Moje włosy są zniszczone!!!!

Hey.

Ile razy patrząc w lustro dochodzimy do wniosku, jaki objawia się w tytule dzisiejszego wpisu? Temat wałkowany od lat na wszystkich blogach. Czasem dokładnie wiemy co niszczy nam włosy, co powoduje, że mimo starań ciągle nie są takie, o jakich marzymy, jakie planujemy mieć. Kilka nieprzemyślanych ruchów i wracamy w najlepszym wypadku do punktu wyjścia, w najgorszym - niszczymy włosy tak ze tylko fryzjer może nas uratować - cięciem. Niekiedy nie mamy pojęcia, co robimy źle.
Wlosomaniactwem nie zajmuję się długo, bo zaledwie trochę ponad półtora roku, ale swoje przeszłam, wiele się nauczyłam, zaliczyłam kilka wtop i porażek, ale i do pewnych rzeczy doszłam.



Dziś chciałabym Wam na własnym przykładzie przedstawić i wyjaśnić, co powodowało, że moje włosy mimo wielu starań ciągle były i nadal w niektórych miejscach są - po prostu zniszczone.

  • WODA - bardzo mało piłam - spożywałam mało płynów. Herbata do śniadania i kolacji, jakiś sok do obiadu (lub nie) i to wszystko. Owszem, zajadałam się owocami, które są soczyste, ale to jednak za mało. Musiałam to zmienić. Jednakże nie myślmy, że picie dużej ilości wody wpłynie na nawilżenie naszych włosów - nie nie. Prawda jest taka, że spożywanie dużej ilości płynów nawodni nam organizm, a co za tym idzie, skóra, również ta na głowie, będzie lepiej nawilżona. Od kiedy pije więcej - półtora litra wody, plus dwie czarne herbaty, jednak skrzypokrzywa i jeszcze do tego sok robiony z owoców/warzyw, moja skóra przestała być przesuszona, a skóra na głowie mniej swędzi, co z kolei powoduje, że mniej się drapie i nie pocieram przy tym włosów przy samych cebulkach - a więc włosy mniej wypadają i nie uszkadzam ich.
  • WODA - tak, woda razy dwa. Pijąc dużo płynów, nie zapomnijmy, że na skórę głowy wpływa też woda, którą myjemy włosy. Pomijam tu kwestie wody filtrowanej/miękkiej/twardej czy jeszcze innej, bo każdy włos lubi co innego. Np. moje włosy po wodzie z filtra są bez życia. Ważna jest temperatura wody. Przed włosomaniactwem robiłam bardzo głupią rzecz - płukałam szampon mega ciepłą, a nawet gorącą wodą. Byłam przekonana, że dzięki temu dobrze wymywam kosmetyk. Woda parzyła, ja myłam. Łuski włosów maksymalnie się rozchylały, a moje włosy były wtedy narażone na niesamowite zniszczenia przy najdrobniejszym ruchu, czy to grzebieniem, czy szczotką, ręcznikiem albo suszarkolokówką. Kruszyly się. Obecnie płuczę włosy w ciepłej wodzie, na koniec polewam je mocno chłodnym, ale nie lodowatym strumieniem. Łuski włosów są zamknięte, a dodatkowo, moja wrażliwa skóra ukojona.
  • DIETA - Lubię fastfoody, lubię słodycze, lody czekoladowe i pizzę. Wiadomo, mnóstwo konserwantów, chemii, żółtego sera i cukru. Wszystko to zawsze odbija się na mojej cerze. Wągry, pryszcze na brodzie, większe wydzielanie sebum. Nie jest tak, że mam z cerą ogromny problem, ale nie wygląda tak idealnie jak u porcelanowej lalki. Od kiedy postanowiłam właśnie dla cery ograniczyć tego typu przekąski, zauważyłam, że moje włosy również zaczęły się mniej przetłuszczać, są w nienagannym stanie nawet na drugi dzień, co nie często się zdarzało. W tym linku KILK macie również podstawowe zasady zdrowego odżywiania się, aby włosy były ładniejsze i zdrowo rosły. Witaminy i mikroelementy są bardzo ważnym składnikiem każdego dnia. Pamiętajcie, że każdy niedobór odbija się w naszym organizmie w tym, co nasze ciało uznaje za najmniej potrzebne. Niestety, według naszego ciała to włosy są potrzebne najmniej, więc ciało przy znikomej ilości potrzebnej mu witaminy, po prostu nie dostarcza jej do cebulek, efektem czego włos traci na wyglądzie, staje się osłabiony i matowy, a nawet wypada.
  • PODUSZKA - Jakiś temu w każdym sklepie z pościelą można było kupić poduszki wykonane z froty. Fajnie chłonęły pot latem, szybko wysychały po wypraniu i były niezniszczalne. Niestety, ostra frota siała spustoszenie na moich włosach. Były szorstkie i podczas obracania się w nocy tarła moje włosy ostrymi nitkami. Dopiero teraz zdaje sobie z tego sprawę, lata wstecz nie miałam o tym pojęcia. Na chwilę obecną nadal mam takie poszewki w domu, ale śpią na nich moje psy. Swego czasu były jeszcze zimowe poszewki z polaru, które to z kolei tak bardzo grzały, że wystarczyło pół godziny, aby moja skóra głowy była spocona. Nie bardzo się tym przejmowałam, jeśli na drugi dzień rano myłam włosy. Teraz wiem, że to był błąd, ponieważ pot przez całą noc dusił cebulki, a skóra nie mogła oddychać. Obecnie od kilku tygodni śpię na poduszce z jedwabiu, o której wspominała kiedyś KH. Koszt takiego jaśka to około 15 złotych, jeśli szyje się go samemu. Niemożliwe? A jednak. Jeśli nie jest się wybrednym co do wzoru poduszki, to 100% jedwab o wykończeniu satynowym w byle jakim kolorze można kupić za 50 zł/mb. Ja kupiłam pól metra i zapłaciłam 25 zł. Do tego dokupiłam dobrej jakości bawełnę za 14 zl/mb. Chciałam po pół metra z dwóch kolorów, co daje w sumie z jedwabiem ok. 40 zł. Z takiej ilości można spokojnie uszyć 3 jaśki. Planuję zrobić wpis o szyciu własnej satynowej poduszki-jaśka, tam wyjaśnię też dlaczego potrzebowałam aż metra bawełny i tylko pół metra jedwabiu. W dzisiejszym wpisie ważne jest jednak to, że rano, po wstaniu z łózka moje włosy są w nienagannym stanie - bez splątań i zmierzwienia, co niestety przy cienkich włosachma miejsce nawet podczas spania na poduszkach z gładkiej bawełny. Dodatkowo niesamowite jest dla mnie to, że pasma przy skórze głowy są o poranku dużo bardziej świeże, niż kiedy spalam na poduszkach z tkaniny innej niż jedwab.
  • STYLIZACJA - nie odkryję Ameryki, kiedy powiem, że prostowanie, suszenie zbyt gorącym nawiewem, lokówki i karbownice niszczą włosy. Nawet na początku wlosomaniactwa zdarzało mi się sięgać po prostownicę i katować nią moje cienkie włosy. Dodatkowo suszarkolokówką suszyłam je na najwyższym biegu, do tego stopnia, że włosy parowały. Wtedy myślałam, że nie robi im to krzywdy - ot, uciekająca para wodna. Dopiero potem przeczytałam, że ta woda rozrywa mi włosy kawałek po kawałku, chcąc się jak najszybciej wydostać z włókien włosa. Do tej pory, kiedy widzę prostująca włosy fryzjerkę, gdzie z włosów się prawie dymi a ona uspokaja - spokojnie, to tylko płyn paruje, to mam ochotę jej powiedzieć, co sadzę o jej "fachowej wiedzy" dotyczącej dbania o "materiał" z którym pracuje na co dzień. Ale niekompetentne fryzjerki to temat na osobny wpis. Od 15 miesięcy nie używam prostownicy ani lokówki, włosy susze zawsze letnim nawiewem. Ich kondycja znacznie uległa poprawie. Przestały się łamać na rożnej długości i są gładkie.
  • FRYZURY - włosy nosze raczej zawsze rozpuszczone, ale kiedy moja skóra nie szaleje - robię sobie kok z klamrą. Pamiętajcie jednak, że zbyt ciasne upięcia, które mocno napinają nam skórę na czole doprowadzą, prędzej czy później, do osłabienia włosa i jego cebulki, co w efekcie skończy się wypadnięciem. 
  • OZDOBY - jeszcze w liceum lubowałam się w ozdobnych gumkach, mocnych klamrach-szpilach i innych dziwnych ustrojstwach. Potem co prawda z nich zrezygnowałam podążając za modą na rozpuszczone i wycieniowane włosy, ale do dziś pamiętam ile włosów wyciągałam z gumek z metalową skuwką, albo jak bardzo łamały mi się od silnych, ostrych zębów metalowych klamer. Dziś wszystkie te ozdoby nadal są u mnie, leżą w szafce i czekają, nie wiem na co. Są piękne, żal mi je wyrzucać. Ale na moich włosach na pewno już się nie znajdą.
  • KOSMETYKI - jedno o sobie mogę Wam powiedzieć, a te, co mnie dłużej czytają wiedzą to od dawna - mam pierdolca na punkcie masek do włosów. Staram się z tym walczyć. W mojej szafce można było znaleźć maski różnych producentów, różnych rodzajów, z różnych przedziałów cenowych. Używałam ich po każdym myciu, często w nadmiarze, nie raz nie umiałam ich nawet porządnie dopłukać, bo tyle tego naładowałam na pasma. Byłam niepoważna. Wiele z tych kosmetyków nie pasowało moim pasmom, ale używałam, bo szkoda było zmarnować, więc waliłam po 1/3 opakowania na moje marne 6 cm w obwodzie kucyka, do ramion. Dziś nadal mam porządną kolekcję masek, ale prawie wszystkie dopasowane są do porowatości moich włosów. Używam ich z głową - nie za dużo, nie codziennie. Odpowiednia maska w odpowiednim momencie. Wszystko przemyślane. Pamiętajcie szczególnie o dopasowaniu produktu do aktualnej potrzeby swoich włosów. Jeśli wasze włosy nie tolerują protein, to im ich nie fundujcie, tylko dlatego, że na topie jest teraz maska z keratyną. Włosy będą w pewnym momencie matowe i zaczną się łamać od nadmiaru budulca.  Jeśli nie macie przesuszonych włosów, nie używajcie zbyt często masek nawilżających, włosy zaczną się plątać i puszyć, będzie można je łatwo uszkodzić podczas czesania. Maski emolientowe również z umiarem - jeśli będzie ich w pielęgnacji za dużo, pasma zaczną smętnie wisieć, strączkować i szybko się przetłuszczać, co z kolei ma zły wpływ na stan skóry naszej głowy.
  • PEELING - dacie wiarę, że przez 29 lat nie peelingowałam skóry głowy? Jakoś tak po prostu nigdy na to nie wpadłam, a produktów do tego typu zabiegów w sklepach po prostu nie było i nie wiedziałam, że skore głowy można a nawet trzeba oczyszczać w ten sposób. Niespecjalnie chyba było mi to potrzebne, bo zawsze używałam mocnych szamponów, ale od kiedy zaczęłam świadomie dbać o włosy, musiałam wdrożyć do mojej pielęgnacji peelingi. Dzięki nim pozbywamy się tego, czego normalny szampon nie potrafi domyć. Odtykamy skórę, która zaczyna lepiej oddychać i mniej się przetłuszcza, co z kolei ma zbawienny wpływ dla naszych włosów - cebulki nie są zapchane i nie pasemka nie wypadają. Jednak kiedy byłam na początku a nawet już w zaawansowanym stadium włosomaniactwa (czego wtedy nie mogłam nazwać jeszcze świadomą pielęgnacją), nadal nie miałam pojęcia o peelingach. Myłam włosy delikatnymi szamponami, maskowałam jak oszalała i w ogóle nie przejmowałam się stanem skóry głowy. Włosy zaczęły się bardzo szybko przetłuszczać i wyglądały brzydko. Zaczęły wypadać. Teraz, nauczona doświadczeniem raz na tydzień używam peelingu mechanicznego, czasem przed nim używam jeszcze peelingu enzymatycznego. Pasma są odbite u nasady, świeże i ładne, a skóra dużo spokojniejsza. Jednakże nie przesadzajmy w drugą stronę. Zbyt częste peelingi naruszą nam naturalną barierę ochronną naszej skóry głowy i podrażnią ją, co w efekcie doprowadzi i tak i tak do nadmiernego przetłuszczania, swędzenia a nawet pieczenia i szczypania oraz utraty niektórych włosów.
  • OLEJOWANIE - olejować trzeba z głową. Nauczyłam się tego dosyć późno. Przede wszystkim na całą noc kładłam na skórę głowy olejek na porost, co w pierwszych kilku miesiącach przyczyniło się do spektakularnego efektu - włosy rosły bardzo szybko... i równie szybko wypadły, bo skóra była prawie co noc! na całą noc! zapchana olejkami. Obecnie nakładam olejek od ucha w dól a resztki z dłoni lekko wcieram w wyższe partie włosów, natomiast na pewno nigdy już nie będę stosowała olejku jako wcierki. Jeśli jednak się zdecyduję - na pewno nie zrobię tego na noc, tylko na max 2 godziny przed myciem. Druga sprawą jest ilość oleju - kiedyś paćkałam na pasma tyle oleju, że wyglądałam, jakbym wyszła spod prysznica. Efekt - niedomyte włosy i strączki, szybko przetłuszczająca się skóra głowy. Dziś moje włosy tuż po naolejowaniu wyglądają jak lekko zwilżone mgiełką. A efekt - lepszy! Pamiętajcie też o odpowiednim doborze olejku. Tutaj KLIK możecie poczytać o olejkach dedykowanych różnym porowatością włosów. Nie należny jednak na to ślepo patrzeć, ale jeśli jesteście początkujące, radziłabym celować w olejki dedykowane, a potem kombinować. Kiedyś poszłam za trendem "olej kokosowy dobry na wszystko", efektem czego ponad tydzień leczyłam moje włosy maskami i delikatnymi szamponami emolientowymi, bo olejek kokosowy zrobił mi po 2 godzinach takie siano z włosów, że nawet sera silikonowe nie dały rady ich wygładzić.
  • SZAMPONY - dawno temu używałam mocnych zdzieraków. H&S i inni mocni czyściciele królowali na mojej półce. Włosy były szorstkie, suche, miałam na głowie siano, które kruszyło się niemiłosiernie. Potem wpadłam w szał włosomaniactwa i wszystko co było z SLS było be i do kosza. Efektem były obciążone pasma i dusząca się skóra głowy. Włosy były przyklapnięte i szybko się przetłuszczały, sebum zatykało mieszki - mogło to spowodować poważne problemy i włosy mogły zacząć wypadać w każdej chwili. Musiałam szybko znaleźć złoty środek, więc robię to co większość - na co dzień myje włosy łagodnymi szamponami, ale gdy tylko czuje, że skora zaczyna się buntować, sięgam po Nizoral, Dermenę i oczywiście peeling. Dzięki temu nie przesuszam i nie niszczę pasm nadmiarem szkodliwych środków myjących, a w razie potrzeby, dokładnie oczyszczam skórę głowy.
  • TURBAN - czy wiecie, że można przetłuścić włosy zaraz po umyciu? Zbyt długo pozostawiony na głowie turban zaczyna działać jak termos - skóra głowy się nagrzewa, a wilgotne włosy tworzą pod ręcznikiem "tropikalny klimat", co sprzyja poceniu się. Ja wiem, ze to brzmi absurdalnie, ale tak właśnie jest, zwłaszcza w letnie dni, kiedy temperatura nawet w mieszkaniu wynosi 25 stopni. Dodatkowy problem stanowi też to, że w takim "klimacie" łuski włosa pozostają rozchylone, co powoduje, że pasma są bardzo podatne na zniszczenia i szybko mogą zacząć się wykruszać oraz łamać. W liceum zostawiałam ręcznik na głowie na ponad 20 minut. Obecnie nie popełniam już tego błędu i włosy zawijam na max 7-8 minut pod przewiewną, bawełnianą koszulkę, której zadaniem jest jedynie wpić nadmiar wody z pasm.
  • SZCZOTKA - tutaj KLIK pisałam o tym, jak TT zniszczył mi włosy. Nie będę się nad tym rozwodzić drugi raz w tym wpisie, bo musiałabym powielić wcześniejszy post. Są szczotki, które szkodzą włosom cienkim, są i takie, które nie nadają się do kręconych. Jednym szczotka pasuje, innym nie. Nie mam na to złotego środka, trzeba próbować. Obecnie jestem w fazie testowania Olivia Garden Finger Brush rozmiar M i jak na razie sprawdza się rewelacyjnie.
  • TRWAŁA - co tu dużo pisać - trwała zawsze zniszczy włosy i nikt nie wmówi mi, że nie. To bardzo inwazyjny, chemiczny zabieg, który sięga wgłąb włosa bardziej niż farba. Zrobiłam to raz. Nie pamiętam ile to wszystko trwało od nałożenia do zmycia, ale pamiętam za to, że płakałam przez długi czas. Jedyna słuszna rada - nie róbcie sobie trwalej!

Przyczyn, które powodują zniszczenia na włosach może być jeszcze wiele. Pisałam dziś o tym, które znam z własnego doświadczenia. Nigdy natomiast nie tarłam włosów frotowym ręcznikiem, co jak wiadomo, niesamowicie uszkadza strukturę włosa. Nie spałam z mokrymi włosami, nie utleniałam ich (jedynie farbowałam cienkie pasemka). Czeszę włosy na mokro, bo tak jest mi wygodniej i lepiej wyglądają po wyschnięciu, a że się nie plączą, nie mam problemow ze zniszczeniami po czesaniu pasm, gdy są mokre.

Pamiętajcie. Bardzo ważne jest dbanie o skórę głowy - jeszcze ważniejsze niż o same łodygi, ponieważ to skóra musi być w dobrej kondycji, aby zdrowe mieszki tworzyły zdrowe cebulki, a te z kolei - piękne włosy. Łodygę w najgorszym wypadku zetniesz i zapuścisz włosy na nowo. Doprowadzić skórę łowy do porządnego stanu jest o wiele gorzej - sama meczę się z tym już kilkanaście miesięcy. W pewnym momencie włosomaniactwa popełniłam gdzieś błąd - na bardzo długi czas "zalepiłam" skórę toną masek, bo skoro były ładne,  a głowa wtedy jeszcze nie swędziała, to ani mi się śniły mocne szampony i peelingi (pisałam o nich wyżej). Pasma zaczęły wypadać garściami, straciłam centymetr w kucyku. Do tego doszedł stres, zmiana klimatu i pewna choroba której wyleczenie zajęło tydzień, ale o badanie i leki musiałam się prosić rok (!). We wrześniu 2016 roku miałam takie włosy:




Wypadały wtedy już ponad rok ( już w ruchu był Nizoral i peelingi, aby odetkać mieszki). Po ślubie, który był w październiku, przestałam siłą woli "trzymać włosy przy sobie" i wypadały jeszcze bardziej, powiedziałabym, że byłam na granicy załamania i obaw, ze łysieję. Dopiero około grudnia wszystko się uspokoiło, ale niestety, straty są ogromne - zarówno w gęstości, jak i na długości, bo musiałam mocno skrócić włosy, aby odciążyć bardzo słabe cebulki.

Dbajcie o włosy, jeśli zależy Wam na ich pięknym blasku i nienagannej kondycji, "wsłuchajcie się" w ich potrzeby, dostosujcie pielęgnację do aktualnego stanu pasm i nie męczcie włosów, jeśli nie jest to potrzebne. Dbajcie również o skórę głowy. Jej stan w ponad 50% odpowiada za stan włosów i pamiętajcie też, że to, co obecnie jest tuż przy skórze, kiedyś będzie końcówką Waszych włosów.



3 komentarze :

  1. Pięknie teraz wyglądają Twoje włosy, muszę wyrobić w sobie nawyk częstego picia wody :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kiedyś także miałam problem z piciem wody, dietą (uwielbiam to co i Ty :D) robieniem peelingu, długim trzymaniem ręcznika na głowie i wiele innych ale z czasem nauczyłam się przestrzegać te zasady ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Inspirujący wpis, ja podzieliłam się nim na moim fb :)

    OdpowiedzUsuń

Każdy komentarz to znak, że post został przeczytany :) Zapraszam więc do dyskusji :)

URODOWE POPOŁUDNIE... © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka