Maska Home Made na super gładkie i pełne blasku włosy!


Heyka.
Post publikuje jeszcze raz (kolejny), bo ten poprzedni był jakiś "chory". Najpierw pokazał się po 20 godzinach a potem zmieniał w wersję roboczą, znikał, pojawiał się, nie ładował filmiku i w ogóle źle z nim było. I to już tak dwa razy.. ;/

Spory czas temu wybrałam się na Rytuał Kerastase, po którym miałam nieziemsko gładkie i pięknie błyszczące włosy. Wiele z Was było zachwyconych efektem, jaki daje wymieszanie ampułki z boosterem. Jednak, nie czarujmy się, efekt choć utrzymuje się długo, to po pewnym czasie znika i trzeba zabieg powtórzyć. Niestety, jest to dosyć droga zabawa i nie każdy może/chce kłaść co chwile chemię na włosy.



Kilka tygodni temu siedziałam sobie w łóżku z laptopem i oglądałam zdobienie paznokci na YouTube. Z boku pojawiły się inne filmiki, między innymi włosowe - wygładzenie, blask, siła i te sprawy (głównie od beautyklove). Kliknęłam, obejrzałam, przeanalizowałam i postanowiłam działać.

Maskę musiałam dopasować do tego, co lubią moje włosy, co znam i co mam w domu. Przemyślałam dokładnie PEH jaki chcę zawrzeć w miksturze i zaczęłam kombinować. Efekt był na prawdę niezły! Włosy stały się niesamowicie błyszczące i pełne witalności. Obecnie jest to moja ulubiona pielęgnacja, a specyfik w składzie wygląda tak:

1. Jako bazy do całości postanowiłam użyć maski z olejem z avocado od Planeta Organica (emolient). Wystarczy około jednej czubatej łyżeczki, ewentualnie dwie, jeśli macie długie włosy. Fajną emolientową bazę można zrobić także na przykład z marokańskiej maski od Planeta Organica, figowej od Organic Shop albo głęboko regenerującej rokitnikowej z Natura Siberica. Nada się każda, która ma w sobie olejki, nawet taka z Glisskura z olejkami.

2. Dodałam jeszcze nieco olejku z avocado, tak z pół łyżeczki. To również emolient. Możcie dodać innego olejku, ze słodkich migdałów, z czarnuszki, lnianego czy z nasion bawełny. Wybierzcie taki, który wasze włosy lubią.

3. Trzecim emolientem jest masło shea. Około jednej płaskiej łyżeczki masła roztopiłam na piecu w metalowej miseczce i dodałam do maski. Masło shea to bardzo odżywczy produkt dla naszych włosów - nawilża je, wygładza, sprawia że są błyszczące i pełne życia. To wspaniała bomba witaminowa szczególnie dla osłabionych i farbowanych pasm.

4. Teraz humekanty. Tutaj pierwsze skrzypce (w sumie ostatnie też) gra aloes. Dolałam do mikstury trochę toniku Avebio (tego aloesowego) i dodałam jeszcze około jedną czubatą łyżkę aloesowego żelu od Skin79. Te dwa produkty od zawsze świetnie sprawdzają mi się na włosach. Nic, nawet najlepsza maska nie daje mi tak świetnego nawilżenia.

5. Proteiny! Do całości dodałam 3 łyżki mleka kokosowego. Niestety, takie mleko jest drogie i nie lubię go spożywać, dlatego u mnie równie fajnie sprawdza się mleko kozie. Poza tym moje pasma jakoś nie przepadają ani za tym kokosowym mlekiem, ani za maskami z olejkami kokosowymi ani za olejkiem kokosowym solo. 
Co do mleka koziego, to tego też nie piję, ale jest świetnym tonikiem dla mojej ceryczy dodatkiem do wody w wannie - odżywia skórę!, więc na pewno zawsze całe zużyję.

6. Więcej protein! Łyżka mojej ukochanej maski od Phyto - Photokeratine. Spokojnie można zastąpić np. B.app z Rossmana - ta maska też jest niesamowita. Jeśli lubicie inne maski keratynowe, również się nadadzą. Przypuszczam, że regeneracyjne maski z Pilomaxa będą odpowiednie.

7. Dodatki nabłyszczające. Przede wszystkim miód. Jedna solidna łyżeczka miodu (u mnie to miód lawendowy) MUSI być w tej masce. 
Miodek przede wszystkim włosy nabłyszcza, ale też, tak samo jak masło shea - jest wielką bombą witaminową. Sprawia, że włosy są odżywione, nawilżone, miękkie w dotyku i mocne.
Miód w takiej mieszance absolutnie nie skleja włosów - sama maska nawet nie jest lepka. Pamiętajcie jednak, że miód lekko rozjaśnia pasma.

8. Mąka ziemniaczana - kolejny nabłyszczacz, bardzo ważny. Wystarczy ok 1/3 łyżeczki. Dobrze jest ją wcześniej przesiać, bo ciężko mieszają się z maską mąkowate grudki. Bez mąki maska też spełnia swoje zadanie, ale włosy błyszczą jakby mniej.

9. Inne. Ten punkt można pominąć, jednak ja do swojej mikstury dodaje jeszcze 5 pompek aktywatora gęstości od Garniera.

Wszystko to dokładnie trzeba wymieszać na idealnie gładką masę. Nie będzie to papka, ale tez nie woda, raczej taka gęsta ciecz. Ja dodatkowo mieszam wszystko takim urządzeniem z IKEA do robienia spienionego mleka - fajnie łączy mi to składniki.

Myjemy włosy, które odsączamy, aby były wilgotne. UWAGA - Muszą być wilgotne - maska na suche pasma zadziała gorzej. 
Wcieramy specyfik i zawijamy włosy w ręcznik, lub wsadzamy pod czepek. Siedzimy tak od 30 do 60 minut. Na całą noc odradzam, włosy będą bardzo obciążone.

Myjemy znów włosy. Raz, lub dwa razy, w zależności od tego, jak dużo w miksturce było olejków, które natłuściły nam pasma.

Suszymy, pozwalany wyschnąć samym, kręcimy, układamy, co kto lubi i woli :)

I tyle. Na koniec cieszymy się z pięknego efektu i gładkich włosów :) 

Taki domowy zabieg wygładzający powtarzam co 2-3 mycie, bo efekt nie zmywa się od razu. Jednakże mam włosy nie farbowane, a łodygi są zdrowe, więc nie wiem jak mikstura zadziała na włosy, które więcej przeszły. 
Do tego musicie pamiętać o równowadze PEH jaką lubią wasze włosy - jeśli czegoś nie tolerują, dodajcie składnika mniej, lub po prostu w ogóle go nie dodawajcie.
Pamiętajcie, ze dodatkowo, poza blaskiem, nasze włosy dostają porządnego odżywienia :)

A na koniec efekt na moich pasmach, na filmiku, który kręciłam co prawda dla koleżanki, ale czemu nie miałabym go wykorzystać i tutaj:

Czytaj dalej...

Dzięki Bionigree zrobiłam koński ogon!

Hey.

Przychodzę dziś do Was z trzecim już postem dotyczącym oczyszczającej kuracji z Serum Bionigree do skóry głowy.

Dwa poprzednie wpisy macie tutaj KILK otagowane słowem "Bionigree".



Trzeci raz użyłam serum cztery dni po drugiej aplikacji. Jego działanie, tak jak poprzednimi razy, było rewelacyjne i myślę, że skóra jest już na tyle doczyszczona, że spokojnie na półtora tygodnia mogę odstawić produkt. Nie zrezygnuje z niego na dłużej, bo jednak używam dość sporo masek/odżywek i pianki do włosów, co jednak powoduje, że skóra głowy się zanieczyszcza, mimo, że odeszłam już od stosowania na skórę głowy tego typu produktów.

Ważne jest dziś dla mnie jednak cos innego, niż opisywanie po raz kolejny działania tego specyfiku. W tym poście chciałam Wam się pochwalić czymś, co dla wielu z Was, albo i dla wszystkich, którzy mnie czytają, czymś zupełnie naturalnym. Otóż udało mi się zrobić kucyk!

Tak, nie przewidziało Wam się. Między drugą a trzecią aplikacją Bionigree zrobiłam sobie koński ogon i jestem z tego dumna. Dlaczego? Już tłumaczę.

Od czasu, kiedy zaczęły mi masowo wypadać włosy, a po kolejnych dwóch tygodniach doszło niesamowite pieczenie skóry głowy, swędzenie i ból, mogłam mieć na głowie tylko dwie fryzury - albo włosy były rozpuszczone, albo delikatnie owinięte gumką tuż przy szyi, co w efekcie dawało wygląd królika z klapniętymi do tylu uszami. Ja nic oczywiście do królików nie mam, są słodkie i im to pasuje, ale mnie już niekoniecznie.
Włosy rozpuszczone miałam dlatego, że czasem nawet kucyk "uszy królika" powodował ból głowy. Mieszki i cebulki, wszystko było tak wrażliwe, że nawet ciężar moich na prawdę lekkich włosów i cienkiej frotki był sprawcą nie małych "jazd". Nakładanie maski na twarz, gdzie musiałam opaska zagarnąć włosy z czoła i upiąć, aby nie spadły na twarz, to był wyścig z czasem. Zbyt długie upięcie (15 minut) dawało się skalpowi we znaki.
Z kolei często włosy puszczone wolno wpadały w ruch razem z ruchem głowy i każda taka fala pasm drażniła niesamowicie uwrażliwione mieszki. Wtedy z kolei musiałam je związywać w "królicze uszy". Wierzcie lub nie, rozważałam ogolenie się na łyso, byle by mieć chwilę spokoju.

A co się stało ostatnio? Po całkowitym zniwelowaniu pieczenia, swędzenia i bólu postanowiłam na próbę zrobić sobie koński ogon, taki z prawdziwego zdarzenia, wysoki, falujący podczas obracania głową. I zrobiłam go. Uczesałam się, pojechałam do teściów, potem na FoodTrucki, wróciłam do domu, rozpuściłam włosy i..i nic! Skóra w żaden sposób nie odczuła, że włosy były związane przez 5 godzin. Dla przykładu, próbna fryzura - zwykły delikatny francuz, po 45 minutach na głowie, bez tapirowania (!) spowodował u mnie najzwyczajniej w świecie.. płacz z powodu tego, jak bardzo zaczęło mnie wszystko boleć. Nie mówiąc o tym ile po rozpuszczeniu wypadło mi włosów...

I tak to zwykły koński ogon sprawił mi radość. 
Wyobraźcie sobie, że ktoś szarpie Wam cienkim grzebyczkiem włosy splątane jak dredy, tak przez godzinę bez przerwy, bo chce je rozczesać. A potem przychodzi ktoś inny, z trzycentymetrowymi pazurami i kolejną godzinę mocno Was drapie. Skóra jest obolała, wydaje Wam się, że nawet same włosy Was bolą, wszystko piecze. Podrażniona skóra swędzi. Dodajcie sobie do tego ból głowy, taki jak podczas zmiany ciśnienia. Tak własnie czuła się moja skóra głowy i cala ja większość czasu. Bolesna, obolała, piekąca, swędząca. Od rana do wieczora, często też w nocy. 
Teraz pomnóżcie to uczucie razy dwa. Tak czuła się moja skóra głowy po upięciu na wesele i na mój własny ślub. Koszmar. Teraz zrozumiecie, co oznaczało dla mnie zrobienie sobie porządnego kucyka bez "skutków ubocznych".

Polecam Bionigree i pozdrawiam :)
Czytaj dalej...

Fioletowa Anwenówka dla włosów sredniporowatych - jak czas trzymania maski na głowie wpływa na jej działanie

Heyka.

Maski do włosów - czas w jakim trzymamy je na głowie uzależniony jest w dużej mierze od tego, co producent sugeruje na opakowaniu, ale też od tego, jaki mamy danego dnia kaprys. Dzięki masce Anwen, o której piszę w dzisiejszym poście nauczyłam się, że czas ten najbardziej powinien być uzależniony od potrzeby naszych włosów.

Gdy tylko na blogu znanej i lubianej nam Anwen pojawiła się informacja, że dostępne są już maski jej własnej marki, wiele z włosomaniaczek popędziło kupić chociaż jedną. Nie inaczej - i ja szybko otwarłam w przeglądarce jej SKLEP i kupiłam dwa kosmetyki - jeden dla włosów średnioporowatych i jeden dla włosów wysokoporowatych. Maskę dla niskoporów sobie odpuściłam, bo wiem, że moje włosy by jej nie polubiły - nienawidzą niczego, co jest z kokosem.
Po niecałym tygodniu, kiedy przesyłki dotarły do dziewczyn, zaczęły się testy i pochlebne opinie. A jak było u mnie z pierwszą, fioletową Anwenówką dla włosów średnioporowatych?



Nazwa produktu:
'Winogrona i Keratyna' - Maska do włosów średnioporowatych

Producent:
Anwen Sp. z o.o.
 
Cena:
39 zł. Dostępne w sklepie Anwen oraz stacjonarnie w sklepach, które Anwen wymienia tutaj KLIK.

Wiele dziewczyn narzeka na cenę masek. Fakt, są to ceny wysokie, ale pamiętajmy, ze mamy do czynienia z produktami, które w końcu! są dedykowane w dużej mierze genetycznie uwarunkowanemu rodzajowi włosa, tworzone z pasją, z miłości do włosów, zawierające dużo dobrego w sobie. Ponad to Anwen to nie światowej sławy firma (czego życzę), więc wiadomo, że produkcja jest kosztowniejsza, bo nie idzie w miliony opakowań. Poza tym jest wiele droższych masek, więc nie przesadzajmy.



Konsystencja, kolor, zapach:
Konsystencja jest bardzo gęsta, kiedy nabierzemy maskę sięgając dna, kosmetyk po boku nie zaleje dziury która powstała. Jednocześnie produkt jest śliski i łatwo się rozprowadza. Kolor biały, zapach bardzo delikatny, przyjemny.

Opakowanie:
Plastikowy słoik o pojemności 200 ml, zakręcany na twist.
 
Skład:
Aqua, Cetearyl Alcohol, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Behentrimonium Chloride, Glycerin, Hydrolyzed Keratin, Hydrolyzed Silk, Maris Sal, Silica, Aloe Barbadensis Leaf Juice Powder, Panthenol, Phenoxyethanol, Benzoic Acid, Dehydroacetic Acid, Parfum, Hexyl Cinnamal, Butylphenyl Methylpropional, Limonene.

Obietnice Anwen:



Twoje włosy są normalne, ale bywają niezdyscyplinowane? Nie sprawiają Ci większych problemów, ale czasem się puszą? Szukasz efektu WOW, ale bez silikonów? Ta maska jest dla Ciebie! Intensywnie pielęgnuje i regeneruje włosy dzięki zawartości hydrolizowanej keratyny i jedwabiu. Aloes i gliceryna zapewniają włosom dodatkowe nawilżenie, a krzemionka je wzmacnia. Maska zawiera też optymalnie dopasowany do potrzeb Twoich średnioporowatych włosów olej winogronowy, który działa odżywczo i poprawia elastyczność.

Moje wrażenia:
Gdy maski do mnie przyszły (8 lutego, czyli w moje urodziny) postanowiłam, że nie otworzę ich, puki nie zużyję kilku innych produktów, którym zbliżało się dno. Wytrzymałam 1 dzień :D dokładnie 9 lutego po raz pierwszy wylądowała u mnie na głowie fioletowa Anwenówka. Zgodnie z zaleceniami, trzymałam maskę nie mniej niż 3 minuty a nie więcej niż 30 - tak około 20 minut.
Produkt dobrze spłukuje się z włosów, jeszcze mokre są po nim przyjemne w dotyku.
O pasma zadbałam tak jak zawsze przed stylizacją - nałożyłam serum, trochę pianki, rozczesałam i przystąpiłam do modelowania.

Kiedy włosy były jeszcze leciutko wilgotne, wyglądały perfekcyjnie. Blask bił po oczach, domknięta łuska powalała na kolana, pasma wyglądały idealnie. Niestety, w miarę jak włoski dosychały, zaczęły się niesamowicie elektryzować. Ostatnio takie coś mnie spotkało jeszcze na długo długo przed dbaniem o moje kosmyki, czyli jakieś hm.. 4 lata temu. Byłam załamana - maska spisała się rewelacyjnie, włosy wyglądały zjawiskowo trzymane w garści, jednak "puszczone wolno" wesoło fruwały dookoła twarzy, a kształt fryzury w 10 minut się zgubił - końce zaczęły się wywijać na wszystkie strony.






Zaczęłam kombinować. Dodawałam do maski odrobinę olejku, porcję innych masek emolientowych, różnego rodzaju serum (np. Garnier zwiększająca objętość), zmieniałam szampony, dawałam więcej pianki, mniej pianki.. pół maski ubyło a włosy elektryzowały się nadal. Pomyślałam, że zacznę kombinować z czasem trzymania maski na głowie, bo innego pomysłu już nie mialam. Do trzech minut maska nie działała. Po 20 elektryzowały mi się włosy. Spróbowałam więc ustawić się mniej więcej w połowie tego czasu i trzymałam maskę na pasmach ok. 7-8 minut. I wiecie co? Udało się! Maska zadziałała wręcz perfekcyjnie, a włosy były dalekie od jakiegokolwiek elektryzowania. Cudowne, gładkie pasma, odbijające nieziemsko każdy promyk słońca. Pięknie nawilżone, mięsiste włosy do pozazdroszczenia.
Nie wiem, czy mam takie kapryśne włosy, czy, jak sugerowała mi sama Anwen - trzymanie maski za długo powodowało lekkie przeproteinowanie objawiające się elektryzowaniem. Nie kojarzę, by ktokolwiek inny narzekał na taki skutek uboczny używania tego kosmetyku. Jedno jest pewne - na wszystko trzeba znaleźć złoty środek i moje włosy są żywym tego przykładem.






Polecam Wam fioletową Anwenowkę z całego serca, bo z włosami robi cuda. A jeśli Wasze włosy są po niej i po jakiejkolwiek innej masce spuszone/naelektryzowane/obciążone - pokombinujcie z czasem i nie dawajcie za wygraną. Nie spisujcie na straty kosmetyku po jednym jego użyciu. Ja się zawzięłam i moje starania nie poszły na marne :)

PS.
Tak wiem, na trzech zdjęciach poniżej widać masę pojedynczych fruwających włosków. To nie są naelektryzowane włosy. Cześć z nich to kosmyki które sama sobie zniszczyłam, rozplątując na mokro kołtun włosów (rozciągały się i urywały w połowie, są pozwijane i nie umiem ich wyprostować, a jest ich za dużo, żeby uciąć tuż przy skórze głowy i dać na nowo odrosnąć). Cześć z nich to włosy dysplastyczne, które zaczęły mi w niesamowitej ilości wyrastać z czubka głowy po moich problemach z wypadaniem i pieczeniem skóry głowy. Te najgorsze po prostu wyrywam... Pojedyncze z nich, te najkrótsze i wiele tych ładnych prostych, ale krótszych, to nowo odrastające włoski, które powoli zagęszczają mi fryzurę po półtora roku nadmiernego tracenia włosów.
Czytaj dalej...

Bionigree - serum oczyszczające do skóry głowy - Dzień drugi

Cześć!

W poprzednim poście pisałam, że zakupiłam i pierwszy raz użyłam serum oczyszczającego skórę głowy od Bionigree.  Efekt był taki, że poczułam różnice w czystości głowy, ale niestety, była po serum i mydle a z Allepo mocno podrażniona i szalała ze swędzeniem KLIK. A co wyszło podczas kolejnego użycia? O tym poniżej.


Drugi dzień stosowania Serum Oczyszczającego Bionigree:
Na drugi dzień rano było już dobrze. Skóra się uspokoiła i miałam nawet spokój. Włosy były niesamowicie przyjemne w dotyku. Postanowiłam, że drugi raz nałożę kosmetyk na godzinę. I tak też zrobiłam. O dziwo, tym razem uczucie chłodu i mrożenia było dużo mniejsze, zarówno podczas aplikacji i trzymania preparatu na głowie, jak i podczas mycia. Natomiast bardzo dziwnym uczuciem było suszenie ciepłym (nie gorącym, lecz ciepłym) powietrzem. Praktycznie do momentu, w którym włosy były suche, podmuch suszarki wydawał mi się zimny. Za pierwszym razem trwało to chwilę, ale drugi raz zdecydowanie dłużej.
Nie było jednak źle, skupmy się więc na działaniu serum.  Przede wszystkim produkt rewelacyjnie oczyścił mi skórę głowy. Wcześniej (przed zakupem serum) miałam tak, że we włosach wyczuwałam gdzieniegdzie coś jakby piasek, co w gruncie rzeczy zapewne było malutkimi, wysuszonymi pryszczykami, które po prostu odpadły. Dużo było ich szczególnie nad czołem, w strefie, gdzie mam kruche włoski w zakolach. Do tego czubek głowy był wiecznie nierówny (?). Nie wiem jak to nazwać, bo nie był to typowy zrogowaciały naskórek czy łuska, jednak miałam wrażenie, ze cos tam jest. Zniknęło. Mam na czubku głowy gładką w dotyku i zdrowa skórę.
Co więcej, bardzo denerwowały mnie twarde włosy tuż przy skórze. Nie wiem czy mnie dobrze zrozumiecie, ale kiedy przeczesywałam pasma palcami tuż przy skórze głowy, to wydawało mi się, że czuje każdy jeden pojedynczy włos, który wystaje mi z mieszka. Początkowo brałam to po prostu za włosy, które rosną grubsze niż zazwyczaj. Cieszyłam się, bo to oznaczało silniejsze pasma, ale jak wspominam, denerwowało, bo wydaje mi się, że to dodatkowo drażniło mi skórę. Obecnie jestem przekonana, że te zgrubienia, to był zwyczajnie oblepiony włos. Teraz klaczki mam miękkie na całej długości, nie wyczuwam już pod palcami pojedynczych włosów.

Czytając to może macie wrażenie, że ja o skórę głowy w ogóle nie dbałam. To nie tak, bo peelingowalam ją mechanicznie, używam delikatnych szamponów, fakt, ale i zdzieraki typu Dermena i Nizoral nie raz gościły na mojej głowie. Jak widać trzeba było jednak bardzo specjalistycznego produktu, aby skórę oczyścić naprawdę porządnie. Nawet na kamerze u trychologa skóra wyglądała na czystą.

Wracając do aplikacji serum po raz drugi i zmywania go z głowy – tym razem, tak jak wspominałam już w poprzednim poście, włosy umyłam szamponem micelarnym Pharmaceris.  Skóra pomarudziła troszkę po suszeniu i odpuściła. Na cały dzień i całą noc i cały kolejny poranek. Wczoraj nie aplikowałam serum, nie widziałam takiej potrzeby. Umyłam włosy zupełnie nowym szamponem z henną i będąc już drugi dzień po myciu – moja skóra jest spokojna! Mało tego, nieświadomie zastanawiając się nad kilkoma sprawami związanymi z…hahaha… nadzieniami do naleśników, podrapałam się dość mocno. Po czymś takim moja głowa zawsze reagowała pieczeniem i szczypaniem, uspokajała się po dobrych 20 minutach. A dziś? Drap drap drap… i spokój. SPOKÓJ!!! Zero pieczenia, szczypania i swędzenia.


W tym momencie, po dwóch aplikacjach jestem na prawdę zadowolona i pokładam pełne nadzieje w tym produkcie. Może będę mogła wrócić do normalnego funkcjonowania. Naprawdę. Wyobraźcie sobie, że nawet nakładanie maseczki na twarz to był wyścig z czasem, bo opaskę i koński ogon moje włosy wytrzymują max. 15 minut. Potem zaczyna się festiwal pieczenia, swędzenia i ból. Jakakolwiek klamra, której ząbek tylko lekko dotknie i ryśnie podczas ruchu głową mojej skóry, to dramat. Jakby mi ktoś na siłę coś w głowę wbijał. Za jakiś czas, kiedy będę wiedziała, że moja głowa się uspokoiła, spróbuję zrobić sobie kucyk na dłużej i zobaczymy.
Będę Was informować na bieżąco.

Poniżej zdjęcia po drugiej aplikacji serum i zmycia go po godzinie szamponem micelarnym Pharmaceris:




Czytaj dalej...

Bionigree - serum oczyszczające do skóry głowy - Dzień pierwszy

Hey!

Dziś pierwszy raz testowałam Serum Oczyszczające Bionigree czyli jak pisze producent na swojej stronie, pierwszy w Polsce polski produkt kosmetyczny do oczyszczania skóry głowy charakteryzujący się najwyższą jakością naturalnych składników, dodatkiem olejku z czarnej porzeczki i potwierdzoną skutecznością. Jest to kosmetyk trychologiczny do stosowania zarówno profilaktycznego, jak i wspomagającego przy leczeniu poważnych dolegliwości skóry głowy.
Działa złuszczająco, przeciwłupieżwo, antybakteryjnie i przeciw wirusowo. Preparat przeznaczony do wszystkich rodzajów skóry.
Dzięki zawartości mydła kastylijskiego, kwasów AHA i estrów oleju z czarnej porzeczki, wiesiołka, ogórecznika i lnu serum skutecznie usuwa nadmiar zrogowaciałego naskórka, rozpuszcza łój zalegający w mieszkach włosowych, reguluje pracę gruczołów łojowych i łagodzi podrażnienia skóry. Po wykonaniu peelingu skóry głowy, skóra intensywnie wchłania substancje odżywcze, a włosy unoszą się u nasady, zwiększając swoją objętość i dając niepowtarzalne uczucie odświeżenia.

Produkt w cenie regularnej kosztuje 96 zł, ale jeśli poszperacie w necie, możecie go złapać ze zniżką 10%. 

Ta recenzja będzie inna niż te z reguły spotykane na moim blogu. Przede wszystkim będzie to recenzja wieloetapowa, bo chciałabym Wam opisać każdy dzień ze stosowania tego specyfiku. Chciałabym przez pierwsze 3 dni stosować serum codziennie, później co 2-3 dzień aż dojdę do stosowania raz na 2-3 tygodnie. Oczywiście moje wrażenia z działania kosmetyku będą co jakiś czas przeplatane zwykłym postem.

Zanim przejdę do opisu dzisiejszych wrażeń, chciałam przypomnieć z czym mam problem. Otóż w połowie 2015 roku zaczęły mi masowo wypadać włosy, skóra głowy zrobiła się tkliwa, wręcz boląca, swędziała i piekła każdego dnia, niezależnie od zastosowanego kosmetyku. Byłam u wielu specjalistów, trycholog rozłożył ręce (skóra czysta, bez zaczerwienień) i każdy kolejny: dermatolog, ginekolog i endokrynolog również, bo wyniki badań miałam niemal podręcznikowe.
W grudniu 2016 roku, a więc półtora roku od pierwszych objawów włosy przestały praktycznie w 2 tygodnie wypadać. Odpukać, do dnia dzisiejszego jest na prawdę dobrze i nie wyciągam już z sitka kłębków, a jedynie pojedyncze włoski. Niestety, moja skora głowy nadal jest tkliwa, swędzi i podrapana zaczyna mocno piec. Nie jest to już przypadłość codzienna, ale nadal dość często mi się to zdarza i nadal niezależnie od kosmetyku, który wylądował na moich włosach. Dużo lepiej jest po peelingach, a że moje włosy mają skłonności do przetłuszczania się, wine za wszystko zrzucam na wiecznie niedoczyszczoną i bardzo szybko zapychającą się skórę głowy. Dlatego też w dużej mierze zdecydowałam się na to serum oczyszczające.


A teraz do rzeczy. 

Pierwszy dzień stosowania Serum Oczyszczającego Bionigree.

O godzinie 11 rano (witaj krótki urlopie) umyłam włosy szarym mydłem i szamponem Pharmaceris zawierającym płyn micelarny. Następnie wyszłam z domu i po drodze odebrałam z paczkomatu przesyłkę z serum. Buteleczka była lodowata, więc odczekałam do godziny 16:00 z aplikacją kosmetyku na skórę głowy.
Serum ma bardzo specyficzny ziołowy i "zimny" zapach. Jest tu nutka mięty i eukaliptusa, lekko wyczuwam świeżą porzeczkę. 
Aplikacja jest łatwa, kosmetyk jest bardzo płynny. Zalecają nam stosować max. 2 pipety na całą głowę, ale nie wiem czy mam to rozumieć jako 2 dozy (gumeczka w pipecie na raz "wciąga" 1/5 długości szklanej rurki) czy jako 2 pełne szklane pipetki. Założyłam, że chodzi o ta drugą opcję, więc o ok. 10 doz.
Po aplikacji niemal natychmiast odczułam na głowie chłód, a w miejscach newralgicznych (które najbardziej swędzą) czyli czubka głowy i boków nad uszami wręcz mrożenie. Będę marudna, ale powiem, że nie podobało mi się to uczucie. Było dla mnie za silne. No ale, czego się nie robi dla poprawienia kondycji włosów, skóry i w moim przypadku, polepszenia komfortu życia. Wytrzymałam 40 minut i poszłam zmyć serum z głowy szamponem-mydłem z Aleppo.
Zarówno podczas moczenia włosów, jak i podczas mycia i nawet płukania szamponu, odczuwałam na skórze głowy chłód, który nasilił się, gdy odsączałam włosy bawełnianą koszulką i chwilę trzymałam na głowie turban (z tej samej bawełnianej koszulki). Uczucie zimna ustąpiło dopiero po suszeniu włosów suszarką.


Pal jednak licho chłód i mróz. Czy serum ukoiło moją skórę głowy? Nie. Już po godzinie od mycia na nowo zaczęła mnie swędzieć głowa, na czubku, za uszami i nad czołem. Czy to wina szamponu? Nie wiem. Na prawdę nie wiem, bo czego bym nie użyła, raz jest dobrze, a raz jest źle i szczerze powiem że dziś jest akurat dużo gorzej niż wszystkie poprzednie razy, kiedy do mycia używałam akurat mydła z Aleppo, nawet gdy poprzedzałam mycie mechanicznym peelingiem z Pharmaceris.

Może być tak, że mam pecha, że dziś skóra ma foch. Może być też tak, że samo serum mnie podrażniło. Ale może być i tak, że wyczyściło mi skórę tak dobrze (co czuć w dotyku i jest to potężnym plusem), że skora miała niczym nie ograniczony kontakt z mydłem i składnikami, których nie lubi. Ale jak wspomniałam, myłam się już tym mydłem po peelingu mechanicznym który też rewelacyjnie oczyszcza.

Jutro spróbuję znów użyć serum, tym razem z najlepszym szamponem jaki mam i który najdłużej przynosi ukojenie (nie oznacza to, że eliminuje problem) i zobaczymy. 

Na ten moment staram się nie zadrapać.
Czytaj dalej...
URODOWE POPOŁUDNIE... © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka