Najnowsze zakupy - Olivia Garden, golden rose, Agafii, OrganiShop, Too Faced. L'oreal i Estonica

Heyka!

Nie ma już co prawda u mnie denek, bo zużywam dużo kosmetyków, a ostatnio jednego dnia poszły 4 pudelka do kosza i nie mam miejsca, żeby przetrzymywać te czasem wcale nie małe opakowania. 
Nie ma u mnie tez zawartości boxów kosmetycznych - bo mam za dużo tego wszystkiego i wiele z nietrafionych produktów nadal u mnie zalega.
Będzie jednak post, tak jak zazwyczaj - z moich ostatnich zakupów.

Staram się już nie szaleć. Ale czasem nie wychodzi, bo jestem po prostu kobietą i tak już mam. Zazdroszczę dziewczynom, które umieją żyć w minimalizmie - ja nie potrafię. Kilka razy próbowałam, ale nic z tego nie wyszło ;)


Na pierwszy ogień całkiem niedawno poszedł sklep hairstore.pl Gdybym miała drugi raz tam kupować, nie do końca wiem, czy bym to zrobiła, musiał by mnie do tego zmusić brak towaru w innych sklepach. Dlaczego? Bo hairstore to bardzo drogi sklep i niestety, porównałam sobie ceny z innymi stronami dopiero po fakcie. 
Na szczęście wygórowane ceny dosyć często rekompensują nam bardzo fajne promocje, jakie oferuje sklep. TUTAJ KILK macie promocję na przepięknie pachnące kosmetyki Victoria's Secret.
Jeśli chodzi o moje zakupy w tym sklepie, były dosyć skromne. Kupiłam maskę do włosów Loreal Absolut Repair Lipidium, maska regenerująca włosy uwrażliwione, 200ml. Po fantastycznych efektach jakie dawała mi inna maska z Loreal'a KILK chciałam spróbować innej, tym razem z serii Expert. Jestem dopiero po pierwszym użyciu, ale już wiem, ze to kolejna wspaniała maska w mojej szafce. Drugim zakupem w hairstore była Olivia Garden Finger Brush, szczotka do rozczesywania i masażu, włosie dzika, średnia. Po tym co Tangle Teezer zrobił mi z włosami KLIK poczytałam trochę, popytałam i wybór padł na tą szczotkę. Wersja mała przydała bym mi się do torebki, ale szczotki są drogie i chyba na chwilę wstrzymam się z mniejszą wersją. Duża jest za duża na moje cienkie i rzadkie włosy. Średnia wydawała się akurat i taka jest. Do tego rzeczywiście - jest niesamowita i pięknie rozczesuje pasma. Wygięta główka czesadła to rewelacyjny pomysł.


Wczoraj korzystając z okazji wypadu do kina, specjalnie wybraliśmy z mężem cinema City w Agora Bytom, żebym mogła udać się do stoiska Golden Rose i kupić ich najnowsze lakiery holograficzne. Jakiś czas temu wspominałam, że kiedyś mieli już coś podobnego, ale były one kompletnym niewypałem. Tym razem kolory są niesamowite! Wybrałam sobie dwa róże - blady 03 i nieco bardziej nasycony 04, oraz fiolet 05. W sztucznym świetle, jak to holo, wyglądają kiepsko. Ich piękno ukazuje się w sztucznym świetle nie jarzeniowym, lub w słońcu, więc są idealne na lato. Ja jeszcze nie robiłam zdjęć na bloga, więc odsyłam Was tutaj KLIK, abyście lepiej poznali możliwości nowych lakierów Golden Rose.
Koszt jednego lakieru to prawie 20 zł, co daje spora sumkę, jeśli chcemy mieć wszystkie kolory w kolekcji.
I teraz dramat dnia - złamałam paznokieć prawie do samego łożyska, więc na 2-3 tygodnie mam z głowy malowanie paznokci - jestem tym faktem wielce niepocieszona :(



W Agora Bytom znajdziecie również sklep Endorphine. Mają tam kosmetyki ze Skin79, Tutti Frutti, kolorówkę, kosmetyki rosyjskie, trochę kosmetyków męskich, Ziaja, Maron, Herbal Care, Balea itd.
W Endorfince kupiłam mydło do rąk i ciała (u mnie posłuży tylko do rąk) jagodowe od Agafii. Nigdy nie miałam jeszcze tego typu kosmetyku od Babuszki, a że kosztowało 5,50 zł, skusiłam się, zwłaszcza, że mydło które mam obecnie bardzo wysusza skórę. 
Do kompletu kupiłam pomarańczową maskę z Natura Estonica - w wielkiej tubie, za 14 zł. Mam trzy maski z tej serii- zieloną, seledynową i jasnoczerwoną i powiem Wam, że są rewelacyjne. Tak na prawdę mam jeszcze dość spory zapas, ale.. no jak mogłam się nie skusić, kiedy te wspaniałe, kolorowe, piękne tuby tak patrzały na mnie z tej sklepowej półki? ;)

W Tesco coraz częściej widzę kosmetyki z Rosji i Estonii. Pojawiły się też w aptekach DOZ. Podczas robienia zakupów na obiad (w Tesco, nie w aptece;) ) kupiłam delikatny peeling do twarzy z Organic Shop. Kiedyś miałam ten KILK i narzekałam, że nie peelinguje. Bo nie peelinguje - ale kiedy dodawałam do niego korund, stawał się fajnym kosmetykiem. Do tego niesamowicie pielęgnował i odżywiał twarz. Te peelingi nie są drogie, kosztują około 6-8 zł, dlatego tym razem skusiłam się na inną wersję zapachową. 


Ostatnim nabytkiem, choć to właściwie prezent od męża, jest paletka Natural Love od Too Faced. To niezwykła kompozycja ciepłych odcieni złota, brązu, różów i fantastyczne połączenie ich w kolekcję. Więcej o niej pisałam tutaj KILK i od kiedy ją mam, porzuciłam inne paletki (nawet brzoskiwniową z Too Faced), aby tworzyć niezwykle makijaże tylko przy użyciu tego jednego zestawu.
Cena regularna to 245 zł, ale Sephora znów wypuściła kod rabatowy, tym razem na -15%.

I to tyle - niby skromnie, ale jednak coś. Najmniej potrzebna była mi chyba pomarańczowa tuba, ale nie potrafiłam się jej oprzeć. Tez tak czasem macie?
Czytaj dalej...

Too Faced Natural Love - paletka 30 przepięknych cieni do powiek

Witam Was serdecznie w ten weekend.

Pogoda jak zwykle (przynajmniej u mnie) nie zachwyca. Jest szaro, zimno i deszczowo. Na szczęście kolorów dodaje mi paletka Too Faced - Natural Love, która dostałam w prezencie od męża.


Paleta kosztowała 245 zł i została nabyta w Sephorze. Online można ją kupić tutaj KLIK.
Kolekcja cieni znajdowała się w pudełku z miękkiego kartonu, a w środku, oprócz paletki znalazłam także mini książeczkę z kilkoma pomysłami na makijaże z użyciem kolorów zawartych w palecie oraz z paroma innymi informacjami.


Paleta zawiera 30 kwadratowych cieni do powiek, każdy o boku 2 cm i wadze 0,8 grama. Odcienie są w większości ciepłe i naturalne. Nie znajdziemy tu ostrych zieleni czy wibrujących pomarańczy. Według producenta, w paletce mieści się 7 kolorów matowych, 13 kolorów migoczących i 10 połyskujących. Aby odróżnić od siebie te migoczące i połyskujące cienie, z pomocą przyszło opakowanie paletki, na którym 9 kolorów oznaczonych jest gwiazdeczkami - były by to chyba te połyskujące cienie, no ale jest ich tylko 9, a nie 10. Chyba o jednym zapomniano, albo na stronie internetowej jest błąd.



Całość zamknięta jest w solidnie wykonanym, aczkolwiek kartonowym opakowaniu z lusterkiem. Nie lubię papierowych opakowań, mam wrażenie, że są mało trwałe i tanie. Too Faced zadbało co prawda o każdy szczegół - lusterko okala złota ramka, całe opakowanie ozdobione jest tłoczonymi kwiatami, napisy są welurowe - ale jednak ciągle nie umiem przekonać się do tego typu pudełek. Nie przeszkadza mi to w Zoevie, ale paletki, które mam ja są o połowę mniejsze i może przez to wydają mi się bardziej trwałe i mocniejsze.


Przyjrzyjmy się każdemu kolorowi z osobna:

Heaven - bardzo jasny, kremowy kolorek w lekko żółtym odcieniu. Jest matowy i dosyć suchy, ale z pigmentacją u niego całkiem dobrze.

Fairy Tale - Oznaczony na pudełku gwiazdką. Złota perła. Kolor sam w sobie piękny, jednak jeśli chodzi o jego pigmentację, pozostawia wiele do życzenia, rozprowadza się gorzej w porównaniu do innych kolorów z paletki.

Nudie - jasne, matowe kakao. Jest delikatnie transparentny, ale dobrze pokrywa powiekę. Idealnie nadaje się na przejścia, między górną powieką a dolną, gdy nie planujemy mocniejszego makijażu.

Tickle me - Oznaczony na pudełku gwiazdką. Pięknie błyszczy. Znajdziemy tu troszkę brązu, ciut ciemnego beżu. Napigmentowany jest lepiej niż  Fairy Tale, ale to nie to, czego oczekuje od tak drogiej paletki.

Don'e Settle - Oznaczony na pudełku gwiazdką. Niektóre z tych kolorów mają na prawdę dziwne nazwy ;) Kolor jest przepiękny i głęboki, ale nie umiem go jednoznacznie określić. Nie jest ani brązem, ani ciepłym odcieniem szarości. Brudne złoto też na pewno to nie jest. Jedyne czego jestem pewna, że ten konkretny cień zasługuje na obecność w tej palecie - jego pigmentacja jest na prawdę dobra.

Fingers Crossed - Oznaczony na pudełku gwiazdką. Cudownie połyskujący ciemny brąz. Jest perfekcyjnie napigmentowany do zadań, do jakich zamierzam go wykorzystać - przyciemniania kącików oka - nie jest za mocny i nie zrobi mi plamy, ani za słaby - będzie go dobrze widać. Ładnie się blenduje.

Lace Teddy - matowy, jasny łosoś. Niezwykle przyjemny dla oka (i powieki), z pigmentacją dużo lepszą niż jego dwaj matowi poprzednicy.  Jest tak samo suchy jak Heaven i  Nudie ale jednak jest w nim coś co sprawia, że wychodzi lepiej na tle tamtych kolorków.

Satin Sheets - Kolor dla mnie perfekcyjny. Jest to również jasny, aczkolwiek głęboki łosoś, ale w przeciwieństwie do matowego Lace Teddy jest perłowo-holograficzny i nieziemsko opalizuje na różowe złoto. Pigmentacja bardzo dobra - jeden z tych kolorów, które na pewno wykończę najszybciej.

Push-Up - Śliczny, bardzo połyskliwy brąz. Jest dużo lepiej napigmentowany niż Tickle me, ma przyjemniejszą konsystencje, jest bardziej mokry i satynowy.

Honey Pot - dobrze napigmentowane, ciemne złoto. Wydaje mi się, że mógłby być dobrym kolorem bazowym dla wielu zestawień kolorystycznych w makijażach wykonywanych jedynie tą paletą.

Chocolate Martini - Oznaczony na pudełku gwiazdką. Ciemny brąz ze złotymi drobinkami. Nie jest to typowo brokatowy cień, jednak na powiece wygląda troszkę jak mat z delikatnym i nienachalnym brokatem. Pigmentacja dobra.

Undercover - Oznaczony na pudełku gwiazdką. Jest w zachowaniu bardzo podobny do Chocolate Martini. To wiśniowy brąz, który na powiece wydaje się matem z mnóstwem fioletowych, migoczących drobinek. Podoba mi się w tym cieniu to, że kolor nie zakrywa brokatu. Sephora ma kilka cieni, które w zamyśle również powinny być matem z mikrobrokatem, a malując się wychodzi mat bez połysku.

Pink Cheeks - bardzo efektowna, dobrze napigmentowana i nienachalna perła. Chłodna w dotyku, satynowa. Bardzo lubię jasne makijaże, wyglądam w nich dobrze - taki cień na pewno mi się przyda.

Kittens - Koteczki! Chłodny róż wpadający w jasny fiolet, o bardzo podobnym zachowaniu do Satin Sheets. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że dodano tu tego samego holograficznego złotego pyłku. Efekt końcowy jest taki sam - kolor opalizuje na piękne, różowe złoto.

Bunny Nose - satynowy, głęboki róż o dobrej pigmentacji i przyjemnej konsystencji. Bardzo ładnie błyszczy na powiece. 


Moonbeam - beżowy cień, który ładnie opalizuje na jasne złoto. Jest satynowy, dobrze napigmentowany, ale dla mnie troszkę nijaki. Nie lubię kolorów zbliżonych do naturalnych odcieni skóry. Ten odcień gubi się trochę na powiece.

Love Bug - kolor którego nie potrafię jednoznacznie określić. To bardzo perłowy brąz, opalizuje lekko na śliwkowo. Dobrze napigmentowany, satynowy cień. Odcień sam w sobie mi się podoba, ale nie wiem, czy dobrze się w nim czuje.

Smokin' - Oznaczony na pudełku gwiazdką. Napigmentowany kiepsko. Kolor jest piękny, ciepłoszary, migoczący. Niestety marnie się rozprowadza, jest suchy i źle się z nim pracuje.

Poodle - fantastyczna satyna. To bardzo blady róż, który ślicznie, ale bardzo delikatnie opalizuje na fiolet. W konsystencji jest najbardziej suchym satynowym cieniem w kolekcji, ale jego pigmentacja jest bardzo dobra.

Cutie Patottie - kolejny łosoś, najciemniejszy. Ma fajną pigmentację, ale nie opalizuje tak jak Satin Sheets - jest zwykłą, ładną satyną.

Dear Diary - brązowe, satynowe złoto. Czy złoto może być brązowe? Może - taki własnie jest ten cień. Ma dobrą pigmentację, ładnie błyszczy. Wolałabym, żeby opalizował, bo wydaje się lekko nijaki, ale nie jest to jakąś większą wadą.

Coffee Date - cieniowi, jako samemu cieniowi nie mam nic do zarzucenia, jest ładnie napigmentowany, satynowy. Ale jakiś taki ciemny wychodzi na powiece, nie wygląda dobrze.

Spoiled - Oznaczony na pudełku gwiazdką. Chłodny, ciemny brąz z pawie najdrobniejszym brokatem. Powiedziałabym właściwie, ze jest satynowy, gdyby nie to, że te błyszczące mikrodrobinki są jednak widoczne. Pigmentacja całkiem dobra.

Night fighter - Oznaczony na pudełku gwiazdką. Kolejny suchy, niezbyt dobrze napigmentowany według mnie mat z całkiem sporymi złotymi drobinami brokatu. Lekko znika przy rozcieraniu w kącikach, a jest na tyle ciemny, że nadawałby się w te okolice, więc wprawna ręka zrobi z niego całkiem fajny użytek.

Spotlight - matowy cień beżowo-żółty. O ile Heaven można spokojnie użyć w kącikach przy nosie, tak ten żółty beż powinien w ogóle zniknąć z paletki. Jest źle napigmentowany, a przez to, że ma taki a nie inny odcień - po prostu go nie widać na powiece. 

Honey Butter - Kolejny mało napigmentowany mat. Na szczęście od poprzednika odróżnia go to, że jest łososiowo-pomarańczowy i widać go na powiece, jeśli dobrze przyłożymy się do makijażu. Na pewno nie pracuje się z nim lekko i przyjemnie, ale coś mi podpowiada, że powinien znaleźć się w tej kolekcji, mimo słabego krycia. Bardzo dobry na subtelne wykończenia.

Honeymoon - piękna satyna. Łosoś z domieszką pomarańczy i różu. Jest ładnie napigmentowany (choć nieco gorzej od innych satynowych kolorów z paletki) i slicznie opalizuje na różowe złoto.

Hot & Bothered - Oznaczony na pudełku gwiazdką. Dla mnie to satyna. Jest cieniem wilgotnym i pozbawionym drobinek. Piękny, rudy odcień o dobrej pigmentacji. Trochę przypomina mi Cooper is King z palety Rose Golden Vol.2 od Zoevy, ale ten od TooFaced jest ciemniejszy i bardziej wyrazisty.

Makeup & Chili - matowy ciemny brąz wpadający w czerwień. Kolor niejednoznaczny. Mógłby być lepiej napigmentowany, ale daje sobie radę i znajdzie wiele miłośniczek.

Stiletto - mogłabym się przyczepić pigmentacji tego cienia, ale nie tym razem. Nie jest to króczoczarny, intensywny kolor, który takim się wydaje w paletce. Przez to, że jest ciut za suchy i jego pigmentacja nie jest porażająca, fajnie przyciemnia kąciki i tworzy piękne smokey z zachowaniem umiaru.


Przeszliśmy przez wszystkie 30 kolorów w paletce, którą testowałam kilka dni. Jest to na prawdę dobra kolekcja, ale jak doczytaliście, nie obeszło się bez wad. Kartonowe opakowanie denerwuje, zwłaszcza, że łatwo je pobrudzić, a trudniej doczyścić. Bardzo uważałam na pudełko, ale przy robieniu swatchy wpakowałam w nią palce i ubrudziłam brzegi Love Bug oraz Hot & Bothered i niestety, nie da się ich wyczyścić nawet nawilżonym w płynie micelarnym wacikiem. Myć jej nie będę, bo to jednak tylko papier.
Kilka cieni ma gorszą pigmentację od reszty, ale tylko jeden wyrzuciłabym z kolekcji. I to tyle, jeśli chodzi o wady paletki.


Zalet kolekcja ma dużo więcej. Przepiękne, opalizujące kolory, dobrze napigmentowane satyny i ślicznie ozdobione pudełko z dużym lusterkiem skutecznie pozwalają rozkoszować się robieniem makijażu tą paletą.



Myślę, że paleta przypadnie do gustu bardziej dziewczynom o blond włosach i brązowych oczach. Odcienie są w większości na prawdę bardzo ciepłe i naturalne. Barwy są tak dobrane, że kolekcja spokojnie wystarczy, jeśli wybieramy się na wakacje i nie chcemy brać kilku kasetek z różnymi kolorami. Mamy tu ładne kolorki bazowe, kilka ciemnych na kąciki zewnętrzne i jasnych na kąciki wewnętrzne. Z pomocą Night Feaver i Stiletto można wyczarować subtelne i delikatne smokey.

Cienie na powiekach trzymają się dobrze i nie rolują się. Pod nie używam perłowej bazy Zoeva - makijaż bez większych problemów wytrzymuje cały dzień w pracy.

Poniżej jeszcze sześć losowych swatchy.



Jestem zadowolona z tej paletki i na pewno będę się z nią malować z wielką przyjemnością.

Szczegółowe informacje o składach cieni znajdziecie na stronie Too Faced KLIK.
Czytaj dalej...

Barter za 35 zł. Czy tak to powinno wyglądać?

Hey.

Jakiś czas temu napisała do mnie firma, która zaproponowała mi współpracę barterową. Nie będę podawać nazwy firmy, prosiłabym również o nie "strzelanie" w komentarzach, kto mógłby to być. Chciałabym Wam dziś powiedzieć, co nie podoba mi się - po raz kolejny - w tego typu "reklamie".


ROZEZNANIE TERENU:
Maila otrzymałam tydzień temu. Już na wstępie bardzo zdenerwował mnie fakt okłamywania mnie. Wiadomość zawierała zdanie, które działa na mnie jak płachta na byka:

"Mam Twój adres z naszej bazy kontaktów w związku z wcześniejszą współpracą lub z polecenia".

Na prawdę, firma nie wie, z kim wcześniej współpracowała? Proponują mi współpracę wieloetapową, przy nowych liniach, całych seriach. No to chyba powinni wiedzieć, czy mieli ze mną wcześniej kontakt? Zwłaszcza, że jak zaznaczyli, poszukują 50 testerek. Moim zdaniem powinni zająć się budowaniem współpracy z osobami, z którymi mieli już do czynienia, a nie na chybił trafił rozsyłać dziesiątki maili. Wiem, że mieli już podobne akcje i na mój babski rozum, powinni mieć bazę osób, z którymi odbywał się barter. Z polecenia też na pewno nie jestem bo.. no właśnie i tu dochodzimy do właściwie najważniejszej kwestii - bo ci, co mnie znają wiedzą, że nie używam lakierów hybrydowych, a własnie taki produkt miałabym testować. Mało tego, osoba zajmująca się PRem firmy nawet nie pokusiła się o przejrzenie mojego bloga, odszukanie wątków poświęconych lakierom (i czy w ogóle takowe istnieją) i przeczytaniu czegokolwiek - a pisałam całkiem niedawno. Tam też znajduje się informacja, że hybrydy są mi obce.

KONTAKT Z POTENCJALNĄ STRONĄ BARTERU:
Może się starzeję, może wymagam zbyt wiele kultury, ale już na początku firma waliła do mnie przez "ty". Nie zdarzyło mi się to jeszcze nigdy. Mam 31 lat, nie czuję się staro i na pewno nie na swój wiek ale uważam, że barter, to jednak współpraca, gdzie wskazane było by zachowanie podstawowych zasad dobrego wychowania. Odpisałam firmie w dosyć formalnym tonie, używając zwrotu "Państwo". Niestety, otrzymałam jeszcze bardziej prostą, koleżeńską odpowiedź. Dzięki Bogu, chociaż "Ci" pisali z wielkiej litery.

OPINIA I REKLAMA W INTERNECIE:
Starałam się odszukać jakiekolwiek informacje o firmie. Większość opinii pochodziła ze współpracy barterowej - ale o tym za chwilę. Doszukałam się wątków na forach kosmetycznych. Wiele dziewczyn było zadowolonych i równie dużo bardzo żałowało, że kupiło te lakiery. Pól na pół, z tą tylko przewagą na niekorzyść, że zadowolone były amatorki, natomiast profesjonalnym manicurzystką produkt nie przypadło do gustu, szczególnie ze względu na konsystencję, która jest podobno niezwykle rzadka i kolor słabo kryje.
Firma z tego co zauważyłam bardzo słabo reklamuje się na rynku, nigdzie o niej nie słychać, poza blogami.

POPRZEDNIE WSPÓŁPRACE BARTEROWE:
I tu znów brak szacunku do strony barteru, która ma recenzować produkt. Weszłam na dwa pierwsze posty, jakie znalazłam w spisie blogów, które współpracują z firmą. Jedna z blogerek dostała nie ten kolor, o który prosiła. Innej zapomnieli dać bazę i top. Firma wybrała najtańszą formę promocji, która jednak ma na prawdę duży zasięg, więc jak można już na początku się tak kompromitować? To nie była ogromna kampania reklamowa za dziesiątki tysięcy złotych. Trzeba było spisać adres blogerki, kolory które wybrała, dorzucić do każdej paczki bazę i top. Wysłać. Jak wspomniałam najtaniej i najprościej. Jak można to spieprzyć?

CZAS NA TESTY I RECENZJĘ:
Do dwóch tygodni. 
Dla mnie testowanie lakieru w 2 tygodnie, to sprawa niemożliwa. Muszę go przebadać w każdych warunkach, zmywać w rękawiczkach, bez nich, kąpać się, pracować, pisać na klawiaturze. Używać z topem, bez topu, z bazą i bez niej. Jeśli mam być wiarygodna i szczera wobec czytelników, to 2 tygodnie jest niczym. Nie wiem na jakiej podstawie dziewczyny oceniały fantastyczną trwałość lakieru - na forach, gdzie kobitki zakupiły lakiery, a nie dostały je za darmo - opinie o trwałości były już nieco gorsze.

SKORO NIE HYBRYDA, TO CO?
Firma posiada w swojej ofercie również lakiery klasyczne. Po informacji, że nie używam hybryd, zaproponowano mi 5 lakierów. Za 7 zł buteleczka. O pojemności 7 ml każda.

CZYM JEST BARTER? CO Z TEGO MAM?
Barter to wymiana bezgotówkowa, czyli towar (bądź usługa) za towar (bądź usługę). Strony uzgadniają wartość towarów lub usług i dążą do tego, żeby bilans był zerowy.

Zaproponowano mi towar za 35 zł. Do recenzji zawsze się przykładam i piszę co mi się podoba, a co nie. Nie owijam w bawełnę, nie umiem. Do recenzji przy współpracy barterowej przekładam się jeszcze bardziej. Staram się zrobić jak najlepsze zdjęcia, opisy, podlinkowania. Mam dobry sprzęt, ogromne żarówki, które żrą dużo prądu. Profesjonalne tła. Parasole bezcieniowe. Bardzo dobry aparat, który traci na wartości z każdym klapnięciem migawki. Tak wiem, moje zdjęcia nie są fotkami na poziomie blogów bardzo znanych, ale się staram, inwestuję. Uczę się, ćwiczę. Doskonalę. 
Mój czas, moje paznokcie, rachunek za prąd (lampy, komputer) i amortyzację mojego sprzętu wyceniono na 35 zł. Pomińmy czas testowania lakierów. Pomalowanie paznokci, zrobienie zdjęć po pomalowaniu, po jakimś czasie od pomalowania, fotki produktów, rozkładanie i zwijanie sprzętu, obróbka fotografii, opisanie kosmetyku, rozeznanie się w opiniach innych osób to około 8 godzin pracy. 4,36 zł za godzinę netto. Najniższa krajowa stawka godzinowa netto to 8,10 zł na rękę.
Czy bilans jest tu zerowy? Nie. Dostałabym 5 lakierów. Właściwie nijaki wysiłek firmy - wysłanie paczki (o ile nie zapomną mi dać któregoś koloru). Tym bardziej, że 7 zł to cena sklepowa, więc ich kosztuje to jeszcze mniej. A ja się będę wysilać, bo chcę, bo taka jestem - zaangażowana. Dążę do tego, aby być profesjonalna. Wybrali bardzo tanią formę reklamy i uważam, że bilans byłby ujemny. Ujemny dla mnie.

Wiele z Was pewnie pomyśli - znalazła się wielka gwiazda mikrobloga, która wybrzydza. Dostanie za free 5 lakierów, trochę się powysila, wrzuci posta. Ktoś przeczyta, ktoś inny nie. Właściwie dla firmy żadna reklama, ma tylko 200 obserwujących, więc jak ona w ogóle śmie mówić, że na tym straci? To firma straci, bo powinni wysłać lakier komuś na prawdę znanemu, kto lakier rozpromuje.
Otóż nie, moi drodzy. Dwa razy nie. 
NIE jeden - Ja rozumiem, na czym polega barter. Dają mi lakier. Mam lakier. Opisuję go. Klient szuka opinii na temat lakieru w internecie i wpada na mój blog. Blog się spodobał, obserwuje. Mam subskrybenta. Wiem. Ale na Boga, ta firma się nie reklamuje! Wiele osób nie wie w ogóle, ze ta marka istnieje. Wiem również, że może mnie dostrzec ktoś, np. jakiś kosmetyczny sklep, kto dałby mi w barter tusz z Diora i lakier od Chanel. Przeczyta i powie - świetna recenzja, profesjonalna - chciałbym, aby zareklamowała mój sklep z ekskluzywnymi kosmetykami. Racja. Ale z drugiej strony - to, jak opisuje kosmetyki, można stwierdzić również na podstawie recenzji produktów które sam kupiłam, recenzji, nad którymi chcę jeszcze popracować, aby były lepsze. Zresztą, czy porządna, wielkiej klasy firma, brałaby na poważnie osóbkę, która rzuca się na 35 zł? Bez obrazy dla nikogo - dla wielu z Was to fun i mnie to cieszy, że Wy się cieszycie.
NIE dwa - z własnego doświadczenia, prawdziwe do bólu. Nawet takiego prawdziwego bólu. Zgodziłam się kiedyś na bardzo niekorzystną dla mnie formę współpracy-pracy. Zapieprz na pełnych obrotach, zdarzało się, że moim pierwszym posiłkiem była kromka o 6:00, a drugim kromka o 14:00. Dajesz z siebie wszystko. Praca umysłowa, nikt nie mówił, ze również z elementami pracy fizycznej. Masz 3 przepukliny w kręgosłupie, ale zapieprzasz, bo albo rybki albo akwarium. Odwalasz robotę za dwóch, liczysz na to, że ktoś doceni. A jedyna forma uznania objawia się w dokładaniu ci obowiązków, bo kto, jak nie ty, da radę? Powoli odpadasz. Zaczynasz mieć wszystko w dupie. Nie nadążasz, nie chce ci się, jesteś zmęczona, wszystko cię boli. Nie żyjesz, pracujesz, jesz i śpisz. Zawalasz hobby, nie piszesz bloga, nie chce Ci się wyjść nawet do kina. Obojętniejesz. Płaczesz. Zaniżasz poziom, który utrzymywałaś, częściej chodzisz na przerwy, bo już nie umiesz się skupić. W zamian dostajesz opieprz i "karę", bo nie przykładasz się do pracy i "nie skupiasz się na robocie". Już dość, już nie chcę. Muszę zacząć się cenić. Wszędzie, w życiu, w przyjaźniach. W pracy. W barterze również. Już nie pokażę, że mnie dadzą minimum, a ja dam maksimum.

Pomijając wszystko inne, nawet te 35 zł, które za 8 godzin pracy otrzymałabym w lakierach, to jednak nie rozeznanie się w tym, czy w ogóle używam hybryd, ściemnianie skąd mają mój adres mailowy (wiem, ze z grupy na FB i jaki niby jest w tym problem?), utrzymywanie infantylnego poziomu maili w tonie wręcz rozkazującym i słaba dbałość o jakość współpracy - skutecznie mnie zniechęciły.
Czytaj dalej...

Łagodny szampon, który okazał się moim katem.

Cześć.

W poprzednim poście narzekałam na Tangle Teezer, a dziś pozostanę jeszcze na moment przy recenzji kolejnego produktu, który się nie spisał.

W trakcie mojego wzmożonego wypadania włosów połączonego z pieczeniem i swędzeniem skóry głowy, wypróbowałam bardzo dużo szamponów, które choć na moment pomogłyby mi i sprawiły, że nie chciałam sobie urwać głowy, byle by nic mnie nie piekło, nie szczypało i nie swędziało.

Jednym z nich był polecony przez koleżankę szampon Lavera. Co prawda nie był to ten konkretny z dzisiejszego posta, ale zachwalała ona ogólnie całą firmę. Jej kuzynka miała bardzo podobne problemy do moich i dopiero Lavera (szampon + odżywki) bardzo jej pomogły, do tego stopnia, że nic innego już dawno nie gościło u niej w łazience. Dodatkowo do kupna szamponu pchnęło mnie to, że kuzynka koleżanki ma obecnie przepiękne włosy prawie po pas, a zdarzało się, że podczas wzmożonego wypadania i pieczenia, pojawiały jej się łyse placki.

Więc jak szampon sprawdził się u mnie?

Nazwa produktu:
Łagodny szampon do wrażliwej skóry głowy




Producent:

Lavera

Cena:
W promocji ok 13,50 zł, ja płaciłam 19,00 zł KLIK
 
Konsystencja, kolor, zapach:
Konsystencja normalna, jak prawie każdego szamponu, ani za gęsta, ani za rzadka. Kolor bezbarwny, zapach mało przyjemny, nieco apteczny, trochę jak cukierki eukaliptusowe.
 
Opakowanie:
Butelka plastikowa o pojemności 200 ml, zamykana na click.

Skład:
Water (Aqua), Sodium Coco-Sulfate, Lauryl Glucoside, Betaine, Sea Salt (Maris Sal), Alcohol, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Seed Extract, Hamamelis Virginiana Leaf Extract, Macadamia Ternifolia Seed Extract, Olea Europaea (Olive) Fruit Extract, Glycyrrhiza Glabra (Licorice) Root Extract, Oryza Sativa (Rice) Extract, Triticum Vulgare (Wheat) Germ Extract, Avena Sativa (Oat) Straw Extract, Glycine Soja (Soybean) Germ Extract* Sodium PCA, Sodium Cocoyl Glutamate, Disodium Cocoyl Glutamate, Sodium Phytate, Fragrance (Parfum), Linalool, Limonene, Citronellol

Obietnice producenta (ze strony, na której kupiłam szampon):
Lavera Hair to nowoczesna linia naturalnych kosmetyków stworzonych dla każdego typu włosów. Z szerokiej gamy produktów każdy może wybrać dla siebie indywidualny zestaw do pielęgnacji i stylizacji włosów. Delikatne, certyfikowane szampony oraz kosmetyki stylizujące zawierające tylko naturalne składniki to gwarancja dobrego samopoczucia i wspaniałego wyglądu przez cały dzień.
Opis szamponu:
Wyciągi z bio-migdała, bio-oczaru wirginijskiego i bio-korzenia lukrecji działają łagodząco na wrażliwą i podrażnioną skórę głowy, zaś wyciąg z bio-migdałów, orzechów makadamia i oliwek pielęgnują włosy. Łagodne roślinne środki myjące (tensydy na bazie cukru i kokosa) niepodrażniające skóry oczyszczają i nawilżają włosy. Nie zawiera silikonów.
Zawiera naturalne składniki roślinne pochodzące z upraw ekologicznych, kontrolowanych dzikich zbiorów i z własnej produkcji. Wyprodukowano w Niemczech.
100% naturalny kosmetyk, wegański.

Moje wrażenia:
Na początku chciałam tylko nadmienić, że ile głów, tyle opinii i jeszcze raz wspomnę, że szapon kupiłam jako polecony przez osobę, której kuzynka uważa, że Lavera to najlepsza linia kosmetyków wegańskich i że to one pomogły jej odzyskać piękne i zdrowe włosy. Wierzę.

Natomiast u mnie szampon absolutnie się nie sprawdził. Moja bardzo delikatna skóra głowy zareagowała wzmożonym! wypadaniem na drugi dzień od mycia, nie mówiąc o tym, że prawie zwariowałam od intensywnego bólu skóry głowy. Skóra dostała takiego szału, że wytrzymałam dwie godziny, a potem musiałam ratować się ponownym myciem innym, delikatnym szamponem, który na jakiś czas ogólnie łagodził moje pieczenie. Po jakimś czasie dałam Laverze jeszcze jedną szansę. Nie udało się. Powtórka z rozrywki i podwójne mycie jednego dnia.




Jeśli chodzi o łodygi włosa, tu szampon również się nie popisał. Mam zdrowe włosy, mimo wypadania zawsze były ładne i błyszczące. Lavera avokado zrobiła mi na głowie matowe siano. Nawet po Nizoralu moje włosy nigdy nie były takie tępe i brzydkie.

Jestem rozczarowana tym kosmetykiem. Pokładałam w nim wiele nadziei. Bardzo się cieszę, że są osoby, takie jak wspomniana wyżej kuzynka, którym produkty Lavery pomogły. Ja niestety nie jestem jedną z nich. 

A jakie Wy macie doświadczenia z Laverowymi kosmetykami?
Czytaj dalej...

Niemożliwe stało się możliwe, Tangle Teezer niszczy mi włosy

Heyka.

Gdyby rok temu ktoś mi powiedział, że Tangle Teezer niszczy włosy, to popukałabym się w czoło. To znaczy jakieś tam głosy słyszałam, ale sporadycznie, raz na jakiś czas, przypadkiem.

Jednak niedawno zapisałam się na Facebooku do grupy włosowej. Dość często we wpisach typu "Pomocy, moje włosy się puszą i wyglądają coraz gorzej" zadawano jedno i to samo pytanie:
CZYM CZESZESZ WŁOSY? 
Kiedy tylko odpowiedź oznaczała używanie Tangle Teezera, sypały się dziesiątki komentarzy typu "wyrzuć", "to od niego", "to TT, mam to samo", "przez ten szajs zniszczyłam włosy, musiałam obciąć 20 cm".

Siedziałam, analizowałam i powoli chciało mi się płakać. Prawdopodobnie to, co brałam za dystroficzne włosy, które odrastają po megawypadaniu, to nic innego, jak włosy poniszczone TT. 
Poniżej przedstawiam Wam zdjęcie moich włosów, które dziś wysuszyłam tylko suszarką, bez stylizowania ich i wygładzania. Jak widzicie, była by z tego całkiem fajna tafla,  gdyby nie setki krótszych, niesfornych włosów, które nawet, kiedy je wygładzam modelując fryzurę, "odskakują" do godziny czasu.


O ile z boku wygląda to znośnie, choć i tak źle, to z przodu sytuacja ma się jeszcze gorzej, bo widać, jak bardzo włosy sterczą i są powykręcane.


Zaczęłam zadawać osobą, które twierdziły, że to TT niszczy im włosy pytanie, czym według nich objawia się to niszczenie. Odpowiedzi były zawsze jednoznaczne:
- poszarpane włosy na całej długości,
- puszenie się odstających włosów, których niczym nie da się ujarzmić,
- rozdwojone końcówki,
- bardzo dużo włosów o różnej długości,
- zniszczenia tylko na wierzchniej warstwie włosów.
Dokładniejsze analizowanie wykazało, że osoby te bardzo dbają o włosy i nigdy nie miały tego typu problemów, zanim nie zaczęły stosować do czesania TT. Szczotki zostały kupione w Sephorze, Douglasie i Hebe, więc były szczotkami oryginalnymi.

Dotarłam do moich zdjęć, kiedy już mocno dbałam o włosy, ale jeszcze nie były one dziennie czesane Tangle Teezerem. Nie było na nich widać tego typu zniszczeń.


Potem idąc do zdjęć z dni bliższych dzisiejszemu, stopniowo odkrywałam, jak często i gęsto zaczęły pojawiać się te niechciane króceły. Początkowo objawiało się to w poszarpanych końcach, a z czasem zniszczenia szły ku górze. Oczywiście na czubku pojawiało się kilka krótszych włosków, ale te z kolei miałam od zawsze, jako że mam skłonności do dystrofów - jednak one są zazwyczaj kręcone i grubsze.




Kolejnym moim pytaniem było - jak radzicie sobie ze zniszczeniami. Niestety, odpowiedź jedna i taka sama - z tym nie da się sobie poradzić, bo włosy żyją swoim życiem. Wszystkie dziewczyny, jak jeden mąż, ratowały się ścinaniem końców, jedna nawet o 20 cm...

Co może być przyczyną niszczenia pasm przez TT? Raz jeden gdzieś przeczytałam, że miękkie ząbki szczotki ulegają mikrouszkodzeniom, które rozrywają włos. Lekko go naciągają łapiąc w uszkodzenie (czego nie czujemy), a potem to ostre uszkodzenie odcina kawałek włosa lub uszkadza go tak, że niebawem sam się złamie. Taki naciągnięty włos nigdy nie wraca już do swojego normalnego kształtu. Jego struktura jest zmieniona i nie da się przywrócić włoskowi dawnego wyglądu. Dla mnie zabrzmiało to bardzo wiarygodnie.
Szukając jeszcze innych przyczyn destrukcyjnego działania szczotki dokopałam się do innej opinii - że to my jesteśmy winne, bo TT jest tak delikatny dla włosów, że czeszemy się nim jak opętane, nie czując, jak bardzo szarpiemy pasma. Z tym niestety już gorzej jest mi się zgodzić. Od prawie 2 lat borykam się z nadwrażliwą skórą głowy. Nawet leciutkie szarpnięcie włosa jest u mnie niezwykle mocno odczuwalne, dlatego moje pasma zawsze, ale to zawsze traktuję z największa troską i delikatnością.

Są oczywiście osoby, którym szczotka włosów nie niszczy i nigdy nie zamienią jej już na inną. Być może TT nie jest jednak dopasowany do wszystkich rodzajów włosów. Wydaje mi się, że najlepiej sprawdza się na niskoporach, a im wyższa porowatość, tym zniszczenia większe.

A jak jest u was.
Czytaj dalej...
URODOWE POPOŁUDNIE... © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka