowe, piękne tuby tak patrzały na mnie z tej sklepowej półki? ;)

W Tesco coraz częściej widzę kosmetyki z Rosji i Estonii. Pojawiły się też w aptekach DOZ. Podczas robienia zakupów na obiad (w Tesco, nie w aptece;) ) kupiłam delikatny peeling do twarzy z Organic Shop. Kiedyś miałam ten KILK i narzekałam, że nie peelinguje. Bo nie peelinguje - ale kiedy dodawałam do niego korund, stawał się fajnym kosmetykiem. Do tego niesamowicie pielęgnował i odżywiał twarz. Te peelingi nie są drogie, kosztują około 6-8 zł, dlatego tym razem skusiłam się na inną wersję zapachową. 


Ostatnim nabytkiem, choć to właściwie prezent od męża, jest paletka Natural Love od Too Faced. To niezwykła kompozycja ciepłych odcieni złota, brązu, różów i fantastyczne połączenie ich w kolekcję. Więcej o niej pisałam tutaj KILK i od kiedy ją mam, porzuciłam inne paletki (nawet brzoskiwniową z Too Faced), aby tworzyć niezwykle makijaże tylko przy użyciu tego jednego zestawu.
Cena regularna to 245 zł, ale Sephora znów wypuściła kod rabatowy, tym razem na -15%.

I to tyle - niby skromnie, ale jednak coś. Najmniej potrzebna była mi chyba pomarańczowa tuba, ale nie potrafiłam się jej oprzeć. Tez tak czasem macie?
Czytaj dalej...

Too Faced Natural Love - paletka 30 przepięknych cieni do powiek

Witam Was serdecznie w ten weekend.

Pogoda jak zwykle (przynajmniej u mnie) nie zachwyca. Jest szaro, zimno i deszczowo. Na szczęście kolorów dodaje mi paletka Too Faced - Natural Love, która dostałam w prezencie od męża.


Paleta kosztowała 245 zł i została nabyta w Sephorze. Online można ją kupić tutaj KLIK.
Kolekcja cieni znajdowała się w pudełku z miękkiego kartonu, a w środku, oprócz paletki znalazłam także mini książeczkę z kilkoma pomysłami na makijaże z użyciem kolorów zawartych w palecie oraz z paroma innymi informacjami.


Paleta zawiera 30 kwadratowych cieni do powiek, każdy o boku 2 cm i wadze 0,8 grama. Odcienie są w większości ciepłe i naturalne. Nie znajdziemy tu ostrych zieleni czy wibrujących pomarańczy. Według producenta, w paletce mieści się 7 kolorów matowych, 13 kolorów migoczących i 10 połyskujących. Aby odróżnić od siebie te migoczące i połyskujące cienie, z pomocą przyszło opakowanie paletki, na którym 9 kolorów oznaczonych jest gwiazdeczkami - były by to chyba te połyskujące cienie, no ale jest ich tylko 9, a nie 10. Chyba o jednym zapomniano, albo na stronie internetowej jest błąd.



Całość zamknięta jest w solidnie wykonanym, aczkolwiek kartonowym opakowaniu z lusterkiem. Nie lubię papierowych opakowań, mam wrażenie, że są mało trwałe i tanie. Too Faced zadbało co prawda o każdy szczegół - lusterko okala złota ramka, całe opakowanie ozdobione jest tłoczonymi kwiatami, napisy są welurowe - ale jednak ciągle nie umiem przekonać się do tego typu pudełek. Nie przeszkadza mi to w Zoevie, ale paletki, które mam ja są o połowę mniejsze i może przez to wydają mi się bardziej trwałe i mocniejsze.


Przyjrzyjmy się każdemu kolorowi z osobna:

Heaven - bardzo jasny, kremowy kolorek w lekko żółtym odcieniu. Jest matowy i dosyć suchy, ale z pigmentacją u niego całkiem dobrze.

Fairy Tale - Oznaczony na pudełku gwiazdką. Złota perła. Kolor sam w sobie piękny, jednak jeśli chodzi o jego pigmentację, pozostawia wiele do życzenia, rozprowadza się gorzej w porównaniu do innych kolorów z paletki.

Nudie - jasne, matowe kakao. Jest delikatnie transparentny, ale dobrze pokrywa powiekę. Idealnie nadaje się na przejścia, między górną powieką a dolną, gdy nie planujemy mocniejszego makijażu.

Tickle me - Oznaczony na pudełku gwiazdką. Pięknie błyszczy. Znajdziemy tu troszkę brązu, ciut ciemnego beżu. Napigmentowany jest lepiej niż  Fairy Tale, ale to nie to, czego oczekuje od tak drogiej paletki.

Don'e Settle - Oznaczony na pudełku gwiazdką. Niektóre z tych kolorów mają na prawdę dziwne nazwy ;) Kolor jest przepiękny i głęboki, ale nie umiem go jednoznacznie określić. Nie jest ani brązem, ani ciepłym odcieniem szarości. Brudne złoto też na pewno to nie jest. Jedyne czego jestem pewna, że ten konkretny cień zasługuje na obecność w tej palecie - jego pigmentacja jest na prawdę dobra.

Fingers Crossed - Oznaczony na pudełku gwiazdką. Cudownie połyskujący ciemny brąz. Jest perfekcyjnie napigmentowany do zadań, do jakich zamierzam go wykorzystać - przyciemniania kącików oka - nie jest za mocny i nie zrobi mi plamy, ani za słaby - będzie go dobrze widać. Ładnie się blenduje.

Lace Teddy - matowy, jasny łosoś. Niezwykle przyjemny dla oka (i powieki), z pigmentacją dużo lepszą niż jego dwaj matowi poprzednicy.  Jest tak samo suchy jak Heaven i  Nudie ale jednak jest w nim coś co sprawia, że wychodzi lepiej na tle tamtych kolorków.

Satin Sheets - Kolor dla mnie perfekcyjny. Jest to również jasny, aczkolwiek głęboki łosoś, ale w przeciwieństwie do matowego Lace Teddy jest perłowo-holograficzny i nieziemsko opalizuje na różowe złoto. Pigmentacja bardzo dobra - jeden z tych kolorów, które na pewno wykończę najszybciej.

Push-Up - Śliczny, bardzo połyskliwy brąz. Jest dużo lepiej napigmentowany niż Tickle me, ma przyjemniejszą konsystencje, jest bardziej mokry i satynowy.

Honey Pot - dobrze napigmentowane, ciemne złoto. Wydaje mi się, że mógłby być dobrym kolorem bazowym dla wielu zestawień kolorystycznych w makijażach wykonywanych jedynie tą paletą.

Chocolate Martini - Oznaczony na pudełku gwiazdką. Ciemny brąz ze złotymi drobinkami. Nie jest to typowo brokatowy cień, jednak na powiece wygląda troszkę jak mat z delikatnym i nienachalnym brokatem. Pigmentacja dobra.

Undercover - Oznaczony na pudełku gwiazdką. Jest w zachowaniu bardzo podobny do Chocolate Martini. To wiśniowy brąz, który na powiece wydaje się matem z mnóstwem fioletowych, migoczących drobinek. Podoba mi się w tym cieniu to, że kolor nie zakrywa brokatu. Sephora ma kilka cieni, które w zamyśle również powinny być matem z mikrobrokatem, a malując się wychodzi mat bez połysku.

Pink Cheeks - bardzo efektowna, dobrze napigmentowana i nienachalna perła. Chłodna w dotyku, satynowa. Bardzo lubię jasne makijaże, wyglądam w nich dobrze - taki cień na pewno mi się przyda.

Kittens - Koteczki! Chłodny róż wpadający w jasny fiolet, o bardzo podobnym zachowaniu do Satin Sheets. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że dodano tu tego samego holograficznego złotego pyłku. Efekt końcowy jest taki sam - kolor opalizuje na piękne, różowe złoto.

Bunny Nose - satynowy, głęboki róż o dobrej pigmentacji i przyjemnej konsystencji. Bardzo ładnie błyszczy na powiece. 


Moonbeam - beżowy cień, który ładnie opalizuje na jasne złoto. Jest satynowy, dobrze napigmentowany, ale dla mnie troszkę nijaki. Nie lubię kolorów zbliżonych do naturalnych odcieni skóry. Ten odcień gubi się trochę na powiece.

Love Bug - kolor którego nie potrafię jednoznacznie określić. To bardzo perłowy brąz, opalizuje lekko na śliwkowo. Dobrze napigmentowany, satynowy cień. Odcień sam w sobie mi się podoba, ale nie wiem, czy dobrze się w nim czuje.

Smokin' - Oznaczony na pudełku gwiazdką. Napigmentowany kiepsko. Kolor jest piękny, ciepłoszary, migoczący. Niestety marnie się rozprowadza, jest suchy i źle się z nim pracuje.

Poodle - fantastyczna satyna. To bardzo blady róż, który ślicznie, ale bardzo delikatnie opalizuje na fiolet. W konsystencji jest najbardziej suchym satynowym cieniem w kolekcji, ale jego pigmentacja jest bardzo dobra.

Cutie Patottie - kolejny łosoś, najciemniejszy. Ma fajną pigmentację, ale nie opalizuje tak jak Satin Sheets - jest zwykłą, ładną satyną.

Dear Diary - brązowe, satynowe złoto. Czy złoto może być brązowe? Może - taki własnie jest ten cień. Ma dobrą pigmentację, ładnie błyszczy. Wolałabym, żeby opalizował, bo wydaje się lekko nijaki, ale nie jest to jakąś większą wadą.

Coffee Date - cieniowi, jako samemu cieniowi nie mam nic do zarzucenia, jest ładnie napigmentowany, satynowy. Ale jakiś taki ciemny wychodzi na powiece, nie wygląda dobrze.

Spoiled - Oznaczony na pudełku gwiazdką. Chłodny, ciemny brąz z pawie najdrobniejszym brokatem. Powiedziałabym właściwie, ze jest satynowy, gdyby nie to, że te błyszczące mikrodrobinki są jednak widoczne. Pigmentacja całkiem dobra.

Night fighter - Oznaczony na pudełku gwiazdką. Kolejny suchy, niezbyt dobrze napigmentowany według mnie mat z całkiem sporymi złotymi drobinami brokatu. Lekko znika przy rozcieraniu w kącikach, a jest na tyle ciemny, że nadawałby się w te okolice, więc wprawna ręka zrobi z niego całkiem fajny użytek.

Spotlight - matowy cień beżowo-żółty. O ile Heaven można spokojnie użyć w kącikach przy nosie, tak ten żółty beż powinien w ogóle zniknąć z paletki. Jest źle napigmentowany, a przez to, że ma taki a nie inny odcień - po prostu go nie widać na powiece. 

Honey Butter - Kolejny mało napigmentowany mat. Na szczęście od poprzednika odróżnia go to, że jest łososiowo-pomarańczowy i widać go na powiece, jeśli dobrze przyłożymy się do makijażu. Na pewno nie pracuje się z nim lekko i przyjemnie, ale coś mi podpowiada, że powinien znaleźć się w tej kolekcji, mimo słabego krycia. Bardzo dobry na subtelne wykończenia.

Honeymoon - piękna satyna. Łosoś z domieszką pomarańczy i różu. Jest ładnie napigmentowany (choć nieco gorzej od innych satynowych kolorów z paletki) i slicznie opalizuje na różowe złoto.

Hot & Bothered - Oznaczony na pudełku gwiazdką. Dla mnie to satyna. Jest cieniem wilgotnym i pozbawionym drobinek. Piękny, rudy odcień o dobrej pigmentacji. Trochę przypomina mi Cooper is King z palety Rose Golden Vol.2 od Zoevy, ale ten od TooFaced jest ciemniejszy i bardziej wyrazisty.

Makeup & Chili - matowy ciemny brąz wpadający w czerwień. Kolor niejednoznaczny. Mógłby być lepiej napigmentowany, ale daje sobie radę i znajdzie wiele miłośniczek.

Stiletto - mogłabym się przyczepić pigmentacji tego cienia, ale nie tym razem. Nie jest to króczoczarny, intensywny kolor, który takim się wydaje w paletce. Przez to, że jest ciut za suchy i jego pigmentacja nie jest porażająca, fajnie przyciemnia kąciki i tworzy piękne smokey z zachowaniem umiaru.


Przeszliśmy przez wszystkie 30 kolorów w paletce, którą testowałam kilka dni. Jest to na prawdę dobra kolekcja, ale jak doczytaliście, nie obeszło się bez wad. Kartonowe opakowanie denerwuje, zwłaszcza, że łatwo je pobrudzić, a trudniej doczyścić. Bardzo uważałam na pudełko, ale przy robieniu swatchy wpakowałam w nią palce i ubrudziłam brzegi Love Bug oraz Hot & Bothered i niestety, nie da się ich wyczyścić nawet nawilżonym w płynie micelarnym wacikiem. Myć jej nie będę, bo to jednak tylko papier.
Kilka cieni ma gorszą pigmentację od reszty, ale tylko jeden wyrzuciłabym z kolekcji. I to tyle, jeśli chodzi o wady paletki.


Zalet kolekcja ma dużo więcej. Przepiękne, opalizujące kolory, dobrze napigmentowane satyny i ślicznie ozdobione pudełko z dużym lusterkiem skutecznie pozwalają rozkoszować się robieniem makijażu tą paletą.



Myślę, że paleta przypadnie do gustu bardziej dziewczynom o blond włosach i brązowych oczach. Odcienie są w większości na prawdę bardzo ciepłe i naturalne. Barwy są tak dobrane, że kolekcja spokojnie wystarczy, jeśli wybieramy się na wakacje i nie chcemy brać kilku kasetek z różnymi kolorami. Mamy tu ładne kolorki bazowe, kilka ciemnych na kąciki zewnętrzne i jasnych na kąciki wewnętrzne. Z pomocą Night Feaver i Stiletto można wyczarować subtelne i delikatne smokey.

Cienie na powiekach trzymają się dobrze i nie rolują się. Pod nie używam perłowej bazy Zoeva - makijaż bez większych problemów wytrzymuje cały dzień w pracy.

Poniżej jeszcze sześć losowych swatchy.



Jestem zadowolona z tej paletki i na pewno będę się z nią malować z wielką przyjemnością.

Szczegółowe informacje o składach cieni znajdziecie na stronie Too Faced KLIK.
Czytaj dalej...

Barter za 35 zł. Czy tak to powinno wyglądać?

Hey.

Jakiś czas temu napisała do mnie firma, która zaproponowała mi współpracę barterową. Nie będę podawać nazwy firmy, prosiłabym również o nie "strzelanie" w komentarzach, kto mógłby to być. Chciałabym Wam dziś powiedzieć, co nie podoba mi się - po raz kolejny - w tego typu "reklamie".


ROZEZNANIE TERENU:
Maila otrzymałam tydzień temu. Już na wstępie bardzo zdenerwował mnie fakt okłamywania mnie. Wiadomość zawierała zdanie, które działa na mnie jak płachta na byka:

"Mam Twój adres z naszej bazy kontaktów w związku z wcześniejszą współpracą lub z polecenia".

Na prawdę, firma nie wie, z kim wcześniej współpracowała? Proponują mi współpracę wieloetapową, przy nowych liniach, całych seriach. No to chyba powinni wiedzieć, czy mieli ze mną wcześniej kontakt? Zwłaszcza, że jak zaznaczyli, poszukują 50 testerek. Moim zdaniem powinni zająć się budowaniem współpracy z osobami, z którymi mieli już do czynienia, a nie na chybił trafił rozsyłać dziesiątki maili. Wiem, że mieli już podobne akcje i na mój babski rozum, powinni mieć bazę osób, z którymi odbywał się barter. Z polecenia też na pewno nie jestem bo.. no właśnie i tu dochodzimy do właściwie najważniejszej kwestii - bo ci, co mnie znają wiedzą, że nie używam lakierów hybrydowych, a własnie taki produkt miałabym testować. Mało tego, osoba zajmująca się PRem firmy nawet nie pokusiła się o przejrzenie mojego bloga, odszukanie wątków poświęconych lakierom (i czy w ogóle takowe istnieją) i przeczytaniu czegokolwiek - a pisałam całkiem niedawno. Tam też znajduje się informacja, że hybrydy są mi obce.

KONTAKT Z POTENCJALNĄ STRONĄ BARTERU:
Może się starzeję, może wymagam zbyt wiele kultury, ale już na początku firma waliła do mnie przez "ty". Nie zdarzyło mi się to jeszcze nigdy. Mam 31 lat, nie czuję się staro i na pewno nie na swój wiek ale uważam, że barter, to jednak współpraca, gdzie wskazane było by zachowanie podstawowych zasad dobrego wychowania. Odpisałam firmie w dosyć formalnym tonie, używając zwrotu "Państwo". Niestety, otrzymałam jeszcze bardziej prostą, koleżeńską odpowiedź. Dzięki Bogu, chociaż "Ci" pisali z wielkiej litery.

OPINIA I REKLAMA W INTERNECIE:
Starałam się odszukać jakiekolwiek informacje o firmie. Większość opinii pochodziła ze współpracy barterowej - ale o tym za chwilę. Doszukałam się wątków na forach kosmetycznych. Wiele dziewczyn było zadowolonych i równie dużo bardzo żałowało, że kupiło te lakiery. Pól na pół, z tą tylko przewagą na niekorzyść, że zadowolone były amatorki, natomiast profesjonalnym manicurzystką produkt nie przypadło do gustu, szczególnie ze względu na konsystencję, która jest podobno niezwykle rzadka i kolor słabo kryje.
Firma z tego co zauważyłam bardzo słabo reklamuje się na rynku, nigdzie o niej nie słychać, poza blogami.

POPRZEDNIE WSPÓŁPRACE BARTEROWE:
I tu znów brak szacunku do strony barteru, która ma recenzować produkt. Weszłam na dwa pierwsze posty, jakie znalazłam w spisie blogów, które współpracują z firmą. Jedna z blogerek dostała nie ten kolor, o który prosiła. Innej zapomnieli dać bazę i top. Firma wybrała najtańszą formę promocji, która jednak ma na prawdę duży zasięg, więc jak można już na początku się tak kompromitować? To nie była ogromna kampania reklamowa za dziesiątki tysięcy złotych. Trzeba było spisać adres blogerki, kolory które wybrała, dorzucić do każdej paczki bazę i top. Wysłać. Jak wspomniałam najtaniej i najprościej. Jak można to spieprzyć?

CZAS NA TESTY I RECENZJĘ:
Do dwóch tygodni. 
Dla mnie testowanie lakieru w 2 tygodnie, to sprawa niemożliwa. Muszę go przebadać w każdych warunkach, zmywać w rękawiczkach, bez nich, kąpać się, pracować, pisać na klawiaturze. Używać z topem, bez topu, z bazą i bez niej. Jeśli mam być wiarygodna i szczera wobec czytelników, to 2 tygodnie jest niczym. Nie wiem na jakiej podstawie dziewczyny oceniały fantastyczną trwałość lakieru - na forach, gdzie kobitki zakupiły lakiery, a nie dostały je za darmo - opinie o trwałości były już nieco gorsze.

SKORO NIE HYBRYDA, TO CO?
Firma posiada w swojej ofercie również lakiery klasyczne. Po informacji, że nie używam hybryd, zaproponowano mi 5 lakierów. Za 7 zł buteleczka. O pojemności 7 ml każda.

CZYM JEST BARTER? CO Z TEGO MAM?
Barter to wymiana bezgotówkowa, czyli towar (bądź usługa) za towar (bądź usługę). Strony uzgadniają wartość towarów lub usług i dążą do tego, żeby bilans był zerowy.

Zaproponowano mi towar za 35 zł. Do recenzji zawsze się przykładam i piszę co mi się podoba, a co nie. Nie owijam w bawełnę, nie umiem. Do recenzji przy współpracy barterowej przekładam się jeszcze bardziej. Staram się zrobić jak najlepsze zdjęcia, opisy, podlinkowania. Mam dobry sprzęt, ogromne żarówki, które żrą dużo prądu. Profesjonalne tła. Parasole bezcieniowe. Bardzo dobry aparat, który traci na wartości z każdym klapnięciem migawki. Tak wiem, moje zdjęcia nie są fotkami na poziomie blogów bardzo znanych, ale się staram, inwestuję. Uczę się, ćwiczę. Doskonalę. 
Mój czas, moje paznokcie, rachunek za prąd (lampy, komputer) i amortyzację mojego sprzętu wyceniono na 35 zł. Pomińmy czas testowania lakierów. Pomalowanie paznokci, zrobienie zdjęć po pomalowaniu, po jakimś czasie od pomalowania, fotki produktów, rozkładanie i zwijanie sprzętu, obróbka fotografii, opisanie kosmetyku, rozeznanie się w opiniach innych osób to około 8 godzin pracy. 4,36 zł za godzinę netto. Najniższa krajowa stawka godzinowa netto to 8,10 zł na rękę.
Czy bilans jest tu zerowy? Nie. Dostałabym 5 lakierów. Właściwie nijaki wysiłek firmy - wysłanie paczki (o ile nie zapomną mi dać któregoś koloru). Tym bardziej, że 7 zł to cena sklepowa, więc ich kosztuje to jeszcze mniej. A ja się będę wysilać, bo chcę, bo taka jestem - zaangażowana. Dążę do tego, aby być profesjonalna. Wybrali bardzo tanią formę reklamy i uważam, że bilans byłby ujemny. Ujemny dla mnie.

Wiele z Was pewnie pomyśli - znalazła się wielka gwiazda mikrobloga, która wybrzydza. Dostanie za free 5 lakierów, trochę się powysila, wrzuci posta. Ktoś przeczyta, ktoś inny nie. Właściwie dla firmy żadna reklama, ma tylko 200 obserwujących, więc jak ona w ogóle śmie mówić, że na tym straci? To firma straci, bo powinni wysłać lakier komuś na prawdę znanemu, kto lakier rozpromuje.
Otóż nie, moi drodzy. Dwa razy nie. 
NIE jeden - Ja rozumiem, na czym polega barter. Dają mi lakier. Mam lakier. Opisuję go. Klient szuka opinii na temat lakieru w internecie i wpada na mój blog. Blog się spodobał, obserwuje. Mam subskrybenta. Wiem. Ale na Boga, ta firma się nie reklamuje! Wiele osób nie wie w ogóle, ze ta marka istnieje. Wiem również, że może mnie dostrzec ktoś, np. jakiś kosmetyczny sklep, kto dałby mi w barter tusz z Diora i lakier od Chanel. Przeczyta i powie - świetna recenzja, profesjonalna - chciałbym, aby zareklamowała mój sklep z ekskluzywnymi kosmetykami. Racja. Ale z drugiej strony - to, jak opisuje kosmetyki, można stwierdzić również na podstawie recenzji produktów które sam kupiłam, recenzji, nad którymi chcę jeszcze popracować, aby były lepsze. Zresztą, czy porządna, wielkiej klasy firma, brałaby na poważnie osóbkę, która rzuca się na 35 zł? Bez obrazy dla nikogo - dla wielu z Was to fun i mnie to cieszy, że Wy się cieszycie.
NIE dwa - z własnego doświadczenia, prawdziwe do bólu. Nawet takiego prawdziwego bólu. Zgodziłam się kiedyś na bardzo niekorzystną dla mnie formę współpracy-pracy. Zapieprz na pełnych obrotach, zdarzało się, że moim pierwszym posiłkiem była kromka o 6:00, a drugim kromka o 14:00. Dajesz z siebie wszystko. Praca umysłowa, nikt nie mówił, ze również z elementami pracy fizycznej. Masz 3 przepukliny w kręgosłupie, ale zapieprzasz, bo albo rybki albo akwarium. Odwalasz robotę za dwóch, liczysz na to, że ktoś doceni. A jedyna forma uznania objawia się w dokładaniu ci obowiązków, bo kto, jak nie ty, da radę? Powoli odpadasz. Zaczynasz mieć wszystko w dupie. Nie nadążasz, nie chce ci się, jesteś zmęczona, wszystko cię boli. Nie żyjesz, pracujesz, jesz i śpisz. Zawalasz hobby, nie piszesz bloga, nie chce Ci się wyjść nawet do kina. Obojętniejesz. Płaczesz. Zaniżasz poziom, który utrzymywałaś, częściej chodzisz na przerwy, bo już nie umiesz się skupić. W zamian dostajesz opieprz i "karę", bo nie przykładasz się do pracy i "nie skupiasz się na robocie". Już dość, już nie chcę. Muszę zacząć się cenić. Wszędzie, w życiu, w przyjaźniach. W pracy. W barterze również. Już nie pokażę, że mnie dadzą minimum, a ja dam maksimum.

Pomijając wszystko inne, nawet te 35 zł, które za 8 godzin pracy otrzymałabym w lakierach, to jednak nie rozeznanie się w tym, czy w ogóle używam hybryd, ściemnianie skąd mają mój adres mailowy (wiem, ze z grupy na FB i jaki niby jest w tym problem?), utrzymywanie infantylnego poziomu maili w tonie wręcz rozkazującym i słaba dbałość o jakość współpracy - skutecznie mnie zniechęciły.
Czytaj dalej...
URODOWE POPOŁUDNIE... © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka