Maska Home Made na super gładkie i pełne blasku włosy!


Heyka.
Post publikuje jeszcze raz (kolejny), bo ten poprzedni był jakiś "chory". Najpierw pokazał się po 20 godzinach a potem zmieniał w wersję roboczą, znikał, pojawiał się, nie ładował filmiku i w ogóle źle z nim było. I to już tak dwa razy.. ;/

Spory czas temu wybrałam się na Rytuał Kerastase, po którym miałam nieziemsko gładkie i pięknie błyszczące włosy. Wiele z Was było zachwyconych efektem, jaki daje wymieszanie ampułki z boosterem. Jednak, nie czarujmy się, efekt choć utrzymuje się długo, to po pewnym czasie znika i trzeba zabieg powtórzyć. Niestety, jest to dosyć droga zabawa i nie każdy może/chce kłaść co chwile chemię na włosy.



Kilka tygodni temu siedziałam sobie w łóżku z laptopem i oglądałam zdobienie paznokci na YouTube. Z boku pojawiły się inne filmiki, między innymi włosowe - wygładzenie, blask, siła i te sprawy (głównie od beautyklove). Kliknęłam, obejrzałam, przeanalizowałam i postanowiłam działać.

Maskę musiałam dopasować do tego, co lubią moje włosy, co znam i co mam w domu. Przemyślałam dokładnie PEH jaki chcę zawrzeć w miksturze i zaczęłam kombinować. Efekt był na prawdę niezły! Włosy stały się niesamowicie błyszczące i pełne witalności. Obecnie jest to moja ulubiona pielęgnacja, a specyfik w składzie wygląda tak:

1. Jako bazy do całości postanowiłam użyć maski z olejem z avocado od Planeta Organica (emolient). Wystarczy około jednej czubatej łyżeczki, ewentualnie dwie, jeśli macie długie włosy. Fajną emolientową bazę można zrobić także na przykład z marokańskiej maski od Planeta Organica, figowej od Organic Shop albo głęboko regenerującej rokitnikowej z Natura Siberica. Nada się każda, która ma w sobie olejki, nawet taka z Glisskura z olejkami.

2. Dodałam jeszcze nieco olejku z avocado, tak z pół łyżeczki. To również emolient. Możcie dodać innego olejku, ze słodkich migdałów, z czarnuszki, lnianego czy z nasion bawełny. Wybierzcie taki, który wasze włosy lubią.

3. Trzecim emolientem jest masło shea. Około jednej płaskiej łyżeczki masła roztopiłam na piecu w metalowej miseczce i dodałam do maski. Masło shea to bardzo odżywczy produkt dla naszych włosów - nawilża je, wygładza, sprawia że są błyszczące i pełne życia. To wspaniała bomba witaminowa szczególnie dla osłabionych i farbowanych pasm.

4. Teraz humekanty. Tutaj pierwsze skrzypce (w sumie ostatnie też) gra aloes. Dolałam do mikstury trochę toniku Avebio (tego aloesowego) i dodałam jeszcze około jedną czubatą łyżkę aloesowego żelu od Skin79. Te dwa produkty od zawsze świetnie sprawdzają mi się na włosach. Nic, nawet najlepsza maska nie daje mi tak świetnego nawilżenia.

5. Proteiny! Do całości dodałam 3 łyżki mleka kokosowego. Niestety, takie mleko jest drogie i nie lubię go spożywać, dlatego u mnie równie fajnie sprawdza się mleko kozie. Poza tym moje pasma jakoś nie przepadają ani za tym kokosowym mlekiem, ani za maskami z olejkami kokosowymi ani za olejkiem kokosowym solo. 
Co do mleka koziego, to tego też nie piję, ale jest świetnym tonikiem dla mojej ceryczy dodatkiem do wody w wannie - odżywia skórę!, więc na pewno zawsze całe zużyję.

6. Więcej protein! Łyżka mojej ukochanej maski od Phyto - Photokeratine. Spokojnie można zastąpić np. B.app z Rossmana - ta maska też jest niesamowita. Jeśli lubicie inne maski keratynowe, również się nadadzą. Przypuszczam, że regeneracyjne maski z Pilomaxa będą odpowiednie.

7. Dodatki nabłyszczające. Przede wszystkim miód. Jedna solidna łyżeczka miodu (u mnie to miód lawendowy) MUSI być w tej masce. 
Miodek przede wszystkim włosy nabłyszcza, ale też, tak samo jak masło shea - jest wielką bombą witaminową. Sprawia, że włosy są odżywione, nawilżone, miękkie w dotyku i mocne.
Miód w takiej mieszance absolutnie nie skleja włosów - sama maska nawet nie jest lepka. Pamiętajcie jednak, że miód lekko rozjaśnia pasma.

8. Mąka ziemniaczana - kolejny nabłyszczacz, bardzo ważny. Wystarczy ok 1/3 łyżeczki. Dobrze jest ją wcześniej przesiać, bo ciężko mieszają się z maską mąkowate grudki. Bez mąki maska też spełnia swoje zadanie, ale włosy błyszczą jakby mniej.

9. Inne. Ten punkt można pominąć, jednak ja do swojej mikstury dodaje jeszcze 5 pompek aktywatora gęstości od Garniera.

Wszystko to dokładnie trzeba wymieszać na idealnie gładką masę. Nie będzie to papka, ale tez nie woda, raczej taka gęsta ciecz. Ja dodatkowo mieszam wszystko takim urządzeniem z IKEA do robienia spienionego mleka - fajnie łączy mi to składniki.

Myjemy włosy, które odsączamy, aby były wilgotne. UWAGA - Muszą być wilgotne - maska na suche pasma zadziała gorzej. 
Wcieramy specyfik i zawijamy włosy w ręcznik, lub wsadzamy pod czepek. Siedzimy tak od 30 do 60 minut. Na całą noc odradzam, włosy będą bardzo obciążone.

Myjemy znów włosy. Raz, lub dwa razy, w zależności od tego, jak dużo w miksturce było olejków, które natłuściły nam pasma.

Suszymy, pozwalany wyschnąć samym, kręcimy, układamy, co kto lubi i woli :)

I tyle. Na koniec cieszymy się z pięknego efektu i gładkich włosów :) 

Taki domowy zabieg wygładzający powtarzam co 2-3 mycie, bo efekt nie zmywa się od razu. Jednakże mam włosy nie farbowane, a łodygi są zdrowe, więc nie wiem jak mikstura zadziała na włosy, które więcej przeszły. 
Do tego musicie pamiętać o równowadze PEH jaką lubią wasze włosy - jeśli czegoś nie tolerują, dodajcie składnika mniej, lub po prostu w ogóle go nie dodawajcie.
Pamiętajcie, ze dodatkowo, poza blaskiem, nasze włosy dostają porządnego odżywienia :)

A na koniec efekt na moich pasmach, na filmiku, który kręciłam co prawda dla koleżanki, ale czemu nie miałabym go wykorzystać i tutaj:

Czytaj dalej...

Dzięki Bionigree zrobiłam koński ogon!

Hey.

Przychodzę dziś do Was z trzecim już postem dotyczącym oczyszczającej kuracji z Serum Bionigree do skóry głowy.

Dwa poprzednie wpisy macie tutaj KILK otagowane słowem "Bionigree".



Trzeci raz użyłam serum cztery dni po drugiej aplikacji. Jego działanie, tak jak poprzednimi razy, było rewelacyjne i myślę, że skóra jest już na tyle doczyszczona, że spokojnie na półtora tygodnia mogę odstawić produkt. Nie zrezygnuje z niego na dłużej, bo jednak używam dość sporo masek/odżywek i pianki do włosów, co jednak powoduje, że skóra głowy się zanieczyszcza, mimo, że odeszłam już od stosowania na skórę głowy tego typu produktów.

Ważne jest dziś dla mnie jednak cos innego, niż opisywanie po raz kolejny działania tego specyfiku. W tym poście chciałam Wam się pochwalić czymś, co dla wielu z Was, albo i dla wszystkich, którzy mnie czytają, czymś zupełnie naturalnym. Otóż udało mi się zrobić kucyk!

Tak, nie przewidziało Wam się. Między drugą a trzecią aplikacją Bionigree zrobiłam sobie koński ogon i jestem z tego dumna. Dlaczego? Już tłumaczę.

Od czasu, kiedy zaczęły mi masowo wypadać włosy, a po kolejnych dwóch tygodniach doszło niesamowite pieczenie skóry głowy, swędzenie i ból, mogłam mieć na głowie tylko dwie fryzury - albo włosy były rozpuszczone, albo delikatnie owinięte gumką tuż przy szyi, co w efekcie dawało wygląd królika z klapniętymi do tylu uszami. Ja nic oczywiście do królików nie mam, są słodkie i im to pasuje, ale mnie już niekoniecznie.
Włosy rozpuszczone miałam dlatego, że czasem nawet kucyk "uszy królika" powodował ból głowy. Mieszki i cebulki, wszystko było tak wrażliwe, że nawet ciężar moich na prawdę lekkich włosów i cienkiej frotki był sprawcą nie małych "jazd". Nakładanie maski na twarz, gdzie musiałam opaska zagarnąć włosy z czoła i upiąć, aby nie spadły na twarz, to był wyścig z czasem. Zbyt długie upięcie (15 minut) dawało się skalpowi we znaki.
Z kolei często włosy puszczone wolno wpadały w ruch razem z ruchem głowy i każda taka fala pasm drażniła niesamowicie uwrażliwione mieszki. Wtedy z kolei musiałam je związywać w "królicze uszy". Wierzcie lub nie, rozważałam ogolenie się na łyso, byle by mieć chwilę spokoju.

A co się stało ostatnio? Po całkowitym zniwelowaniu pieczenia, swędzenia i bólu postanowiłam na próbę zrobić sobie koński ogon, taki z prawdziwego zdarzenia, wysoki, falujący podczas obracania głową. I zrobiłam go. Uczesałam się, pojechałam do teściów, potem na FoodTrucki, wróciłam do domu, rozpuściłam włosy i..i nic! Skóra w żaden sposób nie odczuła, że włosy były związane przez 5 godzin. Dla przykładu, próbna fryzura - zwykły delikatny francuz, po 45 minutach na głowie, bez tapirowania (!) spowodował u mnie najzwyczajniej w świecie.. płacz z powodu tego, jak bardzo zaczęło mnie wszystko boleć. Nie mówiąc o tym ile po rozpuszczeniu wypadło mi włosów...

I tak to zwykły koński ogon sprawił mi radość. 
Wyobraźcie sobie, że ktoś szarpie Wam cienkim grzebyczkiem włosy splątane jak dredy, tak przez godzinę bez przerwy, bo chce je rozczesać. A potem przychodzi ktoś inny, z trzycentymetrowymi pazurami i kolejną godzinę mocno Was drapie. Skóra jest obolała, wydaje Wam się, że nawet same włosy Was bolą, wszystko piecze. Podrażniona skóra swędzi. Dodajcie sobie do tego ból głowy, taki jak podczas zmiany ciśnienia. Tak własnie czuła się moja skóra głowy i cala ja większość czasu. Bolesna, obolała, piekąca, swędząca. Od rana do wieczora, często też w nocy. 
Teraz pomnóżcie to uczucie razy dwa. Tak czuła się moja skóra głowy po upięciu na wesele i na mój własny ślub. Koszmar. Teraz zrozumiecie, co oznaczało dla mnie zrobienie sobie porządnego kucyka bez "skutków ubocznych".

Polecam Bionigree i pozdrawiam :)
Czytaj dalej...

Fioletowa Anwenówka dla włosów sredniporowatych - jak czas trzymania maski na głowie wpływa na jej działanie

Heyka.

Maski do włosów - czas w jakim trzymamy je na głowie uzależniony jest w dużej mierze od tego, co producent sugeruje na opakowaniu, ale też od tego, jaki mamy danego dnia kaprys. Dzięki masce Anwen, o której piszę w dzisiejszym poście nauczyłam się, że czas ten najbardziej powinien być uzależniony od potrzeby naszych włosów.

Gdy tylko na blogu znanej i lubianej nam Anwen pojawiła się informacja, że dostępne są już maski jej własnej marki, wiele z włosomaniaczek popędziło kupić chociaż jedną. Nie inaczej - i ja szybko otwarłam w przeglądarce jej SKLEP i kupiłam dwa kosmetyki - jeden dla włosów średnioporowatych i jeden dla włosów wysokoporowatych. Maskę dla niskoporów sobie odpuściłam, bo wiem, że moje włosy by jej nie polubiły - nienawidzą niczego, co jest z kokosem.
Po niecałym tygodniu, kiedy przesyłki dotarły do dziewczyn, zaczęły się testy i pochlebne opinie. A jak było u mnie z pierwszą, fioletową Anwenówką dla włosów średnioporowatych?



Nazwa produktu:
'Winogrona i Keratyna' - Maska do włosów średnioporowatych

Producent:
Anwen Sp. z o.o.
 
Cena:
39 zł. Dostępne w sklepie Anwen oraz stacjonarnie w sklepach, które Anwen wymienia tutaj KLIK.

Wiele dziewczyn narzeka na cenę masek. Fakt, są to ceny wysokie, ale pamiętajmy, ze mamy do czynienia z produktami, które w końcu! są dedykowane w dużej mierze genetycznie uwarunkowanemu rodzajowi włosa, tworzone z pasją, z miłości do włosów, zawierające dużo dobrego w sobie. Ponad to Anwen to nie światowej sławy firma (czego życzę), więc wiadomo, że produkcja jest kosztowniejsza, bo nie idzie w miliony opakowań. Poza tym jest wiele droższych masek, więc nie przesadzajmy.



Konsystencja, kolor, zapach:
Konsystencja jest bardzo gęsta, kiedy nabierzemy maskę sięgając dna, kosmetyk po boku nie zaleje dziury która powstała. Jednocześnie produkt jest śliski i łatwo się rozprowadza. Kolor biały, zapach bardzo delikatny, przyjemny.

Opakowanie:
Plastikowy słoik o pojemności 200 ml, zakręcany na twist.
 
Skład:
Aqua, Cetearyl Alcohol, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Behentrimonium Chloride, Glycerin, Hydrolyzed Keratin, Hydrolyzed Silk, Maris Sal, Silica, Aloe Barbadensis Leaf Juice Powder, Panthenol, Phenoxyethanol, Benzoic Acid, Dehydroacetic Acid, Parfum, Hexyl Cinnamal, Butylphenyl Methylpropional, Limonene.

Obietnice Anwen:



Twoje włosy są normalne, ale bywają niezdyscyplinowane? Nie sprawiają Ci większych problemów, ale czasem się puszą? Szukasz efektu WOW, ale bez silikonów? Ta maska jest dla Ciebie! Intensywnie pielęgnuje i regeneruje włosy dzięki zawartości hydrolizowanej keratyny i jedwabiu. Aloes i gliceryna zapewniają włosom dodatkowe nawilżenie, a krzemionka je wzmacnia. Maska zawiera też optymalnie dopasowany do potrzeb Twoich średnioporowatych włosów olej winogronowy, który działa odżywczo i poprawia elastyczność.

Moje wrażenia:
Gdy maski do mnie przyszły (8 lutego, czyli w moje urodziny) postanowiłam, że nie otworzę ich, puki nie zużyję kilku innych produktów, którym zbliżało się dno. Wytrzymałam 1 dzień :D dokładnie 9 lutego po raz pierwszy wylądowała u mnie na głowie fioletowa Anwenówka. Zgodnie z zaleceniami, trzymałam maskę nie mniej niż 3 minuty a nie więcej niż 30 - tak około 20 minut.
Produkt dobrze spłukuje się z włosów, jeszcze mokre są po nim przyjemne w dotyku.
O pasma zadbałam tak jak zawsze przed stylizacją - nałożyłam serum, trochę pianki, rozczesałam i przystąpiłam do modelowania.

Kiedy włosy były jeszcze leciutko wilgotne, wyglądały perfekcyjnie. Blask bił po oczach, domknięta łuska powalała na kolana, pasma wyglądały idealnie. Niestety, w miarę jak włoski dosychały, zaczęły się niesamowicie elektryzować. Ostatnio takie coś mnie spotkało jeszcze na długo długo przed dbaniem o moje kosmyki, czyli jakieś hm.. 4 lata temu. Byłam załamana - maska spisała się rewelacyjnie, włosy wyglądały zjawiskowo trzymane w garści, jednak "puszczone wolno" wesoło fruwały dookoła twarzy, a kształt fryzury w 10 minut się zgubił - końce zaczęły się wywijać na wszystkie strony.






Zaczęłam kombinować. Dodawałam do maski odrobinę olejku, porcję innych masek emolientowych, różnego rodzaju serum (np. Garnier zwiększająca objętość), zmieniałam szampony, dawałam więcej pianki, mniej pianki.. pół maski ubyło a włosy elektryzowały się nadal. Pomyślałam, że zacznę kombinować z czasem trzymania maski na głowie, bo innego pomysłu już nie mialam. Do trzech minut maska nie działała. Po 20 elektryzowały mi się włosy. Spróbowałam więc ustawić się mniej więcej w połowie tego czasu i trzymałam maskę na pasmach ok. 7-8 minut. I wiecie co? Udało się! Maska zadziałała wręcz perfekcyjnie, a włosy były dalekie od jakiegokolwiek elektryzowania. Cudowne, gładkie pasma, odbijające nieziemsko każdy promyk słońca. Pięknie nawilżone, mięsiste włosy do pozazdroszczenia.
Nie wiem, czy mam takie kapryśne włosy, czy, jak sugerowała mi sama Anwen - trzymanie maski za długo powodowało lekkie przeproteinowanie objawiające się elektryzowaniem. Nie kojarzę, by ktokolwiek inny narzekał na taki skutek uboczny używania tego kosmetyku. Jedno jest pewne - na wszystko trzeba znaleźć złoty środek i moje włosy są żywym tego przykładem.






Polecam Wam fioletową Anwenowkę z całego serca, bo z włosami robi cuda. A jeśli Wasze włosy są po niej i po jakiejkolwiek innej masce spuszone/naelektryzowane/obciążone - pokombinujcie z czasem i nie dawajcie za wygraną. Nie spisujcie na straty kosmetyku po jednym jego użyciu. Ja się zawzięłam i moje starania nie poszły na marne :)

PS.
Tak wiem, na trzech zdjęciach poniżej widać masę pojedynczych fruwających włosków. To nie są naelektryzowane włosy. Cześć z nich to kosmyki które sama sobie zniszczyłam, rozplątując na mokro kołtun włosów (rozciągały się i urywały w połowie, są pozwijane i nie umiem ich wyprostować, a jest ich za dużo, żeby uciąć tuż przy skórze głowy i dać na nowo odrosnąć). Cześć z nich to włosy dysplastyczne, które zaczęły mi w niesamowitej ilości wyrastać z czubka głowy po moich problemach z wypadaniem i pieczeniem skóry głowy. Te najgorsze po prostu wyrywam... Pojedyncze z nich, te najkrótsze i wiele tych ładnych prostych, ale krótszych, to nowo odrastające włoski, które powoli zagęszczają mi fryzurę po półtora roku nadmiernego tracenia włosów.
Czytaj dalej...

Bionigree - serum oczyszczające do skóry głowy - Dzień drugi

Cześć!

W poprzednim poście pisałam, że zakupiłam i pierwszy raz użyłam serum oczyszczającego skórę głowy od Bionigree.  Efekt był taki, że poczułam różnice w czystości głowy, ale niestety, była po serum i mydle a z Allepo mocno podrażniona i szalała ze swędzeniem KLIK. A co wyszło podczas kolejnego użycia? O tym poniżej.


Drugi dzień stosowania Serum Oczyszczającego Bionigree:
Na drugi dzień rano było już dobrze. Skóra się uspokoiła i miałam nawet spokój. Włosy były niesamowicie przyjemne w dotyku. Postanowiłam, że drugi raz nałożę kosmetyk na godzinę. I tak też zrobiłam. O dziwo, tym razem uczucie chłodu i mrożenia było dużo mniejsze, zarówno podczas aplikacji i trzymania preparatu na głowie, jak i podczas mycia. Natomiast bardzo dziwnym uczuciem było suszenie ciepłym (nie gorącym, lecz ciepłym) powietrzem. Praktycznie do momentu, w którym włosy były suche, podmuch suszarki wydawał mi się zimny. Za pierwszym razem trwało to chwilę, ale drugi raz zdecydowanie dłużej.
Nie było jednak źle, skupmy się więc na działaniu serum.  Przede wszystkim produkt rewelacyjnie oczyścił mi skórę głowy. Wcześniej (przed zakupem serum) miałam tak, że we włosach wyczuwałam gdzieniegdzie coś jakby piasek, co w gruncie rzeczy zapewne było malutkimi, wysuszonymi pryszczykami, które po prostu odpadły. Dużo było ich szczególnie nad czołem, w strefie, gdzie mam kruche włoski w zakolach. Do tego czubek głowy był wiecznie nierówny (?). Nie wiem jak to nazwać, bo nie był to typowy zrogowaciały naskórek czy łuska, jednak miałam wrażenie, ze cos tam jest. Zniknęło. Mam na czubku głowy gładką w dotyku i zdrowa skórę.
Co więcej, bardzo denerwowały mnie twarde włosy tuż przy skórze. Nie wiem czy mnie dobrze zrozumiecie, ale kiedy przeczesywałam pasma palcami tuż przy skórze głowy, to wydawało mi się, że czuje każdy jeden pojedynczy włos, który wystaje mi z mieszka. Początkowo brałam to po prostu za włosy, które rosną grubsze niż zazwyczaj. Cieszyłam się, bo to oznaczało silniejsze pasma, ale jak wspominam, denerwowało, bo wydaje mi się, że to dodatkowo drażniło mi skórę. Obecnie jestem przekonana, że te zgrubienia, to był zwyczajnie oblepiony włos. Teraz klaczki mam miękkie na całej długości, nie wyczuwam już pod palcami pojedynczych włosów.

Czytając to może macie wrażenie, że ja o skórę głowy w ogóle nie dbałam. To nie tak, bo peelingowalam ją mechanicznie, używam delikatnych szamponów, fakt, ale i zdzieraki typu Dermena i Nizoral nie raz gościły na mojej głowie. Jak widać trzeba było jednak bardzo specjalistycznego produktu, aby skórę oczyścić naprawdę porządnie. Nawet na kamerze u trychologa skóra wyglądała na czystą.

Wracając do aplikacji serum po raz drugi i zmywania go z głowy – tym razem, tak jak wspominałam już w poprzednim poście, włosy umyłam szamponem micelarnym Pharmaceris.  Skóra pomarudziła troszkę po suszeniu i odpuściła. Na cały dzień i całą noc i cały kolejny poranek. Wczoraj nie aplikowałam serum, nie widziałam takiej potrzeby. Umyłam włosy zupełnie nowym szamponem z henną i będąc już drugi dzień po myciu – moja skóra jest spokojna! Mało tego, nieświadomie zastanawiając się nad kilkoma sprawami związanymi z…hahaha… nadzieniami do naleśników, podrapałam się dość mocno. Po czymś takim moja głowa zawsze reagowała pieczeniem i szczypaniem, uspokajała się po dobrych 20 minutach. A dziś? Drap drap drap… i spokój. SPOKÓJ!!! Zero pieczenia, szczypania i swędzenia.


W tym momencie, po dwóch aplikacjach jestem na prawdę zadowolona i pokładam pełne nadzieje w tym produkcie. Może będę mogła wrócić do normalnego funkcjonowania. Naprawdę. Wyobraźcie sobie, że nawet nakładanie maseczki na twarz to był wyścig z czasem, bo opaskę i koński ogon moje włosy wytrzymują max. 15 minut. Potem zaczyna się festiwal pieczenia, swędzenia i ból. Jakakolwiek klamra, której ząbek tylko lekko dotknie i ryśnie podczas ruchu głową mojej skóry, to dramat. Jakby mi ktoś na siłę coś w głowę wbijał. Za jakiś czas, kiedy będę wiedziała, że moja głowa się uspokoiła, spróbuję zrobić sobie kucyk na dłużej i zobaczymy.
Będę Was informować na bieżąco.

Poniżej zdjęcia po drugiej aplikacji serum i zmycia go po godzinie szamponem micelarnym Pharmaceris:




Czytaj dalej...

Bionigree - serum oczyszczające do skóry głowy - Dzień pierwszy

Hey!

Dziś pierwszy raz testowałam Serum Oczyszczające Bionigree czyli jak pisze producent na swojej stronie, pierwszy w Polsce polski produkt kosmetyczny do oczyszczania skóry głowy charakteryzujący się najwyższą jakością naturalnych składników, dodatkiem olejku z czarnej porzeczki i potwierdzoną skutecznością. Jest to kosmetyk trychologiczny do stosowania zarówno profilaktycznego, jak i wspomagającego przy leczeniu poważnych dolegliwości skóry głowy.
Działa złuszczająco, przeciwłupieżwo, antybakteryjnie i przeciw wirusowo. Preparat przeznaczony do wszystkich rodzajów skóry.
Dzięki zawartości mydła kastylijskiego, kwasów AHA i estrów oleju z czarnej porzeczki, wiesiołka, ogórecznika i lnu serum skutecznie usuwa nadmiar zrogowaciałego naskórka, rozpuszcza łój zalegający w mieszkach włosowych, reguluje pracę gruczołów łojowych i łagodzi podrażnienia skóry. Po wykonaniu peelingu skóry głowy, skóra intensywnie wchłania substancje odżywcze, a włosy unoszą się u nasady, zwiększając swoją objętość i dając niepowtarzalne uczucie odświeżenia.

Produkt w cenie regularnej kosztuje 96 zł, ale jeśli poszperacie w necie, możecie go złapać ze zniżką 10%. 

Ta recenzja będzie inna niż te z reguły spotykane na moim blogu. Przede wszystkim będzie to recenzja wieloetapowa, bo chciałabym Wam opisać każdy dzień ze stosowania tego specyfiku. Chciałabym przez pierwsze 3 dni stosować serum codziennie, później co 2-3 dzień aż dojdę do stosowania raz na 2-3 tygodnie. Oczywiście moje wrażenia z działania kosmetyku będą co jakiś czas przeplatane zwykłym postem.

Zanim przejdę do opisu dzisiejszych wrażeń, chciałam przypomnieć z czym mam problem. Otóż w połowie 2015 roku zaczęły mi masowo wypadać włosy, skóra głowy zrobiła się tkliwa, wręcz boląca, swędziała i piekła każdego dnia, niezależnie od zastosowanego kosmetyku. Byłam u wielu specjalistów, trycholog rozłożył ręce (skóra czysta, bez zaczerwienień) i każdy kolejny: dermatolog, ginekolog i endokrynolog również, bo wyniki badań miałam niemal podręcznikowe.
W grudniu 2016 roku, a więc półtora roku od pierwszych objawów włosy przestały praktycznie w 2 tygodnie wypadać. Odpukać, do dnia dzisiejszego jest na prawdę dobrze i nie wyciągam już z sitka kłębków, a jedynie pojedyncze włoski. Niestety, moja skora głowy nadal jest tkliwa, swędzi i podrapana zaczyna mocno piec. Nie jest to już przypadłość codzienna, ale nadal dość często mi się to zdarza i nadal niezależnie od kosmetyku, który wylądował na moich włosach. Dużo lepiej jest po peelingach, a że moje włosy mają skłonności do przetłuszczania się, wine za wszystko zrzucam na wiecznie niedoczyszczoną i bardzo szybko zapychającą się skórę głowy. Dlatego też w dużej mierze zdecydowałam się na to serum oczyszczające.


A teraz do rzeczy. 

Pierwszy dzień stosowania Serum Oczyszczającego Bionigree.

O godzinie 11 rano (witaj krótki urlopie) umyłam włosy szarym mydłem i szamponem Pharmaceris zawierającym płyn micelarny. Następnie wyszłam z domu i po drodze odebrałam z paczkomatu przesyłkę z serum. Buteleczka była lodowata, więc odczekałam do godziny 16:00 z aplikacją kosmetyku na skórę głowy.
Serum ma bardzo specyficzny ziołowy i "zimny" zapach. Jest tu nutka mięty i eukaliptusa, lekko wyczuwam świeżą porzeczkę. 
Aplikacja jest łatwa, kosmetyk jest bardzo płynny. Zalecają nam stosować max. 2 pipety na całą głowę, ale nie wiem czy mam to rozumieć jako 2 dozy (gumeczka w pipecie na raz "wciąga" 1/5 długości szklanej rurki) czy jako 2 pełne szklane pipetki. Założyłam, że chodzi o ta drugą opcję, więc o ok. 10 doz.
Po aplikacji niemal natychmiast odczułam na głowie chłód, a w miejscach newralgicznych (które najbardziej swędzą) czyli czubka głowy i boków nad uszami wręcz mrożenie. Będę marudna, ale powiem, że nie podobało mi się to uczucie. Było dla mnie za silne. No ale, czego się nie robi dla poprawienia kondycji włosów, skóry i w moim przypadku, polepszenia komfortu życia. Wytrzymałam 40 minut i poszłam zmyć serum z głowy szamponem-mydłem z Aleppo.
Zarówno podczas moczenia włosów, jak i podczas mycia i nawet płukania szamponu, odczuwałam na skórze głowy chłód, który nasilił się, gdy odsączałam włosy bawełnianą koszulką i chwilę trzymałam na głowie turban (z tej samej bawełnianej koszulki). Uczucie zimna ustąpiło dopiero po suszeniu włosów suszarką.


Pal jednak licho chłód i mróz. Czy serum ukoiło moją skórę głowy? Nie. Już po godzinie od mycia na nowo zaczęła mnie swędzieć głowa, na czubku, za uszami i nad czołem. Czy to wina szamponu? Nie wiem. Na prawdę nie wiem, bo czego bym nie użyła, raz jest dobrze, a raz jest źle i szczerze powiem że dziś jest akurat dużo gorzej niż wszystkie poprzednie razy, kiedy do mycia używałam akurat mydła z Aleppo, nawet gdy poprzedzałam mycie mechanicznym peelingiem z Pharmaceris.

Może być tak, że mam pecha, że dziś skóra ma foch. Może być też tak, że samo serum mnie podrażniło. Ale może być i tak, że wyczyściło mi skórę tak dobrze (co czuć w dotyku i jest to potężnym plusem), że skora miała niczym nie ograniczony kontakt z mydłem i składnikami, których nie lubi. Ale jak wspomniałam, myłam się już tym mydłem po peelingu mechanicznym który też rewelacyjnie oczyszcza.

Jutro spróbuję znów użyć serum, tym razem z najlepszym szamponem jaki mam i który najdłużej przynosi ukojenie (nie oznacza to, że eliminuje problem) i zobaczymy. 

Na ten moment staram się nie zadrapać.
Czytaj dalej...

Zarabianie na blogu i współpraca - czy zawsze jesteśmy traktowane z szacunkiem?

Heyka.


Pewnego dnia obejrzałam filmik dość popularnej vlogerki na temat zarabiania na pisaniu/nagrywaniu o kosmetykach (i wszelkiego rodzaju kobiecych gadżetach). Głównym celem tego filmu było uświadomienie, że współpraca ta nie ma polegać tylko i wyłącznie na promowaniu szamponu za 3 zł, które dostałyśmy za darmo, ale na obustronnym poszanowaniu partnera w umowie oraz przede wszystkim na szanowaniu siebie i promowaniu własnego bloga/kanału.



Rzucanie się na wszystko jak na karpia z Lidla może w rezultacie mieć odwrotny skutek niż tego oczekiwałyśmy. Staniemy się w oczach czytelników łase na byle produkt i nie szanujące siebie oraz samego czytelnika/oglądające.



Chciałabym Wam dziś opowiedzieć, jak bardzo brzydko traktują blogerki firmy, które mają w zamyśle jedynie promowanie samego siebie, kosztem naiwnych "pustych lal piszących o kremie na rozstępy".


W swojej krótkiej "karierze" blogowej współpracowałam trzy razy z firmami kosmetycznymi. 



Pierwszą moją współpracą była współpraca z firmą Pilomax. Sama do nich napisałam i otrzymałam odpowiedź pozytywną. Dostałam zestaw kosmetyków, na przetestowanie i opisanie których miałam 3 miesiące. Współpraca idealna wręcz - oni dali mi produkt, ja wywiązałam się z obowiązku testów i wystawienia opinii. Powiedzmy, że jako bardzo początkująca wtedy blogerka, "zarobiłam" 100 zł na kosmetykach, których nie musiałam sobie sama kupić, a które w dodatku były godne polecenia, bo bardzo dobre. KLIK i KLIK. I niestety tu kończy się wszystko co dobre i miłe. Przejdźmy dalej.



Jakiś czas później na rynku zaczęły jak grzyby po deszczu pojawiać się nowe boxy kosmetyczne.  Zdarzyło się tak, że udało mi się trafić na jedną taką firmę, gdy wydawała swój pierwszy box. Kupiłam subskrypcję na 3 pudełka od razu. Pierwsze pudło było średnie, później było coraz lepiej. Moje opinie o boxie były rzetelne, dokładne, zdjęcia zawartości znośne, więc zaproponowano mnie (i jeszcze jednej Youtuberce) współpracę, bo "jako jedyne jesteśmy godne zaufania i fantastycznie wypełniamy swoje blogowe i vlogowe obowiązki". I choć tak jakoś od słowa do słowa w rozmowie z tą drugą współpracującą wyszło, że ma z boxem dużo korzystniejszy układ niż ja, to sprawę olałam. Moje warunki współpracy były i tak całkiem ok.

Współpraca nie była stała i nie było zawartej żadnej umowy "na papierze". Za każdym razem gdy kupowałam nowe pudełko, pytałam, czy współpraca nadal nas obowiązuje. Tak, obowiązuje. Jakiś czas potem okazało się, że twórcy boxa mają małe problemy finansowe i mogą mi zaproponować coś ok 5 zł zniżki za box w ramach naszej współpracy, BO ONI W OGÓLE ZE WSPÓŁPRACY NIE TYLKO ZE MNĄ CHYBA ZREZYGNUJĄ. Jakoś było mi tak głupio łasić się na te 5 zł, że zapłaciłam całą kwotę za boxa, a poza tym byłam w sympatycznych stosunkach z właścicielką i pomyślałam, że skoro mają kłopoty, to nie będę wymagać, by dla mnie obniżali koszt pudła. Kupiłam kolejne i kolejne pudełko nie pytając już o zniżkę i współpracę. Nadal zgodnie w odczuciami opisywałam boxy i okraszałam wpisy porządnymi fotkami.
Wszystko było by ok, bo jestem człowiekiem niezwykle wyrozumiałym, gdyby nie fakt, że dowiedziałam się, że gdy mnie proponowano 5 zł zniżki, druga osoba nadal miała stałe warunki "współpracy", tak bardzo wtedy korzystniejsze niż ja. I współpracuje z boxem do tej pory.

Mam żal. Nie do vlogerki, absolutnie. Nie dlatego, że box nie chciał ze mną współpracować, nie. Mam żal, że byli ze mną nieszczerzy, że nie zostałam potraktowana z szacunkiem. Proponowano mi śmieszne warunki współpracy, bajerowano problemami i różnymi innymi bajeczkami w imię czego i po co? Wystarczyły by dwa zdania: "Słuchaj, chcemy współpracować tylko z jedną osobą, X.Y. ma lepszą oglądalność, przynosi nam więcej klientów, a że jesteśmy małą firmą, to finansowo lepiej wyjdziemy tylko na jednej współpracy. Dziękujemy za wszystko, mamy nadzieję, że nadal zostaniesz z nami".
Niestety, takiej wiadomości nie dostałam nigdy, a z boxa zrezygnowałam. Jakiś czas potem kupiłam go jeszcze raz, bo skusił mnie jeden z kosmetyków, który koniec końców okazał się rozpuszczony, kiedy do mnie dotarł i stracił swoje właściwości. Próbowałam interweniować u właścicieli boxa, ale zignorowanie mojej sprawy utwierdziło mnie tylko w fakcie, że w sumie dobrze się stało, jak się stało.


Gdy pisałam do chyba 20 sklepów internetowych z pytaniem o współpracę, jeden sklep odpisał, że nie prowadzą tego typu działań, 18 sklepów nic mi nie odpisało (byłam wtedy głupia, naiwna i narwana, mój blog miał 5 miesięcy dopiero, a ja wyobrażałam sobie cuda na kiju), a jeden sklep wysłał mi warunki, na podstawie których mogą podjąć  ze mną współpracę. Bardzo mądrze. Nie pamiętam już dokładnie liczb, ale blog musiał istnieć ileś miesięcy i być stale aktualizowany oraz mieć powyżej kilku tysięcy wejść na miesiąc. Czy spełniałam wtedy te warunki? Oczywiście że nie. Ale powoli, małymi kroczakami i regularnymi wpisami udało mi się spełnić wymagania sklepu i podjęłam z nimi współpracę.

Polegała ona na tym, że raz na miesiąc mogę kupić u nich kosmetyk i mam 3 miesiące czasu na przetestowanie go i opisanie na blogu, reklamując przy okazji sklep (w punktach było wymienione wszystko, co każdy wpis miał zawierać w ramach promocji sklepu). Po opublikowaniu wpisu wysyłałam link do odpowiedniej osoby, ona weryfikowała post i zwracano mi pieniądze za kosmetyk na konto. I tak to sobie kilka miesięcy hulało bez zarzutów. Nigdy nie wybierałam produktu droższego niż 45 zł. W warunkach współpracy nie było co prawda wspomniane nic o maksymalnej cenie kosmetyku, ale stwierdziłam, że jak na tak młodego bloga, kosmetyk za niecałe 50 zł nie jest czymś szczególnie wyszukanym.

I ta współpraca też niestety się zakończyła. Dlaczego? Otóż tak jak zawsze, opublikowałam kolejny wpis z zawartymi wszelkimi punktami, które musiałam zawrzeć w poście, aby dostać zwrot pieniędzy. Opis sklepu, link do sklepu, opis produktu, ładne zdjęcia, wszystko na czas. Potem mail z linkiem do recenzji. I na tym się skończyło. Sklep nie wypłacił mi pieniędzy i nigdy nie napisał nawet, że coś w poście było nie tak i nie spełniłam warunków "umowy". Po 3 tygodniach upomniałam się o pieniądze i niestety, mimo, że upłynął już prawie rok od publikacji posta, nie doczekałam się ani odpowiedzi, ani pieniędzy. 


Czemu piszę to wszystko? Bo chciałam Wam pokazać, jak to wygląda z tej gorszej strony, gdy jesteś traktowana jak tania, żywa reklama, której nie należy się na koniec nawet "spadaj".

Film, o którym wspomniałam na początku uświadomił mi, że zostałam po prostu wykorzystana. Dlaczego? Bo sama na to pozwoliłam. Bo w przypadku boxa chciałam ugrać kilkanaście złotych i nie zważałam na to, że jestem gorzej potraktowana. Sama na to pozwoliłam. Właściciele mieli mnie do tego stopnia za głupią i naiwną, że po prostu mnie zbajerowali głupim hasłem i chęcią wywołania u mnie współczucia.
W przypadku sklepu olałam sprawę, a powinnam chociaż tam zadzwonić i zapytać, co jest nie tak i dlaczego nie chcą mi zapłacić za krem, który opisałam, reklamując przy tym kolejny raz ich stronę. Maila mogli olać, ale telefon powinni już chyba odebrać? 

Jeżeli nie będę walczyć o swoje 45 zł, będę nadal wykorzystywana przez niepoważne firmy, i ta poważna nigdy w przyszłości nie zaoferuje mi prawdziwej współpracy za kilkadziesiąt razy więcej. Bo po co? Po co mają mnie szanować, skoro ja sama siebie nie szanuję?


Na koniec, jeśli dotrwałyście, mam hit.

Napisała do mnie na maila apteka, która chciała ze mną podjąć współpracę polegająca na płatnej reklamie ich strony internetowej. Wyszukali sobie w moim blogu, że wspominam (tylko z nazwy, raz) o produkcie, który mają w swojej ofercie.  Pomijam fakt, ze wiadomość była napisana trywialnie i zwracano się do mnie per "ty". Proponowali mi, abym na rok umieściła na swoim blogu baner z odnośnikiem do ich sklepu i dodatkowo przynajmniej raz na miesiąc wspominała o aptece we wpisach. Wszystko za.... 20 zł! I to nawet nie za 20 zł na miesiąc, ale za 20 zł za cały ten rok. Chyba nigdy nie miałam w życiu lepszej propozycji ;)


Czytaj dalej...

Mythic Oil - maska do włosów DOSKONAŁA!

Hey!
Przychodzi taki dzień, że wierzysz, że już żadnej lepszej maski, szamponu, odżywki nie znajdziesz. Że to co masz na swojej półce to jest własnie to, czego szukałaś przez całe życie i będziesz temu wierna na wieki. I wtedy niespodziewanie pojawia się on - kosmetyk doskonały!




Nazwa produktu:
Mythic Oil maska do włosów cienkich i normalnych

Producent:
L'oreal

Cena:
W salonie fryzjerskim, PO ZNIŻCE zapłaciłam ok 60 zł. No nie był to deal mojego życia, bo w internecie cena waha się od 36 do 50 zl. KLIK, KLIK, KLIK
Konsystencja, kolor, zapach:
Konsystencja maski jest kremowa, bardzo przyjemna. Kolor delikatny, żółtawy, ze złotymi drobinkami. Zapach śliczny, lekki, kwiatowy.


Opakowanie:
200 ml plastikowy słoik z zakrętką. Ma fajny kształt, ale dno jest wklęsłe, przez co wizualnie wydaje się, ze kosmetyku jest dużo więcej niż w rzeczywistości.
  
Obietnice producenta:
Maska do włosów cienkich i normalnych, bogata w odżywczy i wzmacniający olejek arganowy oraz olej z bawełny, który bawełny zawiera dużo nienasyconych kwasów tłuszczonych, w szczególności kwas linolowy i oleinowy. Dzięki temu działa przeciwzapalnie i przeciwalergicznie, znacznie poprawia także elastyczność włosów oraz regeneruje zniszczone końcówki. Olej arganowy doskonale nawilża włosy, sprawiając, że wilgoć zatrzymywana jest wewnątrz łodygi. Bogaty jest także w dużą ilość witaminy E, która jest naturalnym przeciwutleniaczem walczącym z wolnymi rodnikami. To sprawia, że struktura włosów pozostaje zdrowa i gładka. Olej arganowy powoduje naturalne zwiększenie objętości włosów i pogrubienie ich poprzez wytworzenie wokół nich dodatkowej otoczki.


Moje wrażenia:
Tak jak pisałam, maskę kupiłam w salonie fryzjerskim i wydałam na nią kupę kasy. Myślałam nad nią i jeszcze nad dwoma innymi z Ketastase, ale ostatecznie wybrałam Mythic'a. Do zakupu skłoniła mnie ogólnie dobra opinia o olejku z tej firmy oraz...zapach, który bardzo podobny jest do lubianej przeze mnie mnie maski od Phyto (KILK), co wewnętrznie podziałało na moje wyobrażenie o działaniu tego kosmetyku ;)



Maski użyłam pierwszy raz parę dni po jej zakupie. Z początku byłam zafascynowana tym zakupem, a potem podchodziłam do niej jak pies do jeża, bo bałam się nadmiernego obciążenia i podrażnienia . ale zaryzykowałam. I to było to, czego od dawna nie było na moich włosach, czyli ideał doskonały.
Po umyciu, na wilgotne włosy nałożyłam porcję maski (tak ok. 1 łyżki stołowej). Rozprowadziła się świetnie, jest śliska i super otula włosy. Na koniec jeszcze przeczesałam wszystko TT Aqua i zawinęłam włosy w bawełnianą koszulkę na ok 15 minut. 
Po tym czasie bardzo dokładnie zmyłam produkt z pasm, które już podczas płukania były bardzo gładkie i przyjemne w dotyku. Ale najlepsze miało dopiero nadejść. Wystylizowałam włosy tak jak zwykle, czyli podsuszyłam lekko suszarką i wygładziłam ceramiczną szczotką z suszarko-lokówki od Babyliss. Moim oczom ukazały się niezwykle błyszczące, bardzo gładkie i pogrubione pasma. Mam z natury włosy cienkie i niesamowicie wymagające, a po tej masce wyglądają zjawiskowo. Są nawilżone, sypkie, lśniące i są po prostu fantastyczne.
Na drugi dzień pasma nie tracą świeżości, jednak już na trzeci wymagają umycia, ale dla mnie to nie nowość, moje włosy nie wytrzymują trzech dni bez oczyszczania.

Wydajność maski jest bardzo dobra, patrząc na jej cenę (nawet za te 40 zł). Jest kremowa i śliska, bardzo dobrze się rozprowadza i nie potrzeba jej wiele na jedno użycie. Aplikowałam ją już około 8 razy i spokojnie na kolejne 6-7 jeszcze starczy.

Czy kupię ponownie? Oczywiście! To mój niezbędnik na większe wyjścia, gdzie włosy muszą wyglądać na prawdę świetnie, a tu nie ma mowy o tym, że coś nie wyjdzie, że zaliczę niechciany BHD, przesuszenie, obciążenie (którego można było by się spodziewać) czy przeproteinowanie (no ok wiem, tutaj raczej to niemożliwe). Ważne jest też to, że maska a każdym razem działa tak samo dobrze, moje pasma się do niej nie przyzwyczaiły.


Poniżej dwa zdjęcia komórką, z pierwszego użycia, czyli z dwóch miesięcy temu. Światło było do kitu, ale chciałam pokazać Ewelinie wygładzenie, jakiego dopuściła się ta maseczka, więc musiałam to w jakikolwiek sposób uwiecznić.






Czytaj dalej...

Nacomi, peeling- krem z olejem ze słodkich migdałów, który...wysusza

Hey, 
przychodzę dziś z kosmetykiem, który był na mojej półce już dość dawno, jednak szkoda było by go nie opisać. Choć nie kupię go ponownie, może niektóre z Was skuszą się na ten produkt.

Nazwa produktu:
Nawilżający peeling do twarzy z korundem i olejem ze słodkich migdałów

Producent:
Nacomi


Cena:
od 16 zł w promocji, do 25 zł w różnych sklepach

Konsystencja, kolor, zapach:
Kolor jest łososiowy, przyjemny. 
Zapach nie powala, ale na szczęście jest tylko lekko wyczuwalny. Dla mnie mdły, nie podobny do żadnego składnika, który zawiera peeling. Nie potrafię go do niczego porównać.
Konsystencja gęstego żelu.

Opakowanie:
Tubka zawierająca 75 ml produktu, bardzo poręczna.

Skład:
Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil,Alumina,Vitis Vinifera Seed Oil,Glycerine, Tocopheryl Acetate,Surcose Laurate,Plukenetia Volubilis (Sacha Inchi) Seed Oil, Helanthus Annus Seed Oil, Aqua,Citrus Aurantium Dulcis Peel Oil,Theobroma Cacao Extract, CI15985,C I16035, Limonene, Linalool, Citral, Citronellol.

Obietnice producenta:
Intensywnie nawilżający peeling do twarzy pomaga zwalczać martwy naskórek, pobudza mikrokrążenie i reguluje procesy naturalnej odnowy naskórka. Naturalne składniki - olejek ze słodkich migdałów, olejek z winogron i olej Inca Inchi intensywnie nawilżają i odżywiają skórę. Mikrokrystaliczny Korund delikatnie oczyszcza, dzięki czemu skóra lepiej przyswaja witaminy i minerały znajdujące się w olejkach i ekstraktach. Naturalny peeling Nacomi jest skutecznym kosmetykiem pomocnym podczas kuracji intensywnie nawilżającej, która pomoże zregenerować skórę twarzy zmęczoną czynnikami zewnętrznymi (zimny wiatr, mróz, promienie słoneczne).
Peeling po kontakcie z wodą zamienia się w odżywczy krem.

Moje wrażenia:
Opinię o tym produkcie podzieliłabym na 3 kategorie. 
Pierwszą z nich jest ta głoszona na opakowaniu właściwość zamiany żelowego peelingu, w odżywczy krem. Otóż polega to na tym, że pomarańczowy żel po kontakcie z wodą robi się biały i mniej gęsty. Moim zdaniem żadna większa filozofia, wiele produktów tak działa. Gorsze jest to, że podczas tej przemiany peeling lekko traci poślizg.



Drugą kategorią w mojej opinii jest działanie złuszczające i oczyszczające. Tutaj produkt spisuje się bardzo dobrze. Skóra jest wyraźnie gładsza (korund jest moim pewniakiem i zawsze ufam produktom z tym składnikiem, bo wiem, że zadziała). Oczyszczanie pozostaje na poziomie dobrym - mniej widoczne zaskórniki, rozjaśniona twarz, wyrównany koloryt. Regularne stosowanie na prawdę poprawia wygląd cery.

Trzecią kategorią jest nawilżenie. Tutaj produkt daje ciała. Niestety, moja skóra jest po nim dosyć sucha, a po dwóch godzinach, świecąca i przetłuszczona. Patrząc na skład produktu nie umiem doszukać się składnika, który działa tak bardzo wysuszająco. Przez to wszystko nie czuję, by moja skóra była w jakikolwiek sposób odżywiona i zabezpieczona przed zimnem, mrozem czy słońcem.
Dlatego też, jak wspomniałam powyżej, produkt poprawia wygląd naszej skóry, o ile po zastosowaniu użyjemy jakiegokolwiek lekkiego, nawilżającego kremu z dawką witamin.

Podsumowując, produkt jest dobrym zdzierakiem i ładnie wygładza cerę, ale koniecznie musi iść w parze z czymś odżywczym, bo niestety, nie jest on jednak peelingiem i kremem w jednym.
Czytaj dalej...

Hello HOLO!!! Witaj tęczo na paznokciach!

Cześć.
Nie często pojawia się u mnie temat paznokciowy. Właściwie to chyba w ogóle nigdy nie opowiadałam Wam o tym, że bardzo lubię malować paznokcie. Niestety, przez 13 lat mojego życia obryzgałam je dzień w dzień przez co teraz nie mam idealnego kształtu płytek. Z daleka tego nie widać, ale już na zdjęciu z bliska - owszem. Toteż lekko się wstydzę pokazywać moją twórczość na paznokciach. Jeśli chcecie dowiedzieć się jak przestałam obgryzac paznokcie, dajcie znać - zrobię osobny post.

Dziś chciałam Wam przedstawić moje ulubione lakiery holograficzne, które kupiłam w Chinach. Cześć z nich pochodzi z Aliexpress, jeden ze sklepu Born Pretty Store. Właściwie to wszystkie są z logo Pretty Born, jednak na ich oficjalnej stronie wychodzą dużo drożej.



Pamiętam, ze już od dawien dawna marzyły mi się holograficzne lakiery. Kilka lat temu jakaś firma, już nie pamiętam jaka, wypuściła na rynek takowy lakier, ale za cenę 99 zł. Dla mnie było to nie do przeskoczenia i starałam się znaleźć zamiennik. Później Golden Rose wydało swoje pseudo-holo lakiery, ale były tak beznadziejne, że zniknęły tak szybko, jak się pojawiły, bo z holo nie miały nic wspólnego.


I tak sobie mijały lata, szukałam co jakiś czas holo-lakierów i żaden nie zadowalał mnie jakoś szczególnie. Jedyny słuszny blask wykazywały pyłki, ale ja nie używam hybryd. W końcu jednak udało mi się trafić na stronę PBS a konkretnie do TEGO działu. Niestety, cena około 30 zł za buteleczkę o pojemności 6 ml to nie mała kwota. Jednakże ciekawość zwyciężyła i zamówiłam sobie jasnofioletowy kolor nr 11. Łączny czas od momentu zamówienia, poprzez pakowanie, wysłanie i czas dostarczenia zajął ok. 4 tygodnie.



Lakier na paznokciach bardzo mi się spodobał, wręcz oczarował, to tez chciałam więcej. No ale żeby za np. 5 kolorów dać 150 zł, za chińską firmę? O niee, co to to nie i na pewno nie za taką pojemność. Z pomocą przyszło Aliexpress. Przy odpowiednim ustawieniu wyszukiwarki jesteście w stanie dostać te lakiery za 1/3 ich ceny. Ja kupowałam U TEGO sprzedawcy, miał wtedy te lakiery za 2,49 dolara. Przyszły po około 6 tygodniach i mogłam cieszyć się następującymi odcieniami:



Lakiery są zadziwiająco dobrej jakości, ale dla pełnego efektu musimy nałożyć 3 warstwy. Mnie wystarczą 3 cienkie warstewki, malowane w odstępie ok 3-5 minutowym, az poprzednia wartwa lekko przeschnie.
Sam lakier schnie całkiem szybko, ale trzecia warstwa wymaga utwardzenia topem, jak większość lakierów nawet lepszych firm.


Najlepszy efekt kolorowego błysku widoczny jest w słońcu i sztucznym świetle, ale nie jarzeniowym i nie białym. W pochmurny dzień też nie jest zbyt efektownie - po prostu ładny, metaliczny kolor, ale pozbawiony holograficznego, tęczowego blasku.
Na szczęście nadchodzą letnie, słoneczne dni, a więc i holo będzie cudownie widoczny. Lakiery możemy mieszać i łączyć w parze ze stemplami, co daje bardzo ciekawy efekt:



Trwałość lakierów jest dla mnie zadowalająca. Z bazą z Poshe i topem z SallyHansen paznokcie pomalowane w niedziele wieczorem odpryskują dopiero w czwartek lub w piątek, co przy odpowiedniej dbałości o dłonie (np. zmywanie w rękawiczkach) daje mi cały tydzień w pracy z ładnym manicure, a musicie wiedzieć, że u mnie w biurze jest bardzo łatwo połamać paznokcie i zedrzeć lakier.



Poniżej prezentuje Wam filmik najlepszych moim zdaniem i najbardziej mieniących się kolorów (czyli tych ciemniejszych) - w sztucznym świetle lampki biurkowej. Na palcach mam kolor nr 10. Z filmiku na blogu najlepiej przejść na YT, wtedy jest lepsza jakość wideo.



Oprócz lakierów typowo holograficznych, mam jeszcze trzy kameleony, ale o nich napisze więcej w innym wpisie.
Jak zapatrujecie się na moim blogu na posty o lakierach? Mam jeszcze stemple, lakiery do stempli, kalkomanie i "gotowe lakiery-kalkomanie". Chętnie o nich napiszę, jeśli jesteście ciekawe.
Czytaj dalej...

Mydło z Aleppo od Planeta Organica + zdjęcia włosów

Nazwa produktu:
Gęste mydło Aleppo do mycia włosów i ciała

Producent:
Planeta Organica



Cena:
ok 40 zł

Gdzie kupiłam: KLIK  choć np. tutaj KILK jest taniej.

Konsystencja, kolor, zapach:
Mydło jest gęste, choć miękkie, na pewno nie tak elastyczne jak galaretka. Kolor ciemny, miodowo-zielony. Zapach mydła jest ciekawy i na pewno nie różany, jak go w niektórych sklepach opisują, ale tez nie typowo oliwkowy. Należy on raczej do przyjemnych i delikatnych.



Opakowanie:
Duża, plastikowa, zakręcana na twist puszka. Pojemność 450 ml.

Skład:
Aqua, Organic Olea Europea Fruit Oil (organic olive oil), Laurus Nobilis Leaf Oil (oil laurel), Rosa Damascena Oil (damask rose oil), Organic Crocus Sativus Oil (organic oil saffron), Myrtus Communis Oil (oil of myrtle) Vitus Vinifera Seed Oil (grape seed oil); Chamomilla Recutita Oil (chamomile oil); Potassium Olivate, Potassium Laurate, Sorbitol, Parfum, Caramel, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate.

Obietnice producenta:
Gęste mydło Aleppo powstało na bazie ekologicznego oleju z oliwek i posiada wysokie właściwości nawilżające i odżywcze. Organiczny olej z oliwek zawiera wysokie stężenie kwasu oleinowego, który pomaga unormalizować metabolizm lipidów w skórze, natomiast olej laurowy to naturalna ochrona przed szkodliwym wpływem środowiska zewnętrznego i bogate źródło witamin dla skóry. Olej ten odżywia, wygładza, odświeża i oczyszcza skórę.
Organiczny olej szafranowy czyni włosy grubsze i mocniejsze, a olejek z róży damasceńskiej daje delikatny aromat i podnosi włosy u nasady.

Moje wrażenia:
Pierwszym i najważniejszym kryterium w decyzji co do kupna tego jedna, jakby nie było, bardzo drogiego kosmetyku było to, że nie posiada on wysoko w składzie ani SLSu ani SLESu. Zależało mi na tym, bo chciałam używać produktu jako szamponu, a moja skóra głowy jest niestety, po półtorarocznej przygodzie z "nie-wiadomo-czym-i-dlaczego" bardzo wrażliwa.
Kiedy przyszła paczka i otworzyłam słoik, zostałam mile zaskoczona zapachem, który na szczęście, jak wspomniałam, nie przypomina zapachu róży, którego nie lubię, jeśli jest sztuczny. Co innego piękny, naturalnie pachnący kwiat, a co innego zapach w mydle. 

Kolejną kwestią było to, aby mydło nie przesuszało moich cienkich i lubiących fruwać włosów. Miało je myć, oczyszczać, pielęgnować i nie powodować szybszego przetłuszczania.

Jak to wszystko wyszło w praktyce? Wyszło zadziwiająco dobrze! Przede wszystkim mydło znakomicie umyło włosy, mimo, że nie ma w składzie mocnych środków i doskonale się przy tym pieniło, a ja lubię pianę.
Po wypłukaniu kosmetyku czuć było charakterystyczne skrzypienie dobrze oczyszczonych pasm, ale wyczuwałam również, że nie są one "zdarte do żywego" jak np. przy stosowaniu mocnego Nizoralu. Dodatkowym atutem jest to, że włosy dają się łatwo rozczesać i nie są splątane.

Po wysuszeniu suszarką (bez serum na końcówki, bez produktów do stylizacji, bez samej stylizacji) włosy są miękkie, gładkie i błyszczące oraz lekko odbite od nasady (co zauważyłam od razu, ponieważ mam z tym problem, a nawet nie wiedziałam, że produkt powinien spełniać to zadanie). Niestety, zarówno ten produkt jak i każdy inny szampon nie jest w stanie ujarzmić moich wszędobylskich krótszych i pozwijanych włosków - pamiątce po półtorarocznym wzmożonym wypadaniu. Z tym radzi sobie jedynie szczotka stylizująca, maska i ta pianka. Jednakże jak na taki stopień trudności, jaki istnieje podczas jako takiego ugładzenia tych puszków - wyszło całkiem nieźle.
Pod spodem macie zdjęcia prezentujące włosy tuż po umyciu i wysuszeniu. Nie stosowałam żadnej maski, nie olejowałam włosów przed myciem, nie używałam serum na końce ani kosmetyków stylizujących:





Mydło jako mydło sprawdziło się równie dobrze jak jako szampon. Nie używałam go w tym celu zbyt często, ale chciałam dać Wam pełną i rzetelną opinię, więc kilka razy się nim umyłam.
Skóra po kąpieli nie jest na pewno wysuszona, ale delikatnie umyta, oczyszczona i przyjemna w dotyku, a do tego nie podrażniona. Produkt fajnie się pienił i dobrze zmywał z ciała. Dla osób nie lubiących balsamów do ciała - idealne, jeśli skóra nie potrzebuje dodatkowego odżywienia.

Czytałam na wizażu i innych blogach, że produkt równie ładnie zmywa resztki makijażu oraz nadaje się do mycia okolic intymnych. Nie wiem, nie próbowałam, ale opinia wszędzie jest jednogłośna - mydło w tych okolicach sprawdza się rewelacyjnie.



Czytaj dalej...
URODOWE POPOŁUDNIE... © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka