Wiosna 2016 :)


Dzień dobry weekendowo, cudownie ciepło i słonecznie :)
Kiedyś wspominałam, ze interesuje mnie fotografia, szczególnie zdjęcia zwierząt w ruchu, psich portretów i zdjęć makro roślinności i owadów.
Dziś udało mi się w końcu "wedrzeć" na pobliskie ogródki działkowe i powitać piękną wiosnę 2016 przeplecioną jeszcze gdzieniegdzie z jesienią 2015. Niestety, nie wiem czy kiedy wszystko w pełni rozkwitnie uda mi się znów tam wpaść, ponieważ działkowcy bunkrują się na 4 spusty i 3 bramy ;/
Zapraszam do obejrzenia foteczek :)






























Emotikon smi
Czytaj dalej...

Chillbox kwiecień 2016

Heyka!

Wczoraj przyszedł do mnie Chillbox. Nie wiem czemu, ale jakoś z początku nie zachwycił mnie szczególnie. To znaczy, kosmetyki osobno ok, razem jakoś nie tworzyły efektu wow. Postanowiłam na spokojnie przemyśleć recenzję boxa, poogladać kosmetyki, poczytać o nich i dziś, po 24 godzinach namysłu stwierdziłam, że jestem zbyt wybredna, a pudełko nie jest złe, choć dwie rzeczy zupełnie są mi niepotrzebne.

Co tym razem znalazłam w boxie:


1. Korund kosmetyczny, Biocosmetics 
Moja buzia uwielbia peelingi, szczególnie peeling od Sylveco, który także jest z korundem. Od teraz mogę samodzielnie tworzyć zdzieraki, a nawet nie wiedziałam, że korund można kupić osobno i po prawdzie, myślałam, że to jakieś sproszkowane zioło... A tu niespodzianka, to jest minerał. Wygląda pięknie, jak bardzo drobnoziarnisty cukier i z pewnością będę go często stosować.


2. Masło shea, Ecoorganic.
Jest lepsze od tego, które dostałam w innym boxie - bardziej tłuste, lepkie, nie kruszy się. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, mnie takie pasuje bardziej. Oczywiście nie mam na nie obecnie żadnego dobrego pomysłu, ale z pewnością niebawem coś wymyślę.


3. Olejek zapachowy do aromaterapii, Aromat. Zapach - magnolia.
Nie. Nie cierpię kwiatowych aromatów do kominków - owoce, ciasta, przyprawy - tak. Kwiaty - nie.  Na szczęście moja teściowa lubuje się w tego typu pachnidłach - więc olejek na pewno się nie zmarnuje.


4. "Mężczyzna ze stumilowego lasu" - Douglas Lain, książka.
Krótki opis: 
"Życie Christophera Robina Milne’a, syna człowieka, który dał światu Kubusia Puchatka nie jest bajką. Był maltretowany przez sławnego ojca, walczył na frontach II wojny światowej. Obecnie prowadzi księgarnię, w której z założenia nie sprzedaje książek ojca. Wszystko się zmienia, gdy przypadkowo znajduje plakat z Kubusiem Puchatkiem, będący zaproszeniem na wiec protestacyjny w Paryżu w roku 1968. Znany całemu światu jako uroczy chłopiec z bujnymi włosami i wymyślonymi przyjaciółmi, dorosły Christopher stoczy walkę o zdefiniowanie siebie i swojego życia w cieniu ojcowskiego mitu. Douglas Lain łączy poezję z polityką, baśniowość z przemocą, prawdę z fikcją. Paryż 1968 z Wall Street 2012 oraz Kubusiem Puchatkiem."
Sama nie wiem. Ogólnie zdziwiona jestem, kto jest tytułowym bohaterem i jak daleko sięgnie w książce prawda, a co będzie fikcją. Lubię Kubusia Puchatka (Prosiaczek rlz!) i nie wiem czy chce czytać złe rzeczy o autorze tej bajki. Z drugiej jednak strony ciekawi mnie ta fabuła.

UWAGA SPOILER:
Doczytałam, że A.A. Milne wcale nie maltretował syna, a jedynie był wobec niego obojętny i okazywał mu swoje rozczarowanie gdy tylko nadarzyła się okazja. Własnie to pokazane jest w książce - czyli opis fabuły jest lekko przesadzony.


5. Nasiona Chia wraz z plastikowym słoiczkiem.
No przeuroczy jest ten słoiczek! Chia lubię, nawet o niej pisałam. Poczatkowo nie byłam zachwycona, bo mam zapas nasion, ale ostatecznie, kto mógł wiedzieć? A zdrowego puddingu nigdy za wiele, także, jest dobrze :)


6. Tonik oczarowy - Organique.
Podchodziłam do niego jak pies do jeża, bo bałam się o cerę. Jednak poczytałam, pooglądałam, pomyślałam i zdążyłam już kilka razy przemyć nim twarz - robi się całkiem przyjemna i ładna. nic złego się z nią nie podziało przez noc i przez dzisiejszy dzień.
Ładnie pachnie, fajnie nawilża, na pewno zużyje w całości.


7. Plakat F.L.Y. - First Love Yourself - od MillArt.

Nie zrobiłam fotki plakatu. Możecie go zobaczyć TUTAJ . generalnie jest to biała kartka A4 z czarnym napisem. Zupełnie nie dla mnie i zupełnie nie wiem dlaczego taki plakat kosztuje prawie 40 zł. Chyba chodzi o cenę nie tylko wydruku, ale i zaprojektowania. Dla mnie najładniejsza jest sama tuba w której przyjechał. Jestem tutaj zupełnie na nie, ale wiem, ze do jasnych, minimalistycznych pokoi się nada i będzie ładnie wyglądał w antyramie, lub białej ramce.

No i to tyle. Jak widzicie, nie przypasowały mi tylko plakat i aromat. Co do reszty- przemyślałam i polubiłam. Na pewno opiszę Wam niebawem działanie toniku i korundu. Nie zapomnę tez o maśle shea :) 
Ogólnie i tak pudełko wypada dużo lepiej od tych, które niedawno widziałam na innych blogach. Przynajmniej w mojej ocenie.

A co Wy sądzicie o kwietniowym Chilboxie?



Czytaj dalej...

Coś dziwnego, żelowego.... galaretka do mycia o zapachu granatu

Hey.
W PrettyBoxie styczniowym znalazłam pewien.. hmm.. ciekawy..intrygujący żel do kąpieli/pod prysznic. Początkowo wydawał mi się świetnym produktem, ale w miarę używania zmieniłam zdanie. Poczytajcie dlaczego. 



Nazwa produktu:
Żel pod prysznic o zapachu granatu 

Producent:
Lavea 

Cena:
14 zł

Konsystencja, kolor, zapach:
Zapach słodki, bardzo mi się podobał, ale pachniał jak galaretka malinowo-truskawkowa. No i własnie, konsystencja - również galaretki. Przechylony płyn dość długo wracał do swojego poprzedniego "położenia". Kolor- CZERWONY, bardzo czerwony.

Opakowanie:
Plastikowa butelka z metalowym korkiem ozdobionym małym plastikowym granacikiem.
 
Skład:



Obietnice producenta:
Żel pod prysznic Fruit Garden Therapy z owocem granatu. Jest odpowiednim kosmetykiem do codziennej pielęgnacji skóry i przeznaczony dla wszystkich rodzajów skóry. Doskonale eliminuje zanieczyszczenia z górnych warstw skóry tworząc warstwę ochronną przez co skóra jest zabezpieczona przed zanieczyszczonym środowiskiem.

Moje wrażenia:
Zapach to jedyne co mi się od początku do końca podobało w tym kosmetyku. Mimo że miał pachnieć granatem - nie pachniał, ale aromat był bardzo ładny i smakowity.

Gęstość to coś co mnie zachwyciło do momentu pierwszego użycia - taką galaretkę kiepsko się aplikuje i albo wylewa się jej za mało, bo reszta ucieka do butelki, albo wypada jej dużo za dużo. Bardzo kiepsko rozprowadza się na skórze, bo ciężko rozpuszcza się w wodzie i na mokrym ciele. W gąbkę wsiąka i kiepsko się pieni. 
Jak myje? Średnio. Właściwości pieniące-myjące-rozprowadzające-rozpuszczające w połączeniu w całość to jednak kiepskie combo. 

Kolor to tragedia, gdy wylejemy produktu za dużo, mamy wrażenie, ze myjemy się krwią..

Nie mam nic dobrego do powiedzenia o tym produkcie. Zużyłam jako płyn do kąpieli, bo ładnie pachniała nim woda. 
Czytaj dalej...

LeeStafford - odżywka z serii FIX IT - spóźniony zapłon, ale działa ;)

Heyka.

Od jakiegoś czasu na moim blogu czytacie głównie o rosyjskich kosmetykach do włosów. Już jakiś czas temu, chyba w wakacje 2015 roku udało mi się dorwać odżywkę Lee Stafford (ok, Rafał mi sprezentował :) ). W Rosmannie są, owszem, lecz tylko ta różowo-pomarańczowa i różowa, ale na porost. A ja szukałam tej odbudowującej. Moją znalazłam w Hebe, jako jedyną z tej serii, kosztowała 50 zł. Na szczęście mieliśmy wtedy 25% zniżki. Jak odżywka się spisuje, przeczytajcie same.


Nazwa produktu:
FIX IT Repair, Build and Fix Hair Treatment 

Producent:
Lee Stafford 

Cena:
50 zł za 200 ml

Konsystencja, kolor, zapach:
Biała, dość gęsta konsystencja, lekko kremowa. Zapach chemiczny, ale ładny, nie duszący.


Opakowanie:
Plastikowy, różowy słoiczek

Skład:
Aqua (Water/Eau), Cetyl Alcohol, Behentrimonium Chloride, PPG-3 Benzyl Ether Myristate, Cetrimonium Chloride, Cyclopentasiloxane, Phenoxyethanol, Cetearyl Alcohol, Glycol Distearate, Behentrimonium Methosulfate, C10-40 Isoalkylamidopropylethyldimonium Ethosulfate, Silicone Quaternium-16, Hydrolyzed Keratin, Isopropyl Alcohol, Propylene Glycol, Parfum (Fragrance), Sodium Chloride, Glycol Stearate, Imidazolidinyl Urea, Undeceth-11, Hydrolyzed Vegetable Protein PG-Propyl Silanetriol, Hydrolyzed Wheat Protein, Butyloctanol, Bis-PEG/PPG-20/20 Dimethicone, Hexyl Cinnamal, Undeceth – 5, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Hydrolyzed Wheat Starch, Tocopheryl Acetate (Vitamin E), Hydrolyzed Soy Protein, Butylphenyl Methylpropional, Linalool, Limonene, Coumarin, Iodopropynyl Butylcarbamate, Benzyl Benzoate, Potassium Sorbate, Aesculus Hippocastanum (Horse Chestnut) Seed Extract, Disodium EDTA, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Linolenic Acid, Oleic Acid, Panthenol, Retinyl Palmitate (Vitamin A), Sorbitol, Pentaerythrityl Tetra-di-t-butyl Hydroxyhydrocinnamate, Sodium Benzoate, BHT, Linoleic Acid


Obietnice producenta:
Odbudowa włosów, nadanie im blasku, elastyczności i wygładzenia.


Moje wrażenia:
Jak widać najdłuższy opis jest w składzie... Jest to odżywka nafaszerowana chemią od stóp do głów i jeszcze trochę ;) Alkohole, Pegi, Silikony.. 
No ok, ale jak działa? Zacznijmy od aplikacji. Odżywka ma białą, gęstawą konsystencję, która jakby się rozwarstwia. Ale nie nie, nie jest zepsuta - wszystkie tak wyglądają, taki ich urok.
Produkt nakłada się łatwo i przyjemnie, jest bardzo wydajna - niewielka ilość pokrywa całe włosy i przyjemnie je otula. 
Produkt trzymam około 10 minut, no tak max do 15, po tym czasie zmywam wodą. Odżywka spłukuje się w miarę łatwo, po dłuższym płukaniu nie czuć już jej śliskości, choć włosy nie skrzypią pod palcami.



Ten kosmetyk działa w dziwny sposób. Po umyciu i wysuszeniu pasm nie widzę nic - zero różnicy jakiejkolwiek w wyglądzie włosów - wyglądają tak, jakbym je po prostu umyła szamponem. Nie jest to zły efekt, ale nie powala. Mam cieniutkie włosy i muszą być dobrze dociążone, aby nie fruwały i nie puszyły się. I co się dzieje potem? Odżywka ma spóźniony zapłon! Po około godzinie włosy nabierają blasku - lśnią jak tafla, dociążają się zaczynają być sprężyste i mięciutkie w dotyku. Na prawdę, to jest specyficzny kosmetyk i dzieje się tak u mnie za każdym razem kiedy jej używam. 
Produkt mimo przeładowania silikonami, pegami i olejkami (na końcu składu) oraz dość porządnym dociążeniem po kilkudziesięciu minutach - nie sprawia, aby włosy się przeciążyły czy na drugi dzień wyglądały źle. Wprost przeciwnie - wyglądają na dużo bardziej świeże niż po niektórych maskach z naturalnym składem. 



Czy kupiłabym ponownie tą odżywkę? Nie. Ale nie dlatego, że jest zła - jest dobra, działa bardzo fajnie i lubię efekt jaki daje. Wydaje mi się nawet że optycznie pogrubia włosy. Jednakże 50 zł za taki skład to dużo. Wolę więcej naturalności w mojej pielęgnacji. Ogólnie 50 zł to strasznie dużo kasy, a to jednak zaledwie 200 ml (szczerze, gdybym nie miała napisane na opakowaniu, powiedziałabym że max 100-130). 
Byłam bardzo ciekawa tej odżywki, widziałam ją u KH, która chwaliła produkt i nie zawiodłam się, nawet pomimo spóźnionego działania. 
Polecam na spróbowanie, o ile nikogo nie odstrasza pół stówki na taki kosmetyk tego typu ;) 
Czytaj dalej...

Dresdner Essenz - Sól do Kąpieli mandarynka i pomarańcza

Witam dziewczyny :) 
Dziś o produkcie typowo rozpieszczającym zmysł węchu - mianowicie o soli do kapieli o zapachu mandarynki.



Nazwa produktu:
Sól do kąpieli o zapachu mandarynki i pomarańczy

Producent: 
Dresdner Essenz

Cena: 
5-8 zł, w zależności od sklepu, za 60 gram.

Konsystencja, kolor, zapach:
To pomarańczowy proszek o niesamowitym zapachu mandarynek.

Opakowanie:
Mocna, plastikowa torebeczka z maleńką dziurką przez która możemy poczuć zapach produktu.

Skład:
Sodium Sulfate, Solanum Tuberosum (Potato) Starch, Parfum (Fragrance), Sodium Methyl Oleoyl Taurate, Silica, Sodium Chloride, Persea Gratissima (Avocado) Oil, Panthenol, Hydrolyzed Rice Protein, Tocopheryl Acetate, Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Citrus Medica Limonum (Lemon) Peel Oil, Citric Acid, Aqua (Water), Coumarin, Linalool, Limonene, CI 77891(Pigment White No. 6)

Obietnice producenta:
Sól obudzi Twoje wspaniałe wakacyjne wspomnienia i wprowadzi Cię w dobre samopoczucie. Posiada także działanie kojące i harmonizujące, wyobraź sobie że jesteś na wakacjach nad Morzem Śródziemnym. Olej z awokado, w połączeniu z pantenolem, chroni skórę przed utratą wilgoci. Przyjemny aromat olejków eterycznych oraz żywe kolory sprawią, że odbędziesz bajeczną podróż przez przestworza matki natury.
BEZ detergentów syntetycznych SLES
BEZ emulgatorów PEG
BEZ olejów mineralnych i silikonowych
BEZ alkalicznego mydła

Sposób użycia (zalecenia producenta):
Zawartość opakowania wsyp do napełniającej się ciepłą wodą wanny (zalecana temperatura około 36-38 stopni). Rozmieszaj tak aby całość rozpuściła się w wodzie. Jedna saszetka przeznaczona jest na jedną kąpiel.

Moje wrażenia:
60 gram soli to bardzo dużo, dlatego mnie paczuszka starczyła na 3 razy, więc biorąc pod uwagę cenę około 6 zł- to 2 złote na kąpiel. 
Aromat jest niesamowity, bardzo naturalny, rześki i przyjemny, a że ja uwielbiam zapachy cytrusowe, to dla mnie bomba! Fajnie utrzymuje się podczas kąpieli i potem roznosi się po domu, gdy po umyciu mam otwarte drzwi z łazienki.
Sól barwi wodę na pomarańczowo, ale nie pieni się (tak wiem, sole się nie pienia, ale wole o tym wspomnieć), natomiast na powierzchni pojawiają się kropelki olejku z awokado. 
Kąpiel w soli jest przyjemna, ale nie czuję się po tym jakoś wybitnie wypielęgnowana i nawilżona. Zrelaksowana-owszem. 
W ofercie DE mamy wiele soli do kąpieli o na prawdę przeróżnych zapachach. Znajdziecie je na przykład TUTAJ. Mnie osobiście interesuje jeszcze ten z owocem granatu i grapefruita - to musi być niesamowity zapach!
Polecam raczej jako urozmaicenie kąpieli, bo to bardzo przyjemne doznania dla naszego zmysłu węchu :) Ale na wielkie nawilżenie i cudowną pielęgnację raczej nie liczcie ;)

Czytaj dalej...
URODOWE POPOŁUDNIE... © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka